Koni polityka nie obchodzi

Konflikt w Janowie przeszedł w uśpioną fazę, ale może na nowo rozgorzeć przy okazji sierpniowej aukcji.

Pędzimy wąskimi dróżkami wśród podlaskich pól i lasów. Majowe słońce ostro świeci w oczy, a błękit nieba kontrastuje z zielenią otaczającej nas przyrody. Przejeżdżamy przez bramę Stadniny Koni Janów Podlaski. Nagle znajdujemy się w świecie jak z bajki: po trawnikach chodzą bociany, a piękno koni różnej maści i rasy jest oszałamiające. Trudno uwierzyć, że jeszcze niedawno Janów był w centrum politycznej burzy.

– Matka natura jest geniuszem. Musimy żyć zgodnie z nią, bo inaczej się nie da, przegramy – mówi Wiktor Gryglas, masztalerz stajni nr 5. To oryginalny człowiek: nosi długie, sarmackie wąsy, mówi szybko i z wielką pasją. Jego dziadek służył w Legionach Piłsudskiego. Chwali się, że przeczytał dwa tomy „Hodowli koni” Witolda Pruskiego. Te zwierzęta są dla niego całym światem. Pracuje w Janowie od 21 lat: dzień w dzień od 6.00 do 18.00, chętnie przychodzi także w weekendy. Oprowadził po stadninie już tysiące gości.

Gorsza od baby

Szef poprosił, żeby pokazał nam wszystko, co tylko chcemy. Mówi, że rozwieje wszelkie wątpliwości. Mediów mają już po dziurki w nosie, ale starają się rozmawiać ze wszystkimi. Pytam o pierwszą rzecz, która sama ciśnie się na usta: jak załodze żyje się z nowym prezesem? – Przychodzi, przywita się, na razie jest wszystko pozytywnie. Stara się wejść w temat, to dla niego nowość. Musi dużo patrzeć na konie – tłumaczy. O polityce pan Wiktor nie chce rozmawiać. Jego zdaniem jest gorsza od baby, bo nie można się jej pozbyć. Po prostu robota musi być zrobiona, koniom ma się żyć coraz lepiej, nieważne, kto tu rządzi. Nie wiadomo, co myśli o zmianach w zarządzie – na pytania odpowiada wymijająco. – Wszyscy po prostu pracujemy. Nie chcemy wyjeżdżać do Szwecji czy do Anglii. Mówię: panie prezesie, jeśli mamy coś robić, to po prostu róbmy to dobrze. Liczą się konie.

Obserwujemy, jak biegną. Pierwsze źrebięta, z tyłu asekurowane przez matki. Jeden mały nie nadąża za stadem, ale stara się nadrabiać jak może. Są w bardzo dobrym stanie: czyste, lśniące, mają zadbane kopyta. Wszystkie trzymane w pojedynczych boksach, doglądane przez weterynarzy (mijamy ich, idąc główną aleją). Pan Wiktor mówi, że nie można wyjść ze stajni i nie posprzątać. Musi być idealnie czysto. Zastanawiam się, jak to się mogło stać, że od października w takich warunkach zdechły trzy wartościowe klacze: Pianissima, Preria i Amra. Dwie ostatnie padły za kadencji nowego zarządu. – To zrządzenie losu, natura tak zadecydowała. Konie rzadko chorują, ale jak już się zdarzy, to konkretnie – tłumaczy pan Wiktor.

Zaskakująco co do przyczyn śmierci klaczy wszyscy są zgodni: zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy nowego zarządu. Nikt nie wierzy w ich otrucie. – Nie zrobiono tego złośliwie. Przecież kolka zdarza się u koni. Tak po prostu wyszło – przekonują mieszkańcy Janowa. Pan Wiktor bagatelizuje obecność antybiotyków w paszy. Mówi, że koń to bardzo delikatne zwierzę: wyczuje brud w jedzeniu i wodzie. Jeśli coś jest nie tak, to nie ruszy strawy. Poza „zrządzeniem losu” nie znajduje innych przyczyn ich śmierci.

Wchodzimy do małego pomieszczenia w stajni nr 5. Pan Wiktor nazywa je swoją „jaskinią”. W oczy rzuca się namalowany na ścianie koń, poniżej podpis: „Pianissima”. Stajenny wykonał już wiele podobnych obrazków, ale ten jest największy. Dlaczego? Bo to był koń – bajka. – Pełna urody, poezja! Na pokazach uzyskiwała ponad 96 punktów – opowiada z rozrzewnieniem. Ciało klaczy spoczęło na końskim cmentarzu. Jeszcze nie ma tabliczki, ale pan Wiktor pokazuje nam kamień, pod którym leży.

Medialna nagonka

Malowniczymi alejkami, przez mostek, oglądając drzewa nadgryzione przez bobry, jedziemy w kierunku położonej na uboczu stajni nr 11 „Pożary”. To tam w jednym pomieszczeniu mieszka 50 ogierów, które w przeciwieństwie do klaczy nie mają osobnych boksów. Fakt stał się przedmiotem krytyki w mediach. Czy słusznie? – Do chwili kiedy ogiery nie kryją klaczy, wszystkie przebywają ze sobą razem. Jak dzieci w przedszkolu. Tak jest od zarania dziejów – wyjaśnia masztalerz.

Przy dwóch stajniach, w tym przy „Pożarowej”, powstają wiaty dla ogierów. Na zniszczenie poprzednich wielokrotnie zwracano uwagę w prasie. Dyrekcja wzięła się do roboty i po kawałku naprawia zaniedbane przez byłego prezesa Marka Trelę sprawy. – Podstawowe rzeczy, których brakuje, to monitoring i internet. Pracujemy nad tym – mówi Mateusz Leniewicz-Jaworski, p.o. członka zarządu. Prezesa nie ma w biurze, wyjechał załatwić kilka spraw w Białej Podlaskiej. Zagaduję więc jego zastępcę o zamieszanie medialne wokół stadniny. Mateusz Leniewicz-Jaworski przeszedł naprawdę wiele. Co ciekawe, obrywa mu się znacznie bardziej niż samemu prezesowi. W internecie rozpętano przeciw niemu kampanię nienawiści: zarzucano mu brak doświadczenia, kłamstwa i przede wszystkim zbyt młody wiek. W sieci pojawiają się m.in. takie wpisy: „Ty ścierwo, będziemy ci patrzeć na ręce do końca”. Jak twierdzi, ciągle śledzi go wóz TVN-u: dziennikarze zajeżdżają mu drogę i wychodzą z kamerą, prowokują go. – Czy mamy tu jakąś aferę przestępczą?! Czemu nie napiszą czegoś dobrego o nas? Są dwie nowe osoby i niby zrujnowały całą stadninę? – denerwuje się wiceprezes. Presję wywierają na nim także ludzie związani z poprzednim dyrektorem. W dzień, w którym jesteśmy w Janowie, krążą po placówce i próbują przeszkodzić w sesji zdjęciowej do sierpniowej aukcji. Nowej dyrekcji grożą także zorganizowaniem demonstracji, w której będą domagać się powrotu starego prezesa.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • Krzysztof
    20.05.2016 23:00
    Szanowny Redaktorze,
    jako katolik jestem oburzony Pańską postawą wynikającą pośrednio z tekstu. Pisze Pan w dalszej części artykułu o Mateuszu Leniewiczu-Jaworskim, niedawno mianowanym przez władze na członka zarządu janowskiej stadniny, ubolewając niejako nad falą krytyki jaka go spotyka. A gdzie, za przeproszeniem, chwali się za fałszowanie danych w życiorysie złożonym do pracy? Młody człowiek sam zapracował sobie na przezwisko Mateuszek-kłamczuszek, co jest i tak łagodną formą konsekwencji za taki czyn. Dokładnie 4 pracodawców zagranicznych, na których powołał się w swoim cv, wydało oficjalne oświadczenia, że podał nieprawdziwe dane. Nawypisywał o prowadzeniu programu hodowlanego w Arctic Center w Belgii, a właścicielka Johanna Ullstrom sprostowała, że był u niej tylko stajennym przez parę miesięcy itd.itd. Ponadto przy próbach zrobienia "kariery" w arabskiej stadninie został wydalony z Kataru - co zrobił, że doszło aż do deportacji z kraju?? Ten młody człowiek najwyraźniej rozmija się celowo z ósmym przykazaniem, a Pan w katolickiej prasie pośrednio to popiera, przedstawiając go niemal jak niewinną ofiarę bezpodstawnego hejtu. Proponuję na przyszłość zrobić dokładniejsze rozeznanie tematu, o jakim Pan pisze. Choćby w Internecie łatwo można znaleźć potrzebne wiadomości, przykładowo http://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/stadniny-koni-arabskich-czlonek-zarzadu,251,0,2050299.html
    Z poważaniem Krzysztof
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie