Na Pomorzu było piekło

O krwawej jesieni 1939 roku, „dziadkach z Wehrmachtu”, krzywdzących mitach oraz inteligentnych brutalach z gestapo mówi prof. Andrzej Gąsiorowski, historyk, wykładowca Uniwersytetu Gdańskiego, pracownik naukowy Muzeum Stutthof.

Jan Hlebowicz: W piśmie „Ziemie Zachodnie Rzeczpospolitej”, wydawanym w czasie wojny przez Delegaturę Rządu, czytamy: „Pomorze znalazło się na samym dnie piekła okupacyjnego”. To nie przesada?

Prof. Andrzej Gąsiorowski: Sytuacja Pomorza rzeczywiście była szczególnie trudna. Już we wrześniu 1939 r. specjalne grupy niemieckiej policji na podstawie listów proskrypcyjnych przygotowane przed wojną rozstrzeliwały w lasach polską inteligencję. Nie chodziło jedynie o ludzi z wyższym wykształceniem, ale o aktywistów politycznych i społecznych, urzędników, nauczycieli, przedstawicieli świata kultury i duchowieństwa oraz członków Polskiego Związku Zachodniego. To byli ludzie, wokół których mógł się organizować opór.

Później przyszedł czas tzw. krwawej jesieni...

To okres od października 1939 do stycznia 1940 r., kiedy pierwsze skrzypce w eksterminacji Polaków zaczęły odgrywać niemieckie paramilitarne oddziały samoobrony Selbstschutz. Nazwa jest myląca. Była to organizacja złożona z volksdeutschów, czyli obywateli państwa polskiego narodowości niemieckiej, mieszkających przed wojną na Pomorzu. Członkowie bojówek dobrze znali swoich przedwojennych sąsiadów. Wiedzieli, kto był zaangażowany w działalność patriotyczną czy antyniemiecką. Często członkowie Selbstschutzu kierowali się w swoich działaniach emocjami i osobistymi uprzedzeniami, mszcząc się na Polakach, z którymi mieli „na pieńku” w okresie międzywojennym. Szacuje się, że na Pomorzu zginęło wtedy 30 tys. osób. Dla porównania, w tym samym czasie na Śląsku – 1500 osób, a na terenie północnego Mazowsza – 1000. Wiedza o mordowanych funkcjonowała w społeczności Pomorza. Niemcy od początku zamierzali sparaliżować wolę oporu i w znacznym stopniu ten cel osiągnęli.

Mimo ogromnej skali represji, w Generalnym Gubernatorstwie powszechne były opinie o sympatyzowaniu części ludności Pomorza z okupantem. Skąd brało się takie przeświadczenie?

Krzywdzące i niesprawiedliwe opinie brały się z tego, że Polacy w Generalnym Gubernatorstwie nie wiedzieli, co tak naprawdę dzieje się na Pomorzu. Nie mieli pojęcia o obozie koncentracyjnym Stutthof, nie wiedzieli o masowych egzekucjach, nie znali miejsc kaźni, np. Piaśnicy, Szpęgawska, nie rozumieli tak naprawdę, czym była Niemiecka Lista Narodowościowa...

A czym była?

Społeczeństwo polskie na Pomorzu było zjednoczone. To zmieniło się w 1942 r., kiedy Albert Forster, namiestnik Okręgu Gdańsk-Prusy Zachodnie, wydał odezwę, w której nakazywał wpisywanie się na Niemiecką Listę Narodowością. Znalazło się tam zdanie, że wszyscy ci, w których żyłach płynie choćby kropla niemieckiej krwi, muszą złożyć wniosek o wpis na tę listę. A kto do marca 1942 r. tego nie zrobi, uznany będzie za wroga III Rzeszy. Niemiecka propaganda chciała stworzyć wrażenie, że składanie wniosków jest wolą ludu, dobrowolną deklaracją mieszkańców Pomorza. Tak też zostało to odebrane w Generalnym Gubernatorstwie.

A nie było wolą ludu?

Przecież słowa Forstera to jawna groźba. Proszę pamiętać o tym, co wydarzyło się w pierwszych miesiącach wojny. Masowe egzekucje, wysiedlenia, tortury. Ludzie o tym nie zapomnieli i bali się, że niezłożenie wniosku będzie oznaczało podobne represje. Chcąc chronić swoje rodziny, często decydowali się na dramatyczny krok wpisania na listę. Co więcej, w wielu przypadkach podejmowali taką decyzję także w imieniu swoich dzieci, które nie przekroczyły 21 lat.

Dochodziło do tego, że młodzi polscy patrioci wpisani na NLN wcielani byli do... Wehrmachtu.

Dla wielu był to dramat, bo pod niemieckimi mundurami nierzadko biły gorące polskie serca. Zachowały się relacje, które opisują, jak wagony z takimi poborowymi jechały na front wschodni i dało się słyszeć śpiew polskich pieśni religijnych i patriotycznych. Pisała o tym polska prasa podziemna. Część z tych ludzi konspirowała w armii niemieckiej, inni dezerterowali przy pierwszej okazji i, nie mając nic do stracenia, wstępowali w szeregi polskich organizacji niepodległościowych. Inni ginęli na froncie, walcząc o nie swoją sprawę. Wielu obecnych mieszkańców Pomorza ma w swoich rodzinach takich „dziadków z Wehrmachtu”.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie