Pora na Ponary

Przez wiele lat leżeli w dołach pogrzebani bezimiennie. Żołnierze AK, profesorowie, duchowni i młodzież. Po blisko 75 latach zbrodnia w Ponarach to wciąż mało znany fragment historii. Zarówno polskiej, jak i litewskiej.

Przez lornetę widać było więcej szczegółów. Kazimierz Sakowicz dzień w dzień podchodził do okna na poddaszu swojego domu i obserwował ponarski mord. – Strzelano do dwóch osób naraz. Rozebranych. Byli okropnie zmęczeni, katowani wcześniej w więzieniu na Łukiszkach – zapisywał pospiesznie na skrawkach papieru przedwojenny dziennikarz. Notatki zwijał i zakopywał w ogródku w butelkach po lemoniadzie.

Odkąd w 1941 r. Wilno zajęli Niemcy, w podwileńskich lasach rozpoczęła się masowa rzeź: przede wszystkim Żydów, ale także polskiej inteligencji i działaczy niepodległościowego podziemia. Z katowni na Łukiszkach więźniów politycznych przywożono ciężarówkami od strony traktu grodzieńskiego. Pod osłoną brezentu, narzuconego na transportery, początkowo zwożono na mord gimnazjalistów i licealistów. To właśnie w założonym przez nich Związku Wolnych Polaków powstawały plany zbrojnego powstania przeciw okupantowi.

Transporty Polaków przybywały falami. Na rzeź prowadzeni byli działacze AK, harcerze, nauczyciele, księża i profesorowie Uniwersytetu Stefana Batorego. Żydów z wileńskiego getta pędzono przez miasto drogą. Z innych gett zwożono pociągami. Żydzi, Polacy, Romowie, Tatarzy, Rosjanie, Białorusini – wszyscy „niewygodni” obywatele II Rzeczypospolitej kończyli tak samo. W dołach śmierci.

Ogromne, głębokie na 5 metrów jamy, wykopane w środku ponarskiego lasu, miały początkowo służyć okupującym Wilno Sowietom za bazę paliw płynnych. Kiedy miasto zajęli Niemcy, położone z dala od miasta zabudowań doły w sam raz nadawały się na miejsce masowych egzekucji. Z rąk kilkuset Litwinów, którzy ochotniczo zgłosili się do specjalnego oddziału zajmującego się zagładą, w Ponarach w latach 1941–1944 zamordowanych zostało nawet do 20 tys. Polaków. Ksiądz Romuald Świrkowski, wieziony na egzekucję, wyrzucił z ciężarówki więziennej napisany na skrawku kartki testament: „Chciałbym, aby w przyszłości stał krzyż w tym miejscu, gdzie poniosę śmierć, abym nie leżał w ziemi jak pies”.

Relikwia i misja

Maria Wieloch, prezes Stowarzyszenia „Rodzina Ponarska”, wyjmuje z portfela święty obrazek i odbite na ksero więzienne grypsy, które przekazał rodzinie ojciec. Nosi je zawsze przy sobie. Jak relikwię, wezwanie i misję. – Chciałabym, żeby mojemu tacie i wszystkim pomordowanym oddawano należyty hołd. Jeszcze do niedawna o wydarzeniach, które miały tu miejsce, prawie się nie mówiło. Teraz słowo „Ponary” coraz częściej słusznie jest kojarzone ze zbrodnią. Ale nadal nie funkcjonuje w narodowej świadomości jako miejsce mordu, tak jak Katyń czy Wołyń – zauważa.

O uczczenie pamięci i propagowanie wiedzy o zbrodni w Ponarach dbają rodziny zrzeszone w Stowarzyszeniu „Rodzina Ponarska”, założonym w Gdańsku przez śp. Helenę Pasierbską. To dzięki ich zaangażowaniu w wielu kościołach i na cmentarzach w Polsce i na Wileńszczyźnie stoją pamiątkowe tablice. Na cmentarzu Powązkowskim w Warszawie ustawiono krzyż ponarski. Wydane zostały także dwie monografie o zbrodni. – Od kilku lat poprawia się współpraca ze stroną litewską, ale wciąż nie padło słowo „przepraszam”. Nierozliczeni są także oprawcy – mówi M. Wieloch.

Krzyż stanął na miejscu mordu dopiero na początku lat 90. ub. wieku.

Droga do „bazy”

– Nie można zrozumieć historii Wilna bez Ponar – uważa Rajmund Klonowski, wileński przewodnik i dziennikarz. Dlatego ostatni punkt prowadzonej przez niego wycieczki to oddalone 10 km od miasta Ponary.

Podróż pociągiem z Wilna zajmuje zaledwie kilkanaście minut. Z wiaduktu kolejowego dobrze widać rozległe torowisko. Przypadkowo przejeżdżał tędy w 1943 r. pisarz i publicysta Józef Mackiewicz. Przypadkowo także stał się świadkiem masakry Żydów, która dokonała się na dworcu. Do miejsca mordu ze stacji prowadzi asfaltowa droga. Ta sama, którą pokonywali w asyście szaulisów (członków litewskiej organizacji Związek Strzelecki, kolaborującej z Niemcami) pędzeni na zagładę Żydzi.

Las coraz bardziej pachnie latem. Wybujałe drzewa rzucają na szosę trochę cienia. Przed wojną Ponary były uważane ze zielone płuca Wilna. Spośród zarośli wystają ponure pozostałości ogrodzenia okalającego „bazę” – jak nazywano miejsce kaźni.

Po jakichś 15 minutach marszu jesteśmy na miejscu. O wkroczeniu na teren Ponarskiego Memoriału informuje tablica w językach rosyjskim, litewskim i hebrajskim: „Tu, w ponarskim lesie, od lipca 1941 do lipca 1944 hitlerowscy okupanci i ich miejscowi pomocnicy zgładzili 100 tys. ludzi. Zacierając ślady swoich przestępstw, od grudnia 1943 r. palili zwłoki rozstrzelanych”. Jest też krótka wzmianka o 70 tys. zgładzonych Żydach: mężczyznach, kobietach i dzieciach.

Informację o pomordowanych Polakach można zaleźć dopiero w oddalonej kilkanaście metrów dalej tzw. polskiej kwaterze.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie