Rodzina to marka

Przed wojną Chmielewscy prowadzili cukiernię, Błaszczakowie piekarnię, a Jabłkowscy dom towarowy. Komuna zabrała im biznes. Dziś wracają do dawnej świetności.

W mieszczącej się nieopodal lubelskiej starówki cukierni „Chmielewski” na pijących kawę oraz jedzących napoleonki i pączki patrzą założyciele lokalu, Władysław i Stanisława Chmielewscy. Tak samo jak przed wojną (choć dziś już tylko z portretów), gdy w tym miejscu, jak wspominał przed laty lubelski dziennikarz Mirosław Darecki, „stoliki miały blaty z białego, pięknie żyłkowanego marmuru oraz ciężkie metalowe podstawy o secesyjnych wzorach. Kelner przynosił szklany kosz pełen różnorakich ciastek. Można było wybierać do woli, a płaciło się, oczywiście, »od sztuki«.

Ale w praktyce dzieci zjadały wszystko do ostatniego okruszka”. Założoną w 1900 roku kawiarnię chętnie odwiedzała na przykład Hanka Ordonówna. Wszystko zmieniła II wojna światowa, gdy miasto zajęli okupanci. – Lokal przekazano pod zarząd pewnemu Niemcowi. Do drzwi przytwierdzono tabliczkę: „Żydom, Polakom i psom wstęp wzbroniony”. Dziadek odkręcił szyld, za co trafił do więzienia na Zamku Lubelskim, skąd wyszedł dzięki łapówce – opowiada „Gościowi Niedzielnemu” Krzysztof Chmielewski, wnuk założycieli. I gdy wydawało się, że po wojnie rodzina znów, jak za dawnych lat, będzie mogła prowadzić swój biznes, nadeszła komuna. Jeszcze przez kilka lat próbowano sprzedawać słodkości, aż w końcu wymuszono na Chmielewskim oddanie lokalu państwu.

– Dziadek pogodził się z tym, ale do końca życia szkoda mu było własnego dorobku – opowiada pan Krzysztof, częstując wuzetką, chyba jedyną rzeczą, za którą możemy być wdzięczni Polsce Ludowej. Rodzina miała szczęście, że mogła dalej mieszkać w swojej kamienicy. Ale za ścianą w miejsce cukierni „W. Chmielewski” pojawiła się państwowa „Ratuszowa”. Jak pisał Darecki, „przychodziło tu coraz mniej ciekawe towarzystwo. A ciastka i kawa były z roku na rok gorsze”.

Wszystko państwowe

Takich rodzinnych biznesów, które poupadały w okresie stalinizmu, były tysiące. Zabierano je prawem kaduka, bo nawet komuniści nie zakazali całkowicie działalności gospodarczej. Ale ludzi gnębiono w różny sposób: utrudnianiem zaopatrzenia, domiarami, wreszcie aresztami, wymuszając przekazywanie bądź likwidację zakładów. Tak realizowano utopię, wedle której nawet bułki i ciastka mają być dostarczane obywatelom przez państwo. Jej ofiarą padła Piekarnia Wawerska, prowadzona od 1928 roku najpierw w Starej Miłośnie, a od 1938 roku na warszawskim Wawrze.

– Była to wówczas najprawdopodobniej największa i najnowocześniejsza piekarnia w stolicy – Tomasz Błaszczak chwali w rozmowie z GN dzieło swojego pradziadka Stanisława Błaszczaka. Piekarze niedługo cieszyli się swoim zakładem: najpierw trafił on pod niemiecki zarząd, po wojnie w 1946 roku piekarnię upaństwowiono, a rodzinę Błaszczaków eksmitowano z własnej kamienicy. Przeniosła się więc do Sulejówka, gdzie piekła dalej chleby. Ale nie każdej rodzinie udało się pozostać w swojej branży. Wiele osób musiało życie zawodowe zaczynać od początku.

Krzysztof Chmielewski został adwokatem, jego rodzeństwo także realizowało się na innych polach. Czasem tylko, gdy mieli coś w domu do upieczenia, „Ratuszowa” pozwalała im skorzystać z pieców. Aż nadszedł koniec komuny i w 1991 roku Chmielewscy udowodnili przed sądem, że lokal należy się im. – Nie mieliśmy wątpliwości: należało odtworzyć cukiernię! I to pod tradycyjną nazwą – opowiada Chmielewski.

Adwokat z pączkiem

Nie było to łatwe. Żaden z żyjących Chmielewskich nie miał doświadczenia w cukiernictwie. Pomogła jednak… marka rodziny, która przetrwała w pamięci lublinian. – Zgłosił się stary mistrz cukierniczy, który pracował jeszcze z moim dziadkiem, przyszli także inni byli pracownicy lokalu – opowiada. Wspomina, że pierwszego dnia przed cukiernią ustawiła się kolejka i słodkości bardzo szybko się rozeszły. Zresztą „W. Chmielewski”, jako jedyna wówczas cukiernia w okolicy lubelskiego ratusza, gdzie dziś jest deptak, był wręcz skazany na sukces.

Z czasem także członkowie rodziny nauczyli się fachu swoich przodków. – Umiem smażyć pączki, tort też zrobię, jeśli trzeba – mówi z dumą mecenas Chmielewski. Innego rodzaju problemy niż Chmielewskiego trapiły w 1989 roku Mieczysława Błaszczaka, syna Stanisława, kiedy udało mu się odzyskać budynki firmy na Wawrze. Choć także Chmielewscy musieli przeprowadzić remont i wymienić stare piece węglowe, rodzina piekarzy stanęła przed tytanicznym zadaniem. – Zakład był w stanie ruiny. Podłogi zarośnięte brudem, pieczywo produkowano cały czas na maszynach, które nam zabrano.

Jednak dziadkowi bardzo zależało, by wrócić w miejsce, które zbudował razem ze swoim ojcem. Dwa lata trwało, zanim wyremontowaliśmy budynki, wyposażyliśmy je w bardziej nowoczesny sprzęt, i znów mogliśmy ruszyć z działalnością – mówi T. Błaszczak, dziś główny technolog w Piekarni Wawerskiej Błaszczak, która obecnie nie ogranicza się do jednego lokalu, ale ma 20 punktów sprzedaży w całym mieście.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie