Nowe spojrzenie

Dopiero sojusz ze Stalinem umożliwił Hitlerowi realizację planu zagłady Żydów. Timothy Snyder w książce „Czarna ziemia” dokonuje rewizji wielu utartych poglądów na temat ludobójstwa.

Amerykański badacz, jeden z najbardziej obecnie znanych na świecie historyków XX w., w swej najnowszej książce „Czarna ziemia. Holokaust jako ostrzeżenie”, wydanej przez Znak, weryfikuje wiele upowszechnionych w obiegu medialnym tez i stereotypów na temat Holokaustu. Autor szeroko dyskutowanej pracy „Skrwawione ziemie. Europa między Hitlerem i Stalinem” wraca na ten obszar. Tym razem aby postawić pytania o najbardziej apokaliptyczne wydarzenie II wojny światowej, czyli zagładę społeczności żydowskiej w Europie. Nie odkrywa przy tym nowych, nieznanych źródeł. Na podstawie ogromnej kwerendy (bibliografia jego pracy liczy kilkanaście stron) wysnuwa jednak oryginalne, a czasem wręcz rewolucyjne wnioski, które skłaniają do ponownego przemyślenia wielu kwestii, wydawałoby się powszechnie znanych od lat.

Przede wszystkim stawia pytanie o odpowiedzialność Stalina i komunizmu za współudział w zniszczeniu Polski, a także krajów bałtyckich, co miało zasadnicze znaczenie dla możliwości przeprowadzenia przez III Rzeszę planu „ostatecznego rozwiązania” kwestii żydowskiej. Snyder, analizując szczegółowo chronologię zagłady oraz porównując różne jej etapy, wskazuje, że dopiero zniszczenie przez sojusz Stalina z Hitlerem przestrzeni suwerennych państw między Związkiem Sowieckim a Niemcami było rzeczywistym preludium do Zagłady. Ludobójstwo, dowodzi, mogło się wydarzyć jedynie w przestrzeni podwójnej destrukcji państwowości, zniszczonej najpierw przez Stalina, a później przez Hitlera. Dopiero na tak przygotowanym gruncie, gdzie przestały obowiązywać wszelkie prawa i zasady, Żydzi, podobnie jak Słowianie, zostali obdarci ze wszystkich cech ludzkich i mogli być skazani na całkowite wytępienie.
 

Prawnicy bez sumień

Przejmujące są jego analizy, wskazujące, że to nie ciemny motłoch, najczęściej chrześcijański i obskurancki, jak nas często przekonywano, wydał z siebie długi szereg zbrodniarzy. Snyder udowadnia, że architektami Zagłady oraz jej wykonawcami nie byli ludzie z marginesu, wykluczeni, ale elita tamtejszego społeczeństwa. Przerażające w swej wymowie są biografie wielu liderów III Rzeszy, odpowiedzialnych za przygotowanie planu, czy dowódców Einzastzgruppen, formacji specjalnych działających na tyłach frontu, których zadaniem była likwidacja elit podbijanych narodów, a także wzniecanie antyżydowskich tumultów oraz masowe zabijanie Żydów. Dominowali w tych formacjach i środowiskach prawnicy, nieraz z tytułami naukowymi. Całą swą inteligencję oraz zdolności poświęcili wyłącznie zabijaniu Żydów oraz wszystkich, których określili mianem wrogów narodu niemieckiego. W tym kontekście Snyder przypomina zachodniemu czytelnikowi, który niewiele wie o przebiegu II wojny światowej na Wschodzie, że nie tylko Żydzi byli ofiarami polityki III Rzeszy. Do 1941 r. Polaków zabijano częściej aniżeli Żydów i dopiero atak na Związek Sowiecki, prowadzony w celu zniszczenia jądra „judeo-bolszewickiego imperium”, jak dowodził Hitler i głosiła oficjalna nazistowska propaganda, zmienił te proporcje.

Holokaust jako dekomunizacja

Wyjątkowe znaczenie w tej książce ma rozdział poświęcony analizie udziału przedstawicieli podbitych narodów, żyjących w przestrzeni kontrolowanej do 1941 r. przez Związek Sowiecki, w mordowaniu Żydów. To temat aktualny, by nie powiedzieć modny. Zwłaszcza niemiecka historiografia sporo ostatnio pisze o „pomocnikach Hitlera”, czyli funkcjonariuszach kolaborujących z Niemcami formacji policyjnych i ochotniczych struktur paramilitarnych, które brały udział w zabijaniu Żydów. Snyder nie lekceważy tego zjawiska, choć jednocześnie stawia niezwykle ważną diagnozę. Udowadnia, że takie postawy występowały jedynie na terenach podwójnej okupacji, a więc tam, gdzie najpierw Sowieci zniszczyli lokalną państwowość, a latem 1941 r. zostały one zajęte przez Niemców. Diagnoza Snydera jest następująca: dlatego dochodziło do masowej kolaboracji Litwinów, Łotyszów, Ukraińców oraz ich współudziału w mordowaniu Żydów, ponieważ Niemcom udało się ich przekonać, że cierpieli w czasie sowieckiej okupacji z powodu Żydów służących komunistom. Gdyby w miastach na Wschodzie, do których latem 1941 r. wkraczały jednostki niemieckie, nie odkrywano ciał tysięcy ludzi zamordowanych przez NKWD, Niemcom nie udałoby się podburzyć miejscowej ludności do mordowania Żydów.

Według szacunków Snydera, w 1941 r. Niemcy przy pomocy obywateli sowieckich zabili na okupowanych terytoriach Związku Sowieckiego około miliona Żydów. Udowadnia, że często liderami formacji współpracujących z Niemcami byli nie tylko komuniści, ale nawet funkcjonariusze sowieckich organów bezpieczeństwa. W nowej sytuacji, uczestnicząc w zabijaniu Żydów, legitymizowali się zarówno wobec niemieckiego okupanta, jak i swych rodaków, oskarżających ich o kolaborację z komunistycznym okupantem. Z przytoczonych przez niego materiałów wynika, że dotyczyło to nie tylko Litwinów, Łotyszy, Estończyków czy Ukraińców, ale także Rosjan na terenach, które znalazły się pod niemiecką okupacją. Jak pisze, w każdym dużym sowieckim mieście Niemcy mogli powołać władzę bez Żydów, „ale trudno byłoby im sobie poradzić bez wykształconych obywateli sowieckich, którzy często bywali członkami partii komunistycznej”. Pomagając Niemcom w masowym zabijaniu Żydów, wpisywali się jednocześnie w nazistowską narrację, mówiącą, że Związek Sowiecki był w istocie tworem żydokomuny (Snyder używa terminu „judeobolszewizm”). Dzięki temu przestali ponosić odpowiedzialność za swój udział w tworzeniu komunistycznego państwa, choć w przeszłości byli nie tylko członkami partii, ale także ważnymi funkcjonariuszami państwowymi. „Mit judeobolszewizmu oddzielał Żydów od reszty obywateli sowieckich, a wielu obywateli sowieckich od własnej przeszłości”, ocenia Snyder. Później, gdy na te tereny wracała władza sowiecka, ludzie znowu zmieniali poglądy. „Mit judeobolszewicki z 1941 roku – pisze – pozwolił obywatelom sowieckim odciąć się od żydowskich sąsiadów; mit wielkiej wojny ojczyźnianej z nazistowskimi Niemcami pozwolił im odciąć się od mordu popełnionego na tych samych sąsiadach”.
 

Paradoks Auschwitz

Snyder ma odwagę zmierzyć się także z czymś, co nazywa „paradoksem Auschwitz”, dowodząc, że nazistowski obóz zagłady stał się wprawdzie synonimem Holokaustu, ale zanim tam ruszyła wielka fabryka śmierci, większość Żydów zabito na Wschodzie. „O Auschwitz pamiętamy, a o dużej części Holokaustu w dużej mierze zapomnieliśmy”, przekonuje. Wyjaśnia jednocześnie, dlaczego tak się stało. Auschwitz – dowodzi – to paradoksalnie symbol wygodny dla Niemców. Jako społeczeństwo mogą powiedzieć, że nie wiedzieli o trwającej tam zagładzie Żydów. Co oczywiście jest tezą nieprawdziwą. O tym, co się działo w KL Auschwitz, przeciętna niemiecka rodzina mogła nie wiedzieć, ale Snyder przypomina, że zanim tam zaczęło się masowe zabijanie, na Wschodzie dziesiątki tysięcy Niemców przez trzy lata nad setkami dołów śmierci rozstrzeliwały miliony Żydów. To zaś dla społeczeństwa niemieckiego nie było tajemnicą. Żołnierze niemieccy pisali o tym do swych rodzin, chwalili się zdjęciami z egzekucji, przekazywali tysiące przedmiotów skradzionych zamordowanym Żydom, które znalazły nowe miejsce w milionach domów tzw. „porządnych” niemieckich rodzin. Sprowadzenie Zagłady wyłącznie do Auschwitz, przekonuje autor „Czarnej ziemi”, było dla Niemców wygodne, gdyż krąg sprawców ograniczało do załogi obozu, ewentualnie formacji policyjnych i SS, które Żydów wyłapywały w całej Europie i tam wysyłały.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie