Moje powołanie

Choruje od dziecka. Pomimo to nie traci pogody ducha. Wierzy, że Bóg ma wobec niej swój plan.

Uniwersytet Warszawski, budynek byłego Centrum Informatycznego. Na ścianach wiszą plakaty przedstawiające zdjęcie uśmiechniętej dziewczyny. Pewnie wspiera się na łokciach, mocno zaciskając pięści. Widać w tym jakąś nieprawdopodobną energię, parcie do przodu mimo wszelkich przeciwności. Nad fotografią znajduje się napis: „Miss Polski na wózku. Głosowanie 2016”. Można wysłać esemesa. Na plakacie kandydatka zapewnia, że wiadomość kosztuje mniej niż kilogram cukru, a nie powoduje tycia.

Przypominam sobie, jak poznaliśmy się na uczelni. Była wczesna wiosna zeszłego roku. Po zakończonych zajęciach musiała czekać aż trzy godziny na busa, który zawiezie ją do akademika. Pewnym głosem poprosiła mnie o pomoc. Siedziała zwrócona przodem do ściany. Chciała, żeby najzwyczajniej w świecie ktoś ją obrócił o 180 stopni, by widzieć, co się dzieje. Być bliżej innych.

Wzloty i upadki

– Chciałabym, żebyście patrzyli na mnie nie jak na chorą, tylko po prostu jak na osobę na wózku – mówi Katarzyna Wasiak. W kwietniu skończyła 23 lata. Ma krótkie, ciemne włosy i spokojne oczy. Może mówić godzinami, trudno wejść jej w słowo. Pewnie dlatego na studiach wybrała specjalizację radiową. Dziennikarstwo od zawsze było jej marzeniem. W jego realizacji nie przeszkodziła choroba.

W szpitalu zaraziła się sepsą, skończyło się czterokończynowym porażeniem mózgowym. Tata przywoził leki z Niemiec, wydawali na nie wszystkie pieniądze. Do tej pory nie wiadomo, czy pomogły. Kasia ma duże trudności w poruszaniu się, ale każdego dnia ćwiczy. Walczy.

Rozmawiamy w akademiku, w którym mieszka. Nie ma na co narzekać: szeroki korytarz, duża łazienka, winda i przyjazne otoczenie. Na zajęcia zawozi ją bus, a w innych wyprawach pomagają siostra, z którą mieszka, oraz znajomi. – UW jest jedyną uczelnią, która wychodzi naprzeciw niepełnosprawnym. Moja babcia, kiedy zobaczyła, jak dobre mam warunki, od razu się uspokoiła – mówi. Nie zawsze było jednak tak dobrze. Kasia pochodzi z Dębnowoli pod Radomiem. Tam osoba na wózku budziła zdziwienie i politowanie, a u niektórych nawet wstręt. – Środowisko od samego początku nie było dla mnie przychylne – przyznaje. Wyjechała z domu jako siedmioletnie dziecko. Mama załatwiła jej szkołę z internatem w Zagórzu pod Warszawą. Podstawówka w jej rodzinnych stronach była zupełnie nieprzystosowana dla osób niepełnosprawnych. Alternatywą było nauczanie indywidualne, ale Kasi już wtedy bardzo zależało na kontakcie z innymi. – Nigdy nie bałam się nikogo, zawsze ciągnęło mnie do ludzi – opowiada.

Wygonić jędzę

Wyjazd ukształtował jej osobowość, nauczył, że zawsze trzeba iść do przodu i nie oglądać się za siebie. Wierzyła w nią rodzina, kibicowali znajomi. Uczyła się najlepiej jak tylko mogła, ale trochę wolniej niż wszyscy. Nie jest łatwo, kiedy nie można utrzymać długopisu w dłoni i ciągle trzeba prosić znajomych o notatki. Dała radę, dostała się na UW. – Na Facebooku zaznaczyłam sobie, że będę studiowała do 2023 r. Chyba zdążę wszystko pozaliczać – śmieje się Kasia, ale po chwili robi się poważna. – To, że z tobą tak rozmawiam, to są lata ciężkiej pracy nad sobą. Jestem po trzech próbach samobójczych. Każdy musi przejść swoją drogę – wyjaśnia.

Pytam, jak się podniosła, gdzie szukała siły. – W modlitwie. To ona pozwoliła mi zobaczyć, że Bóg mnie właśnie taką stworzył, tak ma być – odpowiada. Zawsze najpierw „Ojcze nasz”, a później po prostu zwykła rozmowa, bez niej się nie da. – Wyobraź sobie: idę wieczorem spać. Śni mi się, że spaceruję po łące albo idę na dyskotekę. Zwykłe życie. Nagle budzę się, otwieram oczy i mówię sobie: „O nie, znowu to samo”, nie mogę wstać. Wtedy jest straszna burza – mówi. Musi się od tego jak najszybciej odciąć, a temu służy właśnie modlitwa. Płynie przez cały czas.

– Co Pan Bóg zrobił, żeby mnie stworzyć? Cztery łyżeczki radości, osiem sympatyczności i cztery zepsucia – mówi, odnosząc się do wyników testu, który rozwiązała w internecie. Nie traktuje go poważnie, ale znajduje w nim ziarnko prawdy: rzeczywiście jest niepoprawną optymistką. – Mogłabym być zgorzkniałą jędzą, ale po co? Byłabym bardziej samotna, niż jestem. A jak próbujesz się przebijać, to zawsze masz 50 proc. szans, że się uda.

Dlatego ostatnio podjęła odważną decyzję. Od października na pół roku wyprowadza się do Konina. Będzie brała udział w projekcie Akademia Życia, który nadzoruje Fundacja „Podaj Dalej”. Dzięki tej inicjatywie będzie sama funkcjonować w mieszkaniu, które jest przystosowane do potrzeb wózka inwalidzkiego. – To będzie dla mnie zupełna nowość. Będę się uczyć życia na własny rachunek. Od gotowania, przez mycie podłogi, ubieranie się itd. – opowiada. Przyjęła wyzwanie, wierzy, że da radę.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie