Kraina bez wyjścia

Im chodzi o politykę i ambicje. Nam chodzi o przetrwanie. Tak mówią ormiańscy mieszkańcy Górskiego Karabachu o swoich wrogach, niepewnych sojusznikach i o sobie samych. Zamrożony od dwóch dekad konflikt na Zakaukaziu wybuchł w najmniej „odpowiednim” momencie.

To jedna z tych sytuacji, w której próba wytłumaczenia, kto z kim, przeciw komu i w sojuszu z kim walczy, jest nie lada wyzwaniem. Dla nas utrudnieniem jest dodatkowo odległość geograficzna: region Górskiego Karabachu, który uważa się za niepodległy kraj (tego uważania nie podziela żadne inne państwo na świecie), to przecież zapomniany nieco świat wciśnięty między Azerbejdżan (którego formalnie jest częścią), Armenię i Iran (od południa). Czyli „gdie ta tam”, jak mawiają czasem w przygranicznych wioskach na określenie wyjątkowo... odległej krainy.

Winni i „winniejsi”

Zawiłości kaukaskich realiów wychodzą najczęściej przy wybuchu nowego starego konfliktu. „Nam ta wojna została narzucona. Azerowie nie chcieli nawet słuchać, co mieliśmy do powiedzenia. Mój naród musiał ją podjąć. Teraz już nikt nad nią nie panuje, staje się coraz większa i większa” – czytam w „Dobrym miejscu do umierania” Wojciecha Jagielskiego wyjaśnienie ze strony ormiańskiego katolikosa Wazgena I. A wersja Azerów jest taka: „Poszło o to, że Ormianie nie chcą i nigdy nie chcieli żyć z nami w zgodzie. Uważają się za lepszych, mądrzejszych. Wydaje im się, że są Bóg wie kim. Chcieli nam odebrać Karabach, bo kiedyś, przed wiekami, była tu Wielka Armenia” – tłumaczył autorowi Aga-Sani, azerski przewodnik.

Ormianie wierzą, że Azerowie nienawidzą ich za to, że są przeszkodą w zjednoczeniu się z Turcją (nazywają Azerów Turkami). Sami patrzą z nadzieją na Rosję, choć to Moskwa prawie sto lat temu „podarowała” Karabach Azerom, gdy liczyła na wspólne interesy z Turkami. Azerowie zaś, przy wsparciu Turcji, najchętniej przerobiliby Ormian na Turków właśnie. Albo wygnali lub wybili co do jednego. Turcja już wie, jak to się robi... A i Rosjanie, dopóki Związek Radziecki trwał, wspierali przez pewien czas Azerów w walce z niepokornymi Ormianami z Karabachu. Przestali po upadku ZSRR i nieudanym puczu Janajewa.

W ten sposób wepchnięci w ten kocioł bez pytania o zgodę mieszkańcy Karabachu od dziesięcioleci narażeni są na nieustanną rywalizację nie tylko między Azerbejdżanem i Armenią, ale przede wszystkim między Rosją i Turcją. A te kraje dziś nie wymieniają już między sobą terytorialnych uprzejmości i podarunków. Przeciwnie, nowa odsłona konfliktu o Górski Karabach może być niebezpiecznym zapalnikiem w mocno iskrzącej ostatnio sytuacji na linii Moskwa–Ankara. Dlatego kolejna wojna o Górski Karabach to już nie żadna lokalna wojenka w postradzieckiej krainie, tylko konflikt, którego stronami chcą być i są mocarstwa.

Spalić, żeby zapomnieć

Na poziomie lokalnym wygląda to tak: Erywań i Baku (stolice Armenii i Azerbejdżanu) obwiniają się nawzajem o prowokację. Pierwsza, choć nigdy nie uznała niepodległościowych dążeń rodaków z Karabachu, ma w pamięci poprzednią wojnę (która rozpoczęła się pod koniec lat 80. XX w.), gdy Azerbejdżan robił wszystko, by wszelkie ślady po Ormianach znikły stamtąd raz na zawsze. Azerowie zaś pamiętają, że gdy to Ormianie zaczęli wygrywać kolejne bitwy, nie zatrzymali się na „granicy” Górnego Karabachu, tylko wkroczyli w głąb Azerbejdżanu, dokonując spustoszenia w azerskich wioskach. Nie była to jednak rzeź ani szalona zemsta. Jagielski tłumaczy to tak: „Spalona ziemia była gwarancją bezpieczeństwa. Spalona, martwa ziemia miała oddzielić od siebie ludzi tak, by może kiedyś znów udało im się zapomnieć o zabijaniu”.

Szansę na spełnienie się tej nadziei dawało porozumienie o zawieszeniu broni, podpisane w 1994 roku. Teoretycznie wojnę wygrała Armenia. Ale nie wygrali jej Ormianie z Górnego Karabachu. Ze względu na swoje aspiracje niepodległościowe (przyznajmy, mocno wygórowane), ale też ze względu na nierozstrzygnięty nigdy do końca spór między Azerbejdżanem i Armenią; ten konflikt był tylko stłumionym w zarodku problemem. Wydarzenia sprzed tygodnia pokazały, jak nietrwała była to sytuacja. Bo choć od zawieszenia broni co jakiś czas miały miejsce incydenty i potyczki, to jednak regularna armia Azerbejdżanu nie angażowała w tym czasie tak znaczących sił.

Zamrożony konflikt odżył w nocy z 1 na 2 kwietnia, gdy – i tutaj relacje są sprzeczne – albo wojska azerskie otworzyły ogień do separatystów w odpowiedzi na ostrzał z ich strony w kierunku azerskich cywilów mieszkających w pobliżu Górskiego Karabachu, albo kolejność zdarzeń była odwrotna. Władze Armenii zagroziły nawet, że uznają niezależność Republiki Górskiego Karabachu. Separatyści z kolei zadeklarowali chęć rozmowy, ale postawili warunek wstępny: odzyskanie utraconych pozycji i terytoriów, które wspólnota międzynarodowa uznaje za należące do Azerbejdżanu. Z kolei azerskie władze zapowiedziały, że jeśli separatyści i ormiańska armia będą nadal prowadzić ostrzał cywilów w pobliżu Górskiego Karabachu, wojska Azerbejdżanu zaatakują Stepanakert, stolicę Górskiego Karabachu. Przy tak napiętej sytuacji oliwy do ognia dolał jeszcze prezydent Turcji. Recep Tayyip Erdo an zapowiedział, że Górski Karabach „pewnego dnia powróci” do Azerbejdżanu, do którego należy. Nie trzeba było długo czekać na odpowiedź Rosji: stacjonujące w Armenii rosyjskie oddziały rozpoczęły niezapowiedziane wcześniej ćwiczenia.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie