Krew Kurdów

W tureckim Kurdystanie widziałem zrujnowane przez tureckie wojsko i policję miasta, w których snajperzy zabijają dzieci.

Ten mały chłopczyk… Wiesz, ten, który się utopił, po którym cała Europa płakała… On był z Kobane. Dlaczego dopiero on kogoś zainteresował? Bo zdjęcie wzruszające? Nasze dzieci umierały i wciąż umierają. Są mordowane przez Państwo Islamskie albo przez siły tureckie – potężna Kurdyjka o pięknej twarzy denerwuje się coraz bardziej. Jest członkiem HDP (powiązanej z Kurdami partii politycznej, opozycyjnej względem rządzącego w Turcji Erdogana). Rozmawiamy w kawiarni w Gaziantep, mieście położonym kilkaset kilometrów od tureckiego Kurdystanu.

– Dwa dni temu snajperzy zabili dwójkę dzieciaków w Bislim! Zresztą Kobane to tylko symbol. Kobane dla nas jest wszędzie! Mam wymieniać inne nasze miasta, które atakują? Cizre, Bismil, Silvan, Nusaybin – mówi, coraz bardziej podnosząc głos. Podczas podróży po tureckim Kurdystanie przypominam sobie jej słowa wielokrotnie. Nawet w Diyarbakir (tzw. stolicy Kurdystanu, największym mieście regionu), miejscu teoretycznie bezpiecznym, gdzie są opancerzone wozy bojowe na ulicach, barykady pilnowane przez wojsko ze stanowiskami karabinów maszynowych, słychać pojedyncze strzały. Nad miastem latają helikoptery i wojskowe odrzutowce, wybuchają domowej roboty bomby. Przyjaciele, którzy mnie goszczą, pokazują amatorskie zdjęcia i filmy. Zabite dziecko w Cizre. Zastrzelony staruszek na progu domu w Nusaybin. Turecki policjant przykładający pistolet do głowy dziennikarza, w ostatniej chwili powstrzymany przez innego funkcjonariusza. Turecki wóz policyjny ciągnie za sobą przywiązane ciało zmasakrowanego Kurda. – To nasza rzeczywistość – mówi Celal, 50-letni Kurd, u którego nocuję.

Dwie twarze

Bismil to miasteczko położone około 60 km od Diyarbakir. Kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców. Tuż przed moim przyjazdem turecka policja zastrzeliła tu dwóch chłopaków: 19- i 16-latka. Chcę znaleźć ich rodziców. Mam szczęście – w busiku jadącym z Diyarbakir do Bismil dosiada się do mnie młodziutki Kurd znający angielski. Zgadujemy się, zaprasza mnie do kawiarni swojego kumpla, Mehmeta. Okazuje się, że Mehmet jest kuzynem jednej z ofiar. Pytam go o nastroje w Bismil. – Jesteśmy gotowi do walki. Jeśli to potrwa, weźmiemy swoje spluwy i ruszymy na ulice. Tutaj, na Bliskim Wschodzie, w każdym domu jest broń. Umiemy jej używać i użyjemy. Nie dziś, nie jutro, ale za niedługo – twierdzi. Gdy rozmawiamy przy czaju, Mehmet dostaje esemesa: „W Bismil wybuchły starcia”. Proszę chłopaków, by mnie zabrali na miejsce.

Chcę zobaczyć barykady i ocenić ogólną sytuację. Zgadzają się. Bismil jest podzielone główną ulicą na mniej więcej dwie części. A także na dwa światy. Po jednej stronie bliskowschodni gwar, zapachy, życie, handel i stragany. Po drugiej zamknięte sklepy, zupełnie puste ulice. W tej części Bismil służby tureckie wprowadziły stan wojenny. Obowiązuje zakaz poruszania się i prowadzenia działalności. Tam właśnie kieruje nas Mehmet. Jest nas czterech. Śmiejemy się i żartujemy, gdy wchodzimy w widmowe miasto. Ludzi na ulicach coraz mniej, w końcu znikają zupełnie. Zostają tylko śmieci, przerzucane przez wiatr z miejsca na miejsce. Na murach graffiti YDG-h (zbrojnej bojówki kurdyjskiej PKK). Czujemy szczypiący zapach gazu łzawiącego. Strzały słychać coraz bliżej. Chcemy obejść miejsce walk i „zza węgła” zajrzeć na tyły policyjnej barykady.

Chłopcy decydują jednak o powrocie. I wtedy się zaczyna. Walą obok nas seriami. Zwiewamy. Biegniemy schyleni przy murach. Nagle Mehmet nas zatrzymuje. Zobaczył snajpera na dachu. Słychać pojedyncze strzały między seriami. Chwilę czekamy, znów bieg, znów przy ścianach, znów nisko pochylone głowy. I nagle koniec. Ulica dzieląca Bismil. Znów gwar, rozgardiasz, zapachy przypraw… Uspokajamy się, zaczynamy się śmiać. Bismil jest przykładem, że turecka policja nie tylko wprowadza stan wojenny w dzielnicach mieszkalnych, ale prowadzi tam działania ofensywne. To nie są działania policyjne, ale wojenne. Tego dnia, gdy byłem w Bismil, policja zabiła sześć osób. Jednej z ofiar ucięto po śmierci głowę. Bismil jest jak Turcja – o dwóch twarzach. Kraj pełen luksusowych hoteli wypełnionych turystami z Europy, zlaicyzowany, bezpieczny i wesoły… Ale wystarczy przejść przez ulicę, by spotkać inną twarz Turcji – gdzie snajperzy zabijają dzieci.

Dorośli nie boją się śmierci

Berat miał 13 lat. Wyszedł z kolegami pobawić się na plac zabaw. Był ranek. Rozległ się huk. Dwójka dzieciaków zwiała. Berat nie. Pierwszy strzał prawie oderwał mu ramię. Padł na ziemię. Po minucie turecki policjant był przy nim. Kolejny strzał był już w klatkę piersiową. Policjant oddał jeszcze kilka strzałów, a następnie podeptał głowę dziecka. Rodzice Berata mieszkają w biedniejszej części Bismil. Tam, gdzie siły tureckie zaprowadziły stan wojenny. Ojciec Berata ma na imię Ylmaz. Matka Ayze. Ayze nosi białą chustę, symbol żałoby. Ojciec pali papierosa za papierosem, niewiele mówi. Opowiada głównie Ayze. Nie wiedzieli, że policja może posunąć się do aż takiego okrucieństwa. Wieść przekazał im przyjaciel. Ciało Berata było już w szpitalu. Policja nie dopuściła ich do zwłok. Wydali je dopiero następnego dnia.

Mieszkanie rodziców Berata jest biedne, na podłodze leżą wytarte, cieniutkie dywany. Do pokoju, w którym rozmawiamy, wbiega mały chłopiec. Ayze chwyta go i przytula. – Codziennie boimy się o pozostałe dzieci. Tureckie siły mordują je, jak ISIS. Zresztą przecież ich wspierają – mówi. – Czemu dzieci? Bo dorośli tutaj nie boją się śmierci. Jesteśmy Kurdami. Tutaj wszyscy kogoś stracili, wszystkim kogoś zamordowali – wyjaśnia. Pytam, czy znają nazwiska zabójców. – To nie jest tutejsza policja. Ci stąd nie byliby takimi potworami – mówią. Wychodzę z Ylmazem przed dom. Pokazuje ścianę pooraną dziesiątkami dziur po kulach. Dwa dni temu – mówi – gdy byliśmy na pogrzebie Berata, przyjechali i ostrzelali nasz dom.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie