Na lewo od Edenu

Po raz pierwszy od 40 lat w wyborach prezydenckich w USA nie liczy się głos tzw. religijnej prawicy. Dotąd nie dało się zdobyć nominacji republikanów bez puszczenia oka do liderów ewangelikalnych Kościołów. Dziś Donald Trump pokazuje im co najwyżej figę. A wierni... i tak głosują na niego.

Nigdy nie prosiłem Boga o wybaczenie – taka buńczuczna deklaracja w ustach starającego się o nominację w wyborach prezydenckich w USA do niedawna dyskwalifikowałaby nawet w oczach liberalnego elektoratu. A co dopiero wśród konserwatywnych wyborców. Tymczasem Donaldowi Trumpowi, który nie tylko takimi słowami naraził się liderom religijnym, nie przeszkodziło to w uzyskaniu poparcia także w konserwatywnych stanach i w zdobyciu nominacji republikanów. Wbrew woli establishmentu partii i pomimo niechęci wpływowych pastorów. Co zatem stało się z tzw. religijną prawicą w USA, która przez dekady była kluczowym graczem na amerykańskiej scenie politycznej?

Jest moc

Ponad 80 mln ludzi – tylu mniej więcej Amerykanów można zaliczyć do szerokiego grona członków tzw. Kościołów ewangelikalnych, przez innych zwanych wolnymi. To nie tylko duże, wielomilionowe i wielotysięczne wspólnoty baptystów i zielonoświątkowców wszystkich możliwych odłamów, ale również setki mniejszych, liczących czasem zaledwie kilkadziesiąt osób wiernych, zborów. Ewangelikalni chrześcijanie (nie mylić z ewangelikami i innymi głównymi nurtami protestanckimi) niemal od zawsze stanowili jeden z najsilniejszych elementów elektoratu partii republikańskiej.

Niezwykle aktywne społecznie i politycznie organizacje tzw. prawicy religijnej były w stanie zmobilizować około jednej trzeciej wszystkich wyborców republikańskich. A w przypadku południowych stanów, uznawanych za najbardziej konserwatywne, nawet połowę wyborców popierających republikanów. Wystarczy tylko przywołać rok 1980, kiedy o zwycięstwie Ronalda Reagana zdecydowali właśnie ewangelikalni chrześcijanie z Południa. Podobnie było w przypadku dwukrotnej wygranej George a W. Busha (który sam jest „ewangelikałem”) w 2000 i jeszcze wyraźniej w 2004 roku.

O skali wpływów środowisk ewangelikalnych na politykę świadczyły jeszcze wydarzenia z burzliwej kampanii w 2008 roku. Republikanie czuli się w miarę pewnie, bo mieli dość silne osobowości na liście kandydatów do nominacji, wśród nich m.in. senatora Johna McCaina oraz byłego burmistrza Nowego Jorku ­Rudy ego Giulianiego, popularnego po zamachach 11 września 2001 roku. Wtedy właśnie ewangelikalni pastorzy zagrozili wycofaniem poparcia religijnej prawicy dla kandydata republikanów, jeśli zostanie nim Giuliani. Konserwatyści wyrzucali mu liberalne podejście np. do kwestii aborcji, trzecie małżeństwo czy udział w paradach gejów. Ostatecznie kandydatem republikanów został bliższy konserwatystom McCain, który zresztą przegrał z Obamą.

Na obcym terenie

Republikańskich pretendentów do nominacji na kandydata, a potem kandydata na prezydenta obowiązywały dotąd dwie żelazne zasady: trzeba było przynajmniej puścić oczko do mniejszości etnicznych i właśnie do religijnej prawicy. To znaczy obiecać coś, co od dekad stanowi najważniejsze postulaty dla tych środowisk (w przypadku konserwatystów to m.in. ograniczenie lub całkowity zakaz aborcji, odrzucenie legalizacji związków jednopłciowych, zwiększenie roli chrześcijaństwa w życiu publicznym itp.). A przynajmniej tak wyważyć obietnice – pamiętając również o bardziej liberalnym elektoracie – żeby pierwszym dać nadzieję, a drugich nie zrazić radykalizmem. Donald Trump jest pierwszym od dekad kandydatem republikanów, który nie tylko żadnego oczka do liderów ewangelikalnych nie puścił, ale wręcz celowo prowokował ich, głosząc poglądy otwarcie libertyńskie.

Do dziś pastorzy wypominają mu buńczuczne deklaracje, nie tylko te o braku ukorzenia się przed Bogiem, ale również: „Nawet gdybym zabił jedną osobę, to i tak nie stracę poparcia”. I jakby na potwierdzenie trafności własnej prowokacji Trump mógł ogłosić triumf w wielu dotychczasowych bastionach ewangelikalnych konserwatystów, pokonując ostatnią nadzieję ich liderów, Teda Cruza. Szczególnie symptomatyczna była spektakularna wygrana w Południowej Karolinie, ale również nieznaczna przegrana w Iowa (gdzie Cruz, według dotychczasowej logiki, powinien był wygrać bardziej zdecydowanie). Sytuacja zatem jest zaskakująca dla wszystkich: z jednej strony po raz pierwszy od co najmniej 40 lat „ewangelikałowie” nie mają na kogo głosować, a z drugiej strony ten odrzucony przez liderów kościelnych kandydat jak nigdy podzielił całą ewangelikalną społeczność, sprawiając, że wielu z jej członków głosowało właśnie na Trumpa. To odsłoniło głębszy problem, jakim jest niespójność tych środowisk i upadający od lat autorytet duchowych liderów, którzy ewidentnie utracili silne do niedawna wpływy.

„Eugeniusz”

Część konserwatywnych liderów z Południa naprawdę liczyła na wygraną Teda Cruza. Niedoszły kandydat na prezydenta obiecywał im, że w pierwszym dniu urzędowania w Białym Domu poleci Departamentowi Sprawiedliwości wszczęcie śledztwa w sprawie handlu ciałami abortowanych dzieci, którego to procederu miały się dopuszczać kliniki organizacji Planned Parenthood. I że wyznaczy sędziów, którzy w Sądzie Najwyższym odwrócą „haniebną i bezprawną”, jak mówił, decyzję legalizującą „małżeństwa” homoseksualne. Trump niczego takiego nie obiecywał. Obrońcy życia na przykład zarzucali mu, że na pytanie o nienarodzonych nie odpowiedział nigdy, że każdy ma prawo się urodzić. Tylko co najwyżej powtarzał opowieść o parze, gdzie ojciec nakłaniał matkę do aborcji, ta jednak zdecydowała się urodzić i że dziecko okazało się geniuszem, uzdolnionym artystycznie itd. Dla obrońców życia to myślenie eugeniczne: argumentem za życiem jest utalentowanie dziecka, a nie sam fakt, że zostało poczęte. Takiej retoryki większość „prolajfersów” nie mogła zaakceptować. Tym bardziej że Trump publicznie potrafił wykpić niepełnosprawnego dziennikarza „New York Timesa” Serge a Kovalesky ego, imitując prześmiewczo jego sposób mówienia. „Ktoś taki nie może nas reprezentować”, pisali w listach otwartych działacze różnych organizacji pro life.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie