Nowa Wola lekarza

O pustelni na końcu świata i towarzyszeniu pacjentom w najważniejszym momencie życia z dr. nauk med. Pawłem Grabowskim rozmawia Agata Puścikowska


Agata Puścikowska: Jesteśmy pod białoruską granicą, w maleńkiej wiosce, w społecznym, domowym hospicjum. Taki szczyt Pańskiej kariery…


Paweł Grabowski: O tak. To jest właśnie szczyt kariery. 


Jest Pan doktorem z kilkoma specjalizacjami. Mógł Pan robić wszystko i wszędzie. Przecież dawni koledzy pukają się w głowę…


Niech się pukają. Jeśli chodzi o tzw. robienie kariery, to jest to sprawa mocno przereklamowana. Karierę naukową skończyłem jako adiunkt, w okolicach 40. urodzin. Nie jest to osiągnięcie powalające na kolana. Zresztą nigdy nie byłem sprofilowany na jedno działanie: w liceum akurat najbardziej lubiłem język polski, potem biologię i całą resztę. Natomiast w dzieciństwie miałem wspaniałą lekarkę pediatrę i chciałem być taki jak ona. Marzenie z lat chłopięcych jednak nie spełniło się. Za pierwszym razem nie zdałem na medycynę. Zatrudniłem się więc w szpitalu jako salowy. Pamiętam małego, ciężko chorego chłopca, który mnie wtedy zapytał: „A dlaczego pan sobie taki dziwny zawód wybrał? Sprzątacza”. Odpowiedziałem, że takie mam widać powołanie. 


Skończył Pan jednak… stomatologię.


Jako pierwszy kierunek studiów. Ale już na studiach pracowałem w studenckim kole chirurgicznym i pod okiem asystenta wykonywałem pierwsze drobne operacje. Rozpocząłem potem pracę w klinice chirurgii twarzowo-szczękowej, zrobiłem pierwszy stopień specjalizacji. I zacząłem kolejne studia: medyczne. Nie wspominam jednak tamtego czasu z sentymentem: środowisko hermetyczne, niezbyt przyjazne względem siebie. Specjalizację udało mi się zrobić w Warszawie. Po kilku latach w tamtejszej klinice uniwersyteckiej doktorat napisałem z… patologii relacji międzylekarskich. 


Doświadczył Pan ich w praktyce?


Oględnie mówiąc, w naukowym środowisku medycznym relacje bywają różne. Dlatego mam spory dystans do tzw. karier medycznych. Choć na szczęście są też pozytywne wyjątki: mój kolejny szef w Klinice Nowotworów Głowy i Szyi, w Instytucie Onkologii w Warszawie, był bardzo dobrym szefem: wymagającym, mądrym i rozumiejącym potrzebę wyjazdów na szkolenia. W rozwoju swojego pracownika widział szansę, a nie zagrożenie dla siebie… W klinice poznałem też inny wymiar medycyny. Tam umierało wielu pacjentów. Obserwowałem ich, zastanawiałem się, jak najlepiej pomóc, jak towarzyszyć podczas tego wyjątkowego czasu: odchodzenia. W końcu zrobiłem specjalizację z medycyny paliatywnej. Dla humanisty odkrycie medycyny paliatywnej zmienia życie. Według mnie jest to najważniejsza lekarska specjalizacja: dotyka całego człowieka. Obejmuje przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Obejmuje też jego całe otoczenie – rodzinę, relacje. Nie tylko fizjologię czy psychikę. Towarzyszenie osobie nieuleczalnie chorej to nie jest oczekiwanie na śmierć! To ulepszanie, usprawnianie czasu, który pozostał. Zacząłem również pracować w hospicjach warszawskich. Tak więc moje życie zawodowe i prywatne zmierzało do punktu, w którym jestem dzisiaj. Zmierzało do Nowej Woli. Ale potrzebowałem również mocniejszego uderzenia, „skierowania” z góry: podczas badań, które sam przechodziłem, mówiąc krótko – umarłem. Na kilka chwil. Potrzebna była reanimacja, a potem wszczepienie rozrusznika. 


Widział Pan światełko?


Nic. Kompletnie. Czarna dziura. Nikt nie szedł do mnie z nieba. Pewnie ślicznie by to zabrzmiało: „Zobaczyłem Anioła, który powiedział: »Jedź, Grabowski, na Wschód robić hospicjum«”. Ale tak nie było. Natomiast ja sam poczułem, że nadal żyję po coś. Kiedy wstałem, zrozumiałem, że życie jest tak krótkie, że nie ma czasu na rzeczy ważne. Trzeba więc robić rzeczy najważniejsze. Stąd decyzja: wyjeżdżam i działam. Dla tych, którzy umierają gdzieś w osamotnieniu, bólu, czasem biedzie, a którymi się nikt nie zajmie. Postanowiłem stworzyć hospicjum tam, gdzie nie miało ono szans powstać. Wybrałem Wschód. I tak się sprawy potoczyły, że mój znajomy, prawosławny duchowny, ks. Henryk Paprocki, skontaktował mnie z białostockim prawosławnym abp. Jakubem. Biskup pokazał mi na mapie Nową Wolę, poznał mnie z tutejszym batiuszką Jarosławem. Przyjechałem do wsi, zobaczyłem skromniutki budynek po starej szkole, który właśnie ofiarował abp Jakub. Rozejrzałem się: parę domów, cerkiew, las, koniec świata. Batiuszka Jarosław był pewien, że wyjadę i nie wrócę. 


«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie