Ostatni dzwonek

Polska gospodarka notuje jeden z najniższych wskaźników innowacyjności w Europie. Czym są innowacje i dlaczego warto o nie walczyć, wyjaśnia Jan Filip Staniłko w rozmowie z Tomaszem Rożkiem

Tomasz Rożek: Nie ma Pan wrażenia, że słowo „innowacje” jest dość powszechnie nadużywane? Wszystko ma być innowacyjne. Sprzęty domowe, firmy, a nawet gospodarka. Czy innowacje to wynalazki?

Jan Filip Staniłko: Innowacja jest wynalazkiem skomercjalizowanym, czyli wynalazkiem przekształconym w produkt, który możemy znaleźć na rynku.

Czyli innowacja to wynalazek, na którym ktoś zarabia?

Jeszcze nie. Na razie został poniesiony koszt, dzięki któremu wynalazek przestał być tylko teoretyczną koncepcją i stał się konkretnym produktem. Innowator poniósł też koszt, by ten produkt umieścić na rynku. W skrócie: innowacja to wynalazek, którym już można obracać gospodarczo.

A co z zarabianiem?

To następny krok. Każdy wynalazca marzy o tym, by stać się innowatorem, a każdy innowator chce, by jego innowacja okazała się sukcesem i zarabiała pieniądze. I to jest taki – powiedzmy – święty Graal współczesnego biznesu.

Dlaczego innowatorowi zależy – rozumiem, ale dlaczego o innowacje walczy rząd?

Każdemu rządowi chodzi o to, by innowacja przekształcała się w ponadprzeciętny zysk. Nie tylko dlatego, że z tego zysku ktoś zapłaci podatek, ale dlatego, że innowacyjne firmy szybciej się rozwijają, zatrudniają więcej osób i inwestują więcej pieniędzy. W skrócie: rozpędzają gospodarkę. Wręcz encyklopedycznym przykładem innowacji jest iPhone, czyli urządzenie, w którego produkcji uczestniczy w USA ok. 2 mln ludzi, a na całym świecie pewnie jeszcze ze trzy, cztery razy tyle. Marża zysku na iPhonie jest niesamowita. Generuje on 30 mld dolarów przychodów dla firmy Apple, co stanowi 2/3 jej przychodów. To jest modelowa innowacja, o której wszyscy marzą.

Czyli wszystkim nam powinno zależeć na tym, żeby w Polsce powstała marka na miarę iPhona, innowacja na miarę czegoś, co wywróci rynek do góry nogami. A co z tymi, którzy w czasie tego wywracania zbankrutują?

Taka jest natura innowacji. Pierwszym teoretykiem innowacji był Joseph Schumpeter, który użył wyrażenia „kreatywna destrukcja”. I to jest pewien model gospodarki kreatywnej. Można się oczywiście zżymać, że innowacje powodują zamieszanie na rynku czy, mówiąc brutalnie, bankructwa firm mniej innowacyjnych, ale to trochę jak dyskusja pomiędzy tymi, którzy chcieli wprowadzać roboty do hal fabrycznych, i tymi, którzy argumentowali, że przez to pracę stracą ludzie. Stracą, ale po pierwsze – roboty też wymagają obsługi, a po drugie – nowoczesny sposób produkcji zawsze wygra z tym, który nowoczesności się boi. W efekcie nie będzie robotów, ale fabryka i tak upadnie. To bardzo skrótowe przedstawienie problemu, ale odzwierciedla to, co chcę powiedzieć. W nowoczesnej gospodarce są potrzebne gałęzie, które produkują dużo i dążą do maksymalnie niskiego kosztu przeciętnego produktu. Ale są potrzebne także takie, które eksperymentują. Takim przykładem gospodarki idealnej jest gospodarka bardzo żywa. Gospodarka przedsiębiorców cały czas ryzykujących, tworzących nowe rozwiązania, konkurujących i współpracujących z dużymi firmami, które dają kapitał, mają ludzi, dają potężny dostęp do rynków i logistykę.

Czasami myślimy o sobie, że jesteśmy bardzo pomysłowi, że potrafimy sobie radzić w każdej sytuacji. A patrząc na dane, okazuje się, że jesteśmy jedną z najmniej innowacyjnych gospodarek w Europie. Z czego to wynika?

My jesteśmy zaradni, a nie innowacyjni. Faktycznie jesteśmy przedsiębiorczy, ale często w sensie nieczekania na to, że ktoś nam coś da. Równocześnie mamy bardzo niewielką skłonność do zachowań ryzykownych.

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie