Mieszanie w bałkańskim kotle

Bałkany były i są tykającą bombą. Mimo to powojenne rany „jakoś” się dotąd goiły. Niedawne referendum u bośniackich Serbów może je znowu rozdrapać. Komuś ten względny spokój na beczce prochu wyraźnie przeszkadza.

Bośnia i Hercegowina. Niegdyś część federacji tworzącej wielką Jugosławię. Dziś sama jest federacją różnych narodowości i administracyjnych podmiotów. Federację tworzą Boszniacy (Muzułmanie – pisani wielką literą, bo to synonim narodowości boszniackiej), bośniaccy Chorwaci (katolicy) i bośniaccy Serbowie (prawosławni). Ci ostatni mają swoją autonomię na północnym wschodzie kraju – Republikę Serbską ze stolicą w Banja Luce. W bezpośrednim sąsiedztwie z Serbią. To bośniaccy Serbowie 9 stycznia 1992 roku ogłosili powstanie niepodległej Republiki Narodu Serbskiego w ramach Bośni i Hercegowiny, pozostającej wówczas formalnie częścią składową Jugosławii. Kilka miesięcy później rozpoczęła się ludobójcza wojna, która do dziś stanowi wyrzut sumienia dla patrzącego na to świata. Teraz ci sami bośniaccy Serbowie, dążący do oderwania się od BiH, przeprowadzili referendum, w którym prawie wszyscy opowiedzieli się za ustanowieniem 9 stycznia Dnia Republiki Serbskiej. Bardziej czytelnej prowokacji nie można było wymyślić.

Bośnia po Dayton

Separatystyczne dążenia bośniackich Serbów są jednocześnie niebezpieczne i zrozumiałe. Niebezpieczne, bo referendum (zakwestionowane już przez Sąd Konstytucyjny BiH) po pierwsze z pewnością wywoła efekt domina (bośniaccy Chorwaci też chętnie przeprowadzą swoje referendum), po drugie wprost nawiązuje do jednej z bezpośrednich przyczyn wybuchu wojny w 1992 roku. Aspiracje bośniackich Serbów są jednocześnie zrozumiałe, bo federacja Bośni i Hercegowiny, a zwłaszcza kształt, w jakim funkcjonuje od układu w Dayton, jest dość sztucznym tworem, choć 21 lat temu wydawało się, że jedynym możliwym w tamtym czasie. W grudniu 1995 roku, po trzech latach rzezi, w amerykańskim Dayton przywódcy Bośni, Chorwacji i Serbii podpisali porozumienie kończące działania wojenne. Nierozwiązujące jednak problemów, które wojna stworzyła, a wręcz nakładające nowe ciężary na mieszkańców federacji. Zaledwie 4-milionowa Bośnia i Hercegowina ma dziś tyle samo województw, co prawie 40-milionowa Polska. W każdym z regionów są osobne ministerstwa, a jeśli doliczyć do tego praktycznie samodzielny rząd Republiki Serbskiej plus trzech równorzędnych (!) prezydentów całej BiH, urzędujących w Sarajewie (Chorwat, Serb i Muzułmanin), to okazuje się, że koszty utrzymania tak rozdmuchanej administracji pochłaniają nawet 80 proc. całego budżetu federacyjnego państwa! Jednak administracyjne, finansowe i polityczne problemy nie byłyby aż takim obciążeniem, gdyby właśnie nie nakładały się na nie narodowościowe animozje i ciągle świeże rany. I wcale nie dlatego, jak często sądzi się na Zachodzie, że „z natury” Chorwaci, Serbowie i Boszniacy (Muzułmanie) nie potrafią żyć razem. Przeciwnie. Przez wieki koegzystencja tych nacji nie była problemem. Tylko komuś to ewidentnie przeszkadzało. I przeszkadza do dzisiaj.

Sąsiedzi

W Bośni i Hercegowinie byłem już kilka razy. Ostatnio w ubiegłym roku, 20 lat od zakończenia wojny. W rozmowach z członkami niemal każdej narodowości powtarzało się to samo: sąsiedztwo było kiedyś w Bośni rzeczą świętą. Najbliższy sąsiad, niezależnie od tego, czy Serb, czy Boszniak, czy Chorwat, był ważniejszy nawet od brata czy siostry żyjących daleko. Tylko nagle ktoś im powiedział, że sąsiad jest odwiecznym wrogiem i należy się go pozbyć. To mówią sami Bośniacy. Bośniacy, czyli wszyscy mieszkańcy BiH, w tym Boszniacy – Muzułmanie, Chorwaci i Serbowie. I choć w tym narastającym konflikcie i rosnącej wzajemnej nieufności każda narodowość ma tam coś na sumieniu, to rola bośniackich Serbów (i wspierających ich Serbów z „macierzy”) była decydująca w rozgrzaniu bałkańskiego kotła. W Sarajewie słyszałem, że nagle niektórzy serbscy sąsiedzi zaczęli znikać na cały tydzień. Dostali „pracę” u boku czetników, rozstawionych na otaczających Sarajewo górach. I strzelali do swoich sąsiadów jak do kaczek. A potem, jak gdyby nigdy nic, wracali do siebie na weekend. „Wyobraź sobie, że ktoś ważny dla twojego narodu przychodzi do ciebie pewnego dnia i mówi, że ten sąsiad jest twoim wrogiem i jeśli ty go nie zabijesz, to on zabije cię jutro. Dzisiaj są tego efekty: ludzie nie mają zaufania do siebie, patrzą podejrzliwie i pytają: czy ja powinienem mu ufać? A co, jeśli on zabije mnie jutro? Albo jego dzieci zabiją moje dzieci?”– słyszałem od jednej z mieszkanek Sarajewa, stolicy BiH.

Oczywiście obwinianie tylko Serbów za zbrodnie wojenne jest niesprawiedliwością, która jednak stała się obowiązującą narracją w większości krajów zachodnich. To prawda, Serbowie ponoszą dużą odpowiedzialność za rozpętanie wojny. W tym konflikcie nie było jednak zupełnie niewinnej strony. Każdy każdemu ma tam co wybaczać. Tymczasem dzisiaj w powietrzu wisi nowy-stary konflikt. „Na Bałkanach mamy wojnę średnio co 50 lat, więc wszystko jest możliwe” – mówią mieszkańcy BiH, a referendum u bośniackich Serbów, niestety, urealnia taką perspektywę.

Błogosławieństwo Moskwy

Bośniaccy Serbowie domagają się niepodległości od dawna, choć mają swój parlament i swojego prezydenta. Ten urząd sprawuje Milorad Dodik, który mimo orzeczenia bośniackiego Sądu Konstytucyjnego zabraniającego organizacji referendum zdecydował o jego przeprowadzeniu. Działał więc świadomie. I z wyraźnym błogosławieństwem Moskwy (nie tylko Putina, ale również patriarchy Cyryla), którą odwiedził tuż przed głosowaniem. Kolejny raz otrzymał tam zapewnienie, że Rosja nie tylko wspiera referendum, ale również dążenia do oderwania Republiki Serbskiej od BiH. Oczywiście projektowi kibicuje sama Serbia ze stolicą w Belgradzie, z którą bośniaccy Serbowie chcieliby się połączyć. Przeciwko referendum zgodnie zaprotestowały wszystkie kraje, które są za utrzymaniem status quo po układzie w Dayton, w tym ośmiu ambasadorów z krajów, które nadzorują sytuację w BiH po rozpadzie Jugosławii, m.in. Niemcy, Kanada, USA i Francja. Problem polega na tym, że porozumienie z Dayton, którego tak broni Zachód, krytykują zgodnie wszyscy w BiH, nie tylko Serbowie. „Dayton nie działa i trzeba coś z tym zrobić” – mówił mi prof. Darko Toma ević z Sarajewa. Również politycy wszystkich opcji chcą jak najszybciej odejść od porozumienia z Dayton. Niestety, w taki sposób, że może to wywołać następną wojnę. Kolejne wybory wygrywają radykałowie ze wszystkich stron. Zdobywają poparcie głównie na wsiach. Jednocześnie jedni radykałowie rozumieją drugich radykałów – np. chorwaccy politycy uznali, że bośniaccy Serbowie mieli prawo przeprowadzić referendum. To proste: sami bośniaccy Chorwaci chętnie pójdą w ich ślady. Tyle że na tym etapie zgoda się kończy.

Strażacy i podpalacze

Świeży grunt pod nowy konflikt tworzą też inne pozostałości po wojnie: rosnąca liczba profanacji budynków sakralnych w całej Bośni – dotyczy to niemal takiej samej liczby kościołów katolickich czy cerkwi, jak i meczetów. „Odnotowujemy 40, a czasami nawet 70 ataków rocznie” – mówiła mi Bo ana Ivelić-Katava z Rady Międzyreligijnej w Sarajewie. „To się nigdy wcześniej nie zdarzało. A to robią ludzie stąd, nie żadni przyjezdni. W niektórych regionach Chorwaci są większością, a Muzułmanie mniejszością, tam atakowane są meczety. Natomiast tam, gdzie Serbowie lub Chorwaci są mniejszością, atakowane są ich kościoły. Napastnicy albo niszczą okna, drzwi, albo ołtarz, czasami oddają mocz na terenie świątyni. Kiedyś zawołano mnie na cmentarz muzułmański, bo miejscowi katolicy na białych pomnikach namalowali krzyże. To był wyraźny sygnał: to nasz teren, nie jesteście tu dobrze widziani. Jeśli chcesz wysłać informację do mniejszości, że chcesz się ich pozbyć, to atakujesz ich ośrodki kultu. Tego nigdy nie było u nas przed wojną” – dodaje Bo ana. Na szczęście liderzy religijni robią wszystko, żeby wysłać sygnał, że nie utożsamiają się z tymi aktami nienawiści: nową tradycją w BiH jest pojawienie się trzech duchownych (katolickiego, prawosławnego i muzułmańskiego) w miejscu, w którym doszło do profanacji. Pozostaje pytanie, czy zdrowy rozsądek i pragnienie utrzymania kruchego pokoju wygrają z rosnącą w siłę chęcią podpalenia tej beczki prochu. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie