Przed nami niespokojny czas

O tym, jak zapewnić narodowe bezpieczeństwo w niespokojnym świecie, mówi prof. Przemysław Żurawski vel Grajewski.

Andrzej Grajewski: W zasadzie zapadła decyzja, że na tzw. wschodniej flance Sojuszu zostaną rozmieszczone rotacyjnie cztery bataliony, trzy w krajach nadbałtyckich, jeden, prawdopodobnie kanadyjski, w Polsce. Łącznie ok. 4 tys. żołnierzy. Nie sądzę, aby Rosja tej siły się przestraszyła.

Prof. Przemysław Żurawski vel Grajewski: W sensie wojskowym z pewnością nie. Najlepszym jednak objaśnieniem zmiany sytuacji, jaką pociągają za sobą te decyzje, jest przykład Berlina Zachodniego w czasie zimnej wojny. To nie potęga militarna amerykańsko-brytyjsko-francuskiego garnizonu, rozmieszczonego w części Berlina, wstrzymała Armię Sowiecką przed jego zajęciem. Sowietów zatrzymała obawa przed polityczno-wojskowymi konsekwencjami, z jakimi w przypadku podjęcia działań zbrojnych musiałby się liczyć Kreml. Tak jest i dziś. Obecność wspomnianych sił da nam gwarancję, że w przypadku konfliktu uruchomione zostaną wszystkie mechanizmy zapisane w art. 5 Traktatu północnoatlantyckiego.

Pytanie, czy zostaną. W 1939 r. mieliśmy wojskowe gwarancje Anglii i Francji, które nawet wypowiedziały wojnę III Rzeszy, tyle że z tego niewiele dla nas wynikało. Jakie mamy gwarancje, że obecnie sytuacja się nie powtórzy?

Jestem przekonany, że się nie powtórzy. Po pierwsze, wspomniana obecność wojskowa innych państw NATO w regionie nada sojuszowi automatyzm. Kontynuując porównanie do roku 1939 – gdyby wówczas na Śląsku stała brygada brytyjska, a na Pomorzu francuska, Hitler nie zastanawiałby się, czy Anglia i Francja przystąpią do wojny, tylko atakując Polskę, sam musiałby je do niej wprowadzić. Po drugie, NATO jest pomyślane jako system wspólnej obrony państw członkowskich, zaś dla Stanów Zjednoczonych jest to ich system bezpieczeństwa narodowego o znaczeniu globalnym. Podważenie znaczenia wiarygodności gwarancji natowskich wobec któregokolwiek z sojuszników wywołałoby efekt testowania wiarygodności Amerykanów także wobec innych sojuszników, np. Korei Południowej czy Tajwanu. Na to Amerykanie nie mogą sobie pozwolić, jeśli chcą zachować dotychczasową pozycję w światowej polityce.

Rosyjska agresja następowała dotąd tam, gdzie były ostre konflikty etniczne lub narodowe, i na terytoria, gdzie ludność życzliwie odnosiła się do rosyjskich wojsk. W Polsce takich warunków nie ma i nie będzie.

Zgadzam się. Dlatego mówimy przede wszystkim o państwach bałtyckich, zwłaszcza o Łotwie i Estonii, gdzie żyje liczna mniejszość rosyjskojęzyczna, która może być wykorzystana jako pretekst przez Rosję. Rozlokowanie sił NATO oznacza, że koszt testowania spoistości Sojuszu na tym terenie będzie radykalnie wzrastał. Istotą strategii natowskiej jest więc uniemożliwienie realizacji negatywnego scenariusza. Temu będzie służyć rozmieszczenie bojowych sił NATO na terenie republik bałtyckich. Przy czym to musi jednak trochę potrwać. Dlatego uważam, że najbliższe lata będą czasem podwyższonego ryzyka.

Co będzie tworzyło to ryzyko?

Jeśli dojdzie do Brexitu, czyli wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, będzie to oznaczało osłabienie związków transatlantyckich. Nie wiemy także, czy groźba secesji zwolenników samodzielności Szkocji jest tylko elementem gry o pozostanie Wielkiej Brytanii w Unii, czy zamieni się w żądanie ponownego referendum, gdyby Brytyjczycy chcieli opuścić Wspólnotę. To może uruchomić rozpad Wielkiej Brytanii. Z kolei przykład Szkocji może być zachętą do podjęcia takich działań przez Katalonię. W najczarniejszej wersji oznacza to rozpad Wielkiej Brytanii i Hiszpanii, a więc dwóch ważnych członków NATO. Kolejnym elementem ryzyka są wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych.

Zarówno wybór Clinton, jak i Trumpa z punktu widzenia Rosji może być oceniany jako korzystny.

Zrobiłbym poprawkę, czy taka jest rzeczywistość, czy jedynie obraz rzeczywistości. Ten obraz rzeczywistości w głowach decydentów rosyjskich może jednak prowadzić do pokusy – nawet przy złym rozpoznaniu sytuacji – czegoś, co jest postrzegane jako okazja, nawet jeśli nią nie jest. W tym rozumieniu błąd w kalkulacji rzeczywistości, niedocenienie czy to Stanów Zjednoczonych, czy NATO, może powodować wzrost zagrożenia.

Stosunkowo niedawno mówiło się o stacjonowaniu u nas co najmniej ciężkiej brygady. Z tych planów został batalion, czyli niewiele.

Musimy to oceniać w pewnej perspektywie czasowej. Decyzje podejmowane przez administrację amerykańską od początku roku są dla nas pozytywne. Nastąpił istotny wzrost wydatków wojskowych z ponad 700 mln dolarów do 3,5 mld dolarów na rzecz Europy Środkowej. Mamy wyraźne wsparcie amerykańskich wojskowych oraz polityczne wsparcie dla obecności wojsk NATO na naszym terytorium ze strony państw bałtyckich, Grupy Wyszehradzkiej, Rumunii i Bułgarii, krajów skandynawskich, Kanady. To także jest istotne.

Ale to są deklaracje polityczne, natomiast twarde wojskowe fakty to batalion, czyli ok. tysiąca żołnierzy. Do tego dochodzi tarcza antyrakietowa, ale ona broni Stanów Zjednoczonych, a nie Polski.

W sensie wojskowym tak, ale w sensie politycznym jej obecność jest ważna także dla naszego bezpieczeństwa. Rozmieszczenie bowiem jakiegokolwiek urządzenia wojskowego ważnego dla amerykańskiego bezpieczeństwa strategicznego jest jednocześnie wysłaniem sygnału do wszystkich w okolicy, że z uwagi na interes państwowy Stanów Zjednoczonych ta instalacja będzie broniona.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie