Bałkańskie obrazki

Im bardziej Europa pragnie spokoju, tym mniej go ma. Prowizoryczne rozwiązania problemów pozwalają im rosnąć.

Europa trzeszczy najgłośniej od wielu lat. Zimą głównym problemem była wojna na wschodzie Ukrainy. Zawarte na walentynki w Mińsku porozumienie, nazywane prowizorium pokojowym, odsunęło ryzyko wojny na większą skalę. Europa znudziła się Ukrainą. Nie wierzy w jej sukces. Wprawdzie Bruksela i wszystkie europejskie rządy powtarzają, że przyszłość Europy zależy od przyszłości Ukrainy, ale w tę przyszłość nikt nie inwestuje. Bez unijnej pomocy Ukraina nie da rady ani funkcjonować gospodarczo, ani oprzeć się Rosji, ani zbudować stabilnego, demokratycznego państwa. Po Mińsku tematem nr 1 stał się Brexit, czyli potencjalne wyjście Wielkiej Brytanii z UE.

Zwycięstwo Partii Konserwatywnej w majowych wyborach odsunęło rozstrzygnięcie sprawy do referendum, które ma się odbyć nie później niż do końca roku 2017. Nastał czerwiec i przyszedł czas na Grexit, czyli wyjście Grecji ze strefy euro. Ponieważ nikt nie był w stanie ogarnąć skutków tego kroku, po dramatycznych negocjacjach, referendum i przyspieszonych wyborach osiągnięto porozumienie. Gdy i ten pożar udało się przygasić, Bałkany zalała fala uchodźców, tak duża, że Węgry postanowiły zbudować zaporę na granicy z Serbią. Ćwierć wieku po upadku muru berlińskiego Europa zaczęła znowu się grodzić. Zimą byłam na Ukrainie. Latem ruszyłam na Bałkany. Chciałam zobaczyć miejsca, w których Europa trzeszczy. Utrwalić obraz naszego kontynentu w przededniu wielkich zmian.

Segedyn, Węgry: Policjanci na kempingu

Położony przy granicy z Serbią węgierski Szeged, po polsku Segedyn, jest bramą na Bałkany. To trzecie pod względem liczby mieszkańców (170 tys.) miasto Węgier. Tu mieści się sławny uniwersytet – jeden z najważniejszych na Węgrzech. Europa zna jednak Segedyn przede wszystkim z papryki i doskonałego salami. Miasto jest wypielęgnowane, czyste, domy odnowione. Dużo zieleni. Na ulicach znajome żółte tramwaje: 5 lat temu miasto zamówiło 9 sztuk polskich tramwajów niskopodłogowych PESA Swing. Spokój jest taki, że jeszcze przed północą recepcjonistka renomowanego hotelu Tisza (Cisa) zamyka drzwi i udaje się na spoczynek. Nic nie wskazuje na to, że w pobliżu dzieje się coś nadzwyczajnego.

Tymczasem na odległej o kilka kilometrów od miasta granicy z Serbią trwają prace nad budową granicznej zapory. Póki jej nie ma, każdej doby straż graniczna zatrzymuje ponad 1100 imigrantów, którzy nielegalnie przekraczają granicę. Na kempingu zatrzymać się nie sposób: cały teren zajęty jest przez policję. 10 kilometrów dalej, w Reszke, mieści się tymczasowy obóz dla zatrzymanych. Pod koniec sierpnia, gdy wybuchną tam zamieszki, stanie się sławny na cały świat.

Belgrad, Serbia: „Stać nas tylko na wodę”

W centrum Belgradu w oczy rzucają się ruiny zbombardowanych przez samoloty NATO budynków rządowych i państwowej telewizji. Imigranci obozują pod dworcem kolejowym. Bogatsi zajmują okoliczne hotele, skąd taksówkami pojadą pod granicę węgierską. Przechodnie odwracają głowy. Zapytani, czy uważają, że imigranci to problem, odpowiadają po namyśle, że pewnie tak, ale na pewno nie ich. Przyjechali, wyjadą, nas to nie dotyczy – odpowiadają. Napotkany o świcie przy stylowym renault 4 kolporter, rozwożący gazety, też nie widzi problemu imigrantów. – Warunki mają marne, ale musieli się z tym liczyć, wyruszając w drogę – mówi. – Miasto daje im wodę. Na więcej Serbii nie stać.

gradiska, republika serbska, bośnia i hercegowina: „Kawałka chleba nie odmówię”

Droga do Gradiski wiedzie wzdłuż granicy z Chorwacją. Dużo opuszczonych domów ze śladami po kulach. Gdzieniegdzie jeszcze tabliczki ostrzegające przed minami. Zapuszczone sady, zarośnięte pola. Część dawnych mieszkańców nie żyje, część mieszka w Chorwacji. Wojna zostawiła trwałe ślady także w umysłach. Kiedy gospodarz wieczorem pokazuje mi światła na granicy, pilnuje, żebym nie stała w świetle na tle ściany domu. – Nigdy nie wiesz, kto jest tam, w ciemnościach – wyjaśnia. – A nuż ma broń i wystrzeli w ciebie? Johan jest z pochodzenia Niemcem. Jego przodkowie osiedli w Bośni ponad 100 lat temu. Niemcom nie było tu łatwo, zaraz po II wojnie masowo pakowani byli do więzień za sprzyjanie okupantom. W ostatniej wojnie, 20 lat temu, też im się oberwało.

Wielu postanowiło stąd wyjechać, ale Johan został. – Póki  tu Amerykanie, będzie dobrze – tłumaczy. – Amerykanie to nie anioły, ale tam, gdzie oni siedzą, jest spokój. A spokój jest najważniejszy. Zaraz po spokoju w hierarchii ważności Johana są dzieci. – Dzieci człowiek nigdy nie ma za dużo – mówi. – Niezależnie od tego, jaka by bieda nie była, dzieci trzeba mieć. To dla nich żyjemy. W świecie teraz niedobrze się dzieje, bo ludzie chcą żyć tylko dla siebie. Jakby zawsze mieli być zdrowi i młodzi. – Jeśli Węgrzy zatkają granicę, to ci imigranci pójdą przez twoje pole, pomożesz im? – pytam. – Tędy nie pójdą – słyszę w odpowiedzi. – Tu pilnują granicy. Ale jeśli przyjdą, to kawałka chleba nie odmówię.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie