Jak Pan z Krymu wyprowadził

Mieli dzień na decyzję. Spakowali się do kilku toreb. Jechali dwie doby. Do nadwiślańskiej ziemi obiecanej.

Z czerskiego wzgórza, spod ruin zamku książąt mazowieckich widok jest kojący. Wisła, rozlana i majestatyczna, powoli, choć skutecznie płynie w kierunku Warszawy. A zapach czerskich pól, ziół, sosnowych zagajników, Mazowsza w całej krasie koi przybyszów z daleka, aż znad Morza Czarnego. I, o dziwo, koi też silną astmę dwunastoletniego Aleksa.

Gdy weszli Rosjanie

Rodzina Siabrów. Włado, Olena i ich dzieci: szesnastoletnia Luba, Miłana, lat czternaście, Aleks, dwunastolatek, i maluchy, czyli pięcioletnia Alisa i trzyletnia Izabela. Do sierpnia 2014 roku mieszkańcy małego miasteczka Saki na Krymie. Od ponad roku – mieszkańcy Czerska pod Górą Kalwarią. Między jednym a drugim domem, między światami tysiące przebytych kilometrów, tona myśli o nowym życiu. I nadzieja w Panu.

– Tam, u nas, w Saku, byliśmy cały czas za Europą. Przeciwko Rosji i jej wpływom. Rosja nam wykręciła rękę – opowiada Włado. – Rosjanie weszli 20 lutego 2014 roku, zaczęła się okupacja Krymu. Aktywiści antyrosyjscy, jeden po drugim, jeśli nie uciekli – trafiali do więzień. Dużo, dużo ludzi zginęło. Z naszej rodziny wszyscy ocaleli, ale sąsiad

Sąsiada rozstrzelali w jego domu. Był majorem ukraińskiej armii. Już chciał z Krymu uciekać. Nie zdążył. Weszli, strzelili, wyszli. Dzieci ocalone, tyle dobrze. Wtedy już Włado podjął decyzję: trzeba jak najszybciej brać żonę, dzieci i uciekać. Tak jak wszyscy, którzy okupacji nie akceptują.

Włado pisał z prośbą o pomoc, gdzie się dało: do urzędów, różnych ludzi na przeróżnych szczeblach. Prosił o ratunek, bo przecież lepiej tu nie będzie. Atmosfera coraz bardziej prorosyjska, czy raczej antyukraińska, a on nigdy nie krył, po której jest stronie. I jakie ma poglądy. Wszyscy odpisywali jednogłośnie i brutalnie szczerze: macie pięcioro dzieci, pomóc nie możemy. Nikt się nie podejmie pomocy tak dużej rodzinie

I gdy nadzieja gasła, a oni modlili się do Pana Boga, niespodziewanie odezwał się telefon. Dzwonił Rusłan z Armii Zbawienia. Powiedział tylko: „Chcesz ubieżać? Do Polszy? Masz dobę. Załatw bilety, bierz dzieci i żonę. Jedźcie do Lwowa. Wstreczu was na wokzale”.

Tylko jak na ten wokzał (dworzec) lwowski się w ogóle dostać? – W dwie godziny się spakowałam – opowiada z uśmiechem Olena. – Ubrania do toreb, jedzenie, dokumenty. Pytali potem, jak dałam radę. Normalnie. Co tu więcej brać?

Poszli szybko na wokzał kupować bilety. W okienku usłyszeli: „biletów niet”. Koniec. – Wszyscy uciekali, więc bilety wykupione dawno temu. Nie było i już. Tak tam jest. Nic nie zrobisz – wspomina Włado. – Co robiliśmy? Wróciliśmy do domu i modliliśmy się: „Panie, jeśli Ty chcesz, żebyśmy pajechali, pomoży”.

Wrócili do kas wokzałowych rano. Pani w okienku, zapytana (znów) o bilety, powiedziała, że pięć osób nagle zrezygnowało i zwróciło (te na wagę złotej ucieczki z Krymu) bilety. Pięć miejsc siedzących zwrócili akurat dla Włada, jego żony i trojga starszych dzieci. Dwoje najmłodszych, wówczas roczna Iza i trzyletnia Alisa, i tak mogło jechać bez biletów, za darmo, na kolanach.

– W ten sposób zostaliśmy bieżeńcami – Włado, gdy się denerwuje, przechodzi z polskiego na ukraiński. – Wsiedliśmy do pociągu i pojechaliśmy w kierunku Ukrainy.

Bieżeńcy

A to nie była dobra podróż. Brak klimatyzacji, straszliwy upał, płacz dzieci. I granica między Krymem a Ukrainą. Pogranicznik miły nie był: a po co jadą? A dlaczego? A co przewożą? Kilka godzin to trwało. Szarpanina nerwów. – Tłumaczyłem, że jedziemy leczyć chorego na ostrą astmę Aleksa, że przecież zaraz wrócimy, bo matka osiemdziesięcioletnia w domu została. I dziengów u nas niet. W końcu przepuścili

Pociąg ruszył. Podróż do Lwowa trwała dobę. 14 sierpnia 2014 roku, nad ranem, rodzina Siaprów dotarła do (połowy) celu. Na miejscu rzeczywiście czekał Rusłan i ludzie, którzy wsadzili ich do sporego samochodu, po czym powieźli w kierunku polskiej granicy.

Na granicy deszcz, rzęsisty. I kilka godzin stania. Odprawa. Sprawdzanie papierów. Wjazd do (nowego) kraju. Ukraiński samochód odjechał. Zostali z torbami i z dziećmi.

Nie bali się. – Pierwsze, co zobaczyliśmy na polskiej stronie, to Nowy Testament. Pismo Święte leżało na ławce. Nie wiemy, skąd i czyje. Dla nas to był znak od Pana: tu jest wasze nowe miejsce.

Wcześniej zresztą, jeszcze na Krymie, Olena modliła się i mówiła: „Jeśli mamy jechać do Polski, nieznanej Polski, to nie po to, by coś dostać, ale po to, byśmy sami mogli coś dać”. Tylko jak tu dać, gdy się nic nie ma? Podjechał kolejny samochód, od pana Edwarda z Kielc. Jak to się stało? Włado do końca nie wie. Po polsku wtedy nie mówił. Rozumiał niewiele. Jedni ludzie, podobno, dzwonili do drugich, drudzy do trzecich. I pomoc przyjechała. Zabrali ich do ośrodka dla uchodźców w Białej Podlaskiej.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie