Z wyrokiem w kieszeni

O ludobójstwie w podwejherowskich lasach, zwycięstwie duchowym ofiar oraz działaniach Stowarzyszenia „Rodzina Piaśnicka” mówi ks. prał. Daniel Nowak, proboszcz parafii Chrystusa Króla i założyciel stowarzyszenia.

Ks. Rafał Starkowicz: Od wielu lat dba Ksiądz o należyte uczczenie miejsca kaźni w Piaśnicy. Na czym polega wyjątkowość tego miejsca?

Ks. prał. Daniel Nowak: W dwudziestoleciu międzywojennym Niemcy miały apetyt na te tereny, w imię połączenia ich terytorium z Prusami Wschodnimi. W 1933 r., kiedy Hitler doszedł do władzy, wkroczyła tu także jego propaganda. Szerzono nienawiść do Polaków. Choć były przecież w Polsce tereny o podobnej strukturze narodowościowej, tutaj działo się to na wręcz niespotykaną skalę.

Jakie były przejawy tej nienawiści?

Nie tylko promowano nienawiść. Wszystko skrupulatnie odnotowywano. Już kilka lat przed wojną do niemieckiego konsulatu w Gdyni składano donosy. Wystarczyło, że ktoś powiedział jakiś kawał o Hitlerze czy skrytykował jego politykę. Największą nienawiść Niemcy żywili do członków Polskiego Związku Zachodniego. Można powiedzieć, że każdy, kto do niego należał, już przed wojną nosił wyrok śmierci w kieszeni.

Kogo zatem mordowano w Piaśnicy?

Zabijano tu Polaków z Pomorza, Żydów, a także ogromne transporty osób psychicznie chorych. Spośród pomordowanych Polaków większość stanowili przedstawiciele polskich elit z Pomorza. Trzeba też podkreślić, że przywożono tu również przeciwników Hitlera z terenów całej Rzeszy. O tym, że ludzi z tych transportów będzie się rozstrzeliwać właśnie tutaj, zadecydował osobiście Himmler, który wizytował Pomorze. Było wówczas wiele miejsc, gdzie dokonywano egzekucji. O wyborze Piaśnicy zadecydowało prawdopodobnie jej położenie. Gdyby wybrali inne miejsce, pociągi z więźniami musiałyby przejeżdżać przez Gdańsk czy Starogard. A oni chcieli uniknąć niepotrzebnych świadków.

Kim byli oprawcy?

Akcję Tannenberg wspierał Selbstschutz. Jego członkowie przekraczali nawet zasady wyznaczone przez III Rzeszę. Pisali donosy na sąsiadów, których później skazywano na śmierć. Często jedynym motywem tego działania była chęć przejęcia ich majątków. Z końcem1939 r. rozwiązano te jednostki. Kiedy ich dokumenty przewożono do Bydgoszczy, w przedziwny sposób transportujący je samochód spłonął. Wraz z nim zniknęły dowody. Po wojnie większość z oprawców uciekła do Niemiec. Były wprawdzie pojedyncze wyroki, ale tylko wśród wyższych dowódców.

Jak do ofiar Lasu Piaśnickiego odniosły się powojenne władze komunistyczne?

Komuniści dość szybko zorientowali się, że pomordowani Polacy w większości byli przedstawicielami sanacji. Ponieważ nie była to klasa robotniczo-chłopska, blokowali zarówno organizację uroczystości, jak i możliwość godnego uczczenia miejsca. Na jednym z dokumentów wyrażających prośbę o pozwolenie na budowę pomnika znalazł się dopisek kogoś z UB: „sanacyjnym pachołkom nie będziemy stawiać pomników”. Jednak od początku w upamiętnienie ofiar włączył się Kościół. Już w 1942 r. papież Pius XII dowiedział się o tym ludobójstwie. Matka generalna wraz z siostrami późniejszej bł. Alicji Kotowskiej były w Watykanie, by przekazać mu wiadomość o piaśnickiej kaźni. Wówczas papież powiedział o Alicji Kotowskiej: „Macie męczennicę. To wielka chluba dla zgromadzenia i Kościoła”. Po wojnie odbyły się dwie potężne pielgrzymki z Wejherowa w 1946 i 1947 roku. Zaczęto sprawować Msze na grobach. Pojawił się kult Alicji Kotowskiej. Odnaleziono jej grób, rozpoznano w nim jej różaniec. Mimo sprzeciwu władz do Piaśnicy chodziły pielgrzymki. Przyjeżdżał traktor. Na jego przyczepie odprawiano Mszę Świętą. Ponieważ nie dało się zatrzeć pamięci o pomordowanych, w 1955 r. władze zgodziły się na pomnik. Komuniści postanowili jednak przywłaszczyć sobie to miejsce. Przy pomniku odbywały się propagandówki sławiące przyjaźń z ZSRR. Coś z tej propagandy do dziś zostało w głowach.

Ma Ksiądz osobiste związki z tym miejscem...

Z Piaśnicą związany jestem przez śmierć moich krewnych. Tu zginęli mój dziadek i brat mamy. Pamiętam, że zawsze byli obecni we wspomnieniach rodziny, mówiło się o nich jednak jak o żywych. Kiedy jako mały chłopiec odwiedzałem z rodzicami Lasy Piaśnickie, nie mogłem zrozumieć, jak człowiek, który umarł, może nie mieć grobu. Kiedy przyszedł dekret, że mam organizować nową parafię w Wejherowie, od początku postanowiłem związać ją z Piaśnicą. W 1995 r. zorganizowałem spotkanie dla rodzin pomordowanych. To było niezwykłe doświadczenie. Mimo że nie znaliśmy się, wspólnota doświadczeń sprawiła, iż od razu poczuliśmy się jedną rodziną, której członkowie długo się nie widzieli. Pojawiła się propozycja, by zawiązać stowarzyszenie. Powstało rok później. Teraz obchodzimy jego 20-lecie.

Jakie są główne cele i osiągnięcia stowarzyszenia?

Rodzina Piaśnicka przeżyła największą radość, kiedy otrzymaliśmy od metropolity dekret ustanawiający sanktuarium bł. męczennicy Alicji Kotowskiej i towarzyszy w Lesie Piaśnickim. Do tego dążyliśmy. Mottem są słowa: „Niech zwyciężą te wartości, za które oni oddali życie”. Kult wzrasta. Mamy też nowe sługi Boże – ks. Roszczynialskiego, proboszcza z Wejherowa, i ks. Anastazego Kręckiego, proboszcza ze Strzelna. Wzrasta także zainteresowanie bł. Alicją. Rodzina Piaśnicka przez dziesięciolecia dbała o należyte uczczenie tego miejsca. Bardzo cieszymy się z tego, że niedawno powstało Muzeum Piaśnickie. Musimy jednak pamiętać, że cmentarz jest miejscem świętym. A świętego miejsca nie da się przekształcić w muzeum.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Rozpocznij korzystanie