Grupowe kupowanie marchewki

Polacy kupili pomysł na wspólne kupowanie… jedzenia. Bo gdy się znajdzie dobrego i lokalnego dostawcę, to zdrowiej i taniej. Wszystkim się opłaca. 


Co zrobić, by jeść zdrowo? Jedzenie dostępne w sklepach – szczególnie warzywa, owoce, ale i nabiał oraz produkty mięsne – jest coraz mocniej „ulepszane” wszelaką chemią. Konserwanty, nawozy sztuczne i wiele innych „przysmaków” nie tylko niszczą naturalny smak produktów, ale przede wszystkim niszczą zdrowie konsumentów. Z kolei kupowanie w ekosklepach powoduje całkiem nieekologiczny ból głowy oraz skutkuje przejściem portfela na ostrą dietę. Jest wyjście! Lata temu dość prosty sposób na zdrowe kupowanie zdrowych produktów niemal prosto od rolnika, czyli producenta, wymyślili konsumenci z krajów zachodnich. Od kilku lat, oddolnie, system rozwija się w Polsce. Z coraz lepszym (oraz smaczniejszym i zdrowszym) skutkiem.


W grupie raźniej 


A system jest (banalnie) prosty. Należy zebrać się w grupę kilku, kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu czy kilkuset osób. Czyli w gruncie rzeczy rodzin. Bo przecież z reguły jeden klient kupuje dla wszystkich swoich bliskich. Grupa może być mniej lub bardziej formalna – mieć nazwę i strukturę – bądź działać „na żywioł”. Grupa nawiązuje kontakty z rolnikami, przetwórcami, producentami żywności naturalnej, mniejszymi producentami i otrzymuje produkt świeży i naturalny niemal pod same drzwi. W dodatku za przyzwoitą cenę. Bo pomija się pośredników i inne koszty, np. wynajmowania sklepów lub przechowywania produktów.
Ile jest podobnych grup w Polsce? Trudno jednoznacznie wyliczyć. W samej tylko Warszawie jest kilka tzw. kooperatyw. To rodzaje spółdzielni, oczywiście działających non profit, złożonych z mieszkańców konkretnych dzielnic. Członkowie kooperatyw dzielą się obowiązkami w zabezpieczaniu i organizacji konkretnego produktu, a następnie pilnują dostaw i wydawania produktu. W Kooperatywie Grochów działa pani Magda Micińska. Jak mówi, działalność kooperacyjna to dużo więcej niż kupowanie zdrowych produktów: to również sposób na łączenie mieszkańców i odbudowę małych, lokalnych społeczności. 


– W kooperatywie najaktywniejsze są kobiety, często matki, którym zależy na zdrowym karmieniu dzieci. Poznajemy się, wspólnie działamy i w końcu stajemy się sobie bliskie. To ważny aspekt wspólnego działania w dość anonimowej Warszawie – opowiada Magda Micińska. – A jak trafiamy na siebie? Pocztą pantoflową, na zasadzie „jedna pani drugiej pani”. I oczywiście w dobie internetu do kontaktów i sprawnego działania wykorzystujemy sieć.
Jak wygląda jej praca w Kooperatywie? Przecież na co dzień wychowuje synów oraz pracuje w poważnej firmie? – Każdy z kooperantów ma inne zadanie. Robimy tzw. akcje – co dwa lub trzy tygodnie. Za jedną akcję odpowiada jeden kooperant. Do jego obowiązku należy zebranie zamówień, wysłanie ich do konkretnego dostawcy. Następnie, gdy dostawca przywiezie w umówionym czasie swój produkt, należy wydać go zamawiającym. 
Pani Magda w zwykłym sklepie kupuje już tylko… wodę. Pieczywo, warzywa i owoce, mięso, a także kawa, nabiał i wiele innych produktów przyjeżdżają do niej same. W postaci dostaw kooperatywy.

– Współpracują z nami producenci z niemal całej Polski. Śmieję się czasem, że dzięki kooperatywie poznałam smak zupełnie nieznanych wcześniej produktów. I w końcu regularnie zaczęłam jeść ryby! Bo kupowane w sklepie są ogromnie drogie, natomiast kooperatywa ma własnego dostawcę z Mazur, który przywozi nam świeżutkie i smaczne ryby w przystępnej cenie. 
Pani Magda dodaje, że niektórych dostawców kooperatywa uratowała przed sporymi problemami finansowymi. – Zamówienia od kilkudziesięciu rodzin to poważne wsparcie ekonomiczne dla niewielkich przedsiębiorców. Jeśli rolnik może liczyć na regularne i konkretne zamówienia, jeśli płacimy zawsze uczciwie i na czas, ma możliwość rozwoju. Kiedyś jeden z naszych dostawców cieszył się, że zarobione dzięki nam pieniądze pozwoliły mu na nową inwestycję: zakup 200 kur. Z tych kur (żywionych naturalnie) my, kooperanci, będziemy mieli świeże i zdrowe jaja. 


Rolnik szuka wspólnika 


Pani Barbara Zych prowadzi gospodarstwo rolne o wdzięcznej nazwie „Ziołowa dolina”. Dwadzieścia kilometrów na południe od Tarnowa rozciąga się jej królestwo: niezbyt wielkie, 6-hektarowe, ale za to obfitujące w prawdziwe skarby. Zioła (to fascynacja pani Barbary), sad, a w nim jabłonie i wspaniałe grusze. Od kilku lat skarby pani Barbary żywią i… leczą konsumentów z niemal całej Polski. Ale początki wymagały otwartej głowy i pewnie nie byłyby możliwe, gdyby nie… kryzys.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie