Ofiara i jej kaci

Raport brytyjskiego sądu w sprawie zabójstwa Aleksandra Litwinienki pokazuje, że nawet w sprawach politycznie wrażliwych oraz takich, w których brak tzw. twardych dowodów, wymiar sprawiedliwości nie musi być skazany na porażkę.

Litwinienko, były agent rosyjskiego kontrwywiadu, został 1 listopada 2006 r. otruty polonem 210 podczas spotkania w barze hotelowym Pine w centrum Londynu. Brytyjska policja ustaliła, że sproszkowany polon został dosypany do czajnika z zieloną herbatą, którą Litwinienko wypił w towarzystwie dwóch Rosjan, Andrieja Ługawoja i Dmitrija Kowtuna. Wieczorem poczuł się źle, następnego dnia trafił do szpitala z podejrzeniem zatrucia. Nie było jednak dla niego ratunku. Zmarł 21 listopada 2006 r.

Śledztwo

Dla premiera Tony’ego Blaire’a śmierć Litwinienki była bardzo niewygodna. Chociaż tropy od początku prowadziły do Moskwy, brytyjski premier nie chciał komplikować sobie stosunków z Rosją. Sprawa nie mogła jednak być całkowicie zamieciona pod dywan. Litwinienko był obywatelem brytyjskim, a został otruty substancją radioaktywną, co pozwoliło zaklasyfikować mord jako akt terroryzmu z użyciem broni nuklearnej. Początkowo śledztwo prowadzono dość opieszale. Zajmował się tym tzw. sąd koronerski, ale przerwał dochodzenie, gdy funkcjonariusze brytyjskiego wywiadu odmówili składania wyjaśnień na temat swych kontaktów z zamordowanym.

Dopiero gdy światem wstrząsnęła informacja o zestrzeleniu malezyjskiego samolotu nad Donbasem w lipcu 2014 r., zastosowano procedurę dochodzenia publicznego (public inquiry). Choć nie kończy się ona wniesieniem do sądu aktu oskarżenia, jest urzędowym potwierdzeniem ustaleń śledczych. Prowadzący śledztwo sędzia Robert Owen zebrał wszelkie możliwe dowody w tej sprawie, starając się wniknąć w szerszy kontekst, w jakim doszło do zbrodni. Dlatego zajmował się nie tylko szczegółami otrucia, ale także systemem powiązań rosyjskich służb specjalnych ze światem przestępczym. Wskazał na rosyjskie prawo z 2006 r., pozwalające funkcjonariuszom Federalnej Służby Bezpieczeństwa dokonywać nawet za granicą egzekucji osób uznanych przez Rosję za terrorystów.

Litwinienko złożył w szpitalu obszerne zeznania. W postępowaniu niejawnym przesłuchano funkcjonariuszy brytyjskiego wywiadu i kontrwywiadu. 21 stycznia br. sędzia Owen opublikował obszerny (328 stron) raport prezentujący wyniki śledztwa. Stwierdzono w nim, że choć nie ma bezpośrednich dowodów, można uznać, że za zabójstwem Litwinienki stali obywatele Rosji Andriej Ługawoj i Dmitrij Kowtun, którzy „z dużym prawdopodobieństwem działali na zlecenie FSB w ramach operacji, na którą zgodę prawdopodobnie wydali Nikołaj Patruszew (ówczesny szef FSB) i prezydent Władimir Putin”. W jego ocenie „morderstwo brytyjskiego obywatela na ulicach Londynu z użyciem radioaktywnej substancji stanowiło bezpośrednie zagrożenie dla zdrowia publicznego”.

Ślady niebezpiecznego izotopu odkryto u ponad 700 osób, choć na szczęście były to dawki śladowe, niepowodujące zachorowania. Zachodnia opinia publiczna dawno nie miała do czynienia z dokumentem tak jednoznacznym w swej politycznej wymowie. Raport obarczał polityczną odpowiedzialnością za mord prezydenta Putina, ale też bez ogródek stwierdzał, że współczesna Rosja jest w istocie państwem mafijnym, rządzonym według reguł świata przestępczego przez funkcjonariuszy służb specjalnych, posługujących się na co dzień strukturami przestępczymi na całym świecie.

Człowiek o wielu twarzach

Długa była droga chłopca z Woroneża do Londynu. Podczas służby w armii Litwinienko został zwerbowany do pracy w jednostkach kontrwywiadu wojskowego KGB. Później przeszedł do Federalnej Służby Bezpieczeństwa (kontrwywiad), najpotężniejszej struktury, jaka powstała na gruzach KGB. Brał udział w walkach w Czeczenii w 1995 r., gdzie – według relacji bezpośrednich przełożonych – wykazał się okrucieństwem wobec pojmanych jeńców czeczeńskich. Rok później awansował do elitarnej jednostki, moskiewskiego Zarządu Analiz Organizacji Przestępczych (URPO).

Jego funkcjonariusze mieli prawo nie tylko do śledzenia, ale także do zastraszania i szantażowania, a być może nawet zabijania mafijnych bossów. Litwinienko dobrze odnalazł się w tej pracy. Punktem zwrotnym miały się stać wydarzenia z grudnia 1997 r. Wraz z czterema innymi funkcjonariuszami został wezwany do gabinetu szefa URPO Jewgienija Chochołkowa, który nakazał im zabicie Borysa Bieriezowskiego – wówczas jednej z najważniejszych osób w państwie i bliskiego współpracownika prezydenta Borysa Jelcyna. Nie zdołano zweryfikować tej wersji, ale Litwinienko powiadomił o wszystkim Bieriezowskiego i razem z pozostałą czwórką wystąpił na konferencji prasowej. Wywołało to ogromny skandal polityczny, który jednak nie doprowadził do żadnych rozstrzygnięć.

Chochołkow wszystkiego się wyparł, a część mediów rosyjskich dowodziła, że oskarżenie było jedynie elementem gry o wpływy Bieriezowskiego, szarej eminencji na Kremlu. Od tego czasu kariera Litwinienki na dobre i złe związała się z tym politykiem. Kiedy jednak Jelcyn nie postawił na ludzi z kręgu Bieriezowskiego, ale na nieznanego pułkownika KGB Władimira Putina, również sytuacja Litwinienki się skomplikowała. Został oskarżony o nadużycie władzy i w 1998 r. trafił do aresztu. Sprawa ciągnęła się przez kilka miesięcy, ale dzięki wsparciu Bieriezowskiego zdołał wyjechać do Gruzji, skąd przedostał się do Turcji. Tam spotkał się z rodziną. W 2000 r. przyjechali do Londynu.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie