Kustosz pamięci wołyńskiej

Pamięć o tym, co wydarzyło się na Wołyniu, przetrwała nie dzięki instytucjom i państwu, ale dlatego, że Wołyniacy pamiętali o swoich pomordowanych. Nie dopuścili, aby niepamięć zabiła ich po raz drugi.

Temat rzezi wołyńskiej towarzyszył mi od dzieciństwa – wspomina dr Leon Popek, historyk pracujący w lubelskim oddziale IPN. Już pod koniec lat 70. ub.w. zajął się on zbieraniem relacji ludzi, którzy przeżyli zagładę Polaków na Wołyniu. – Musieliśmy o tym pamiętać, gdyż w naszej rodzinie, zarówno od strony ojca, jak i matki, straciło wówczas życie 30 osób, a babcię Franciszkę uratował ukraiński sąsiad Mychaił Potocki – wyjaśnia.

Została im tylko pamięć, gdyż w PRL nie wolno było mówić o tym, co zdarzyło się latem 1943 r. na Wołyniu, a w następnych miesiącach w wielu innych miejscach w Małopolsce Wschodniej. Prawda o Katyniu była fałszowana, natomiast ludobójstwo na Wołyniu przemilczane. Wołyniacy jednak nie zapomnieli. To było środowisko bardzo ze sobą związane, chociaż pierwsze organizacje mogli założyć dopiero po 1989 r. – Mieszkaliśmy koło Chełma Lubelskiego, gdzie osiedliło się wielu ludzi z Kresów – wspomina Leon Popek. – Rodzice doskonale wiedzieli, kto z naszych sąsiadów ma podobną biografię. Kiedy się spotykali, ciągle wracały pytania, kto i w jakich okolicznościach ocalał. I te najbardziej gorzkie – dlaczego tak okrutnie mordowali, dlaczego nas wygnali, choć przez kilkaset lat żyliśmy jak dobrzy sąsiedzi. Pragnienie zmierzenia się z tymi pytaniami było powodem, dla którego zdecydowałem się studiować historię na KUL – wspomina. – Trafiłem tam na prof. Jerzego Kłoczowskiego. Zachęcił mnie, abym nagrywał świadectwa tych, którzy przeżyli. Radził: „Zacznij od świadków najstarszych i tych, którzy jako jedyni ocaleli z zagłady” – opowiada.

W ten sposób student Leon Popek trafił do Władysława Soroki, kowala z Ostrówek, jedynego świadka tego, co 30 sierpnia 1943 r. wydarzyło się w stodole Antoniego Strażyca. Wieś została opanowana przez oddział UPA. Ukraińcy zebrali ludzi i powiedzieli, że będą tworzyć z Polakami wspólny oddział do walki z Niemcami. Wszyscy mieli przejść badania, aby można było zdecydować, kto się nadaje do służby. Do stodoły, gdzie rzekomo urzędowała komisja, prowadzili ich po dziesięciu. Soroka, gdy tam wszedł, komisji nie zobaczył. Jedynie ślady krwi, pomordowanych sąsiadów oraz narzędzia mordu: maczugi, siekiery, młoty używane przy uboju bydła. Wyrwał się oprawcom i choć sześć razy postrzelili go podczas ucieczki, uszedł z życiem. Dla Popka nagranie było wstrząsem. Gdy niedługo po tym Soroka umarł, zrozumiał, że jeśli nie zapyta kolejnych świadków, jutro może ich już nie być. Rodziny przekazywały mu kontakty do kolejnych osób i tak tworzył się łańcuch ludzi dzielących się z nim nie tylko wspomnieniami, ale także pamiątkami i zdjęciami.

Pierwsza była Ruda-Huta

W 1983 r., kiedy zbliżała się 40. rocznica rzezi wołyńskiej, jak wówczas Wołyniacy nazywali tamtą tragedię, zrodził się pomysł jej symbolicznego upamiętnienia. Leon Popek chciał, aby pomnik stanął po ukraińskiej stronie w Lubomlu, stolicy powiatu, w którego skład wchodziły Ostrówki i Wola Ostrowiecka. Stamtąd pochodzili jego przodkowie. Ks. Marian Chmielowski, proboszcz parafii pw. św. Stanisława BM i Niepokalanego Serca NMP w Rudzie-Hucie, wyperswadował mu ten pomysł i zaproponował, aby symboliczny znak pamięci postawić na miejscowym cmentarzu. – Byliśmy z ojcem w lesie i tam spotkaliśmy gajowego, także Wołyniaka. Wiedział, że zamierzamy na cmentarzu postawić krzyż upamiętniający ofiary i podarował nam piękny dąb, aby z niego ten krzyż powstał – wspominał po latach. Razem z ojcem ścięli drzewo, z którego miejscowy cieśla zrobił duży krzyż. Ksiądz Chmielewski ogłosił z ambony, że będzie on upamiętniać pomordowanych na Wołyniu. W uroczystości postawienia krzyża wzięło udział kilkaset osób – Kresowiaków i ich rodzin.

Rok później pod krzyżem pojawił się obelisk z napisem, że krzyż upamiętnia Polaków zamordowanych na Wołyniu w czasie II wojny światowej w latach 1939–1945. Wokół krzyża umieszczono 11 tabliczek z nazwami powiatów województwa wołyńskiego. Leonowi Popkowi pomagał w tym m.in. Tomasz Trusiuk. Na odsłonięcie pomnika przyjechało już ponad 10 tys. ludzi, także byli żołnierze 27. Wołyńskiej Dywizji AK.

Krzyżyk dziadka

Po raz pierwszy do Ostrówek i Woli Ostrowieckiej, a właściwie miejsc, gdzie kiedyś były polskie wsie, ich dawni mieszkańcy przyjechali 3 listopada 1990 r. W tej pielgrzymce, jak teraz nazywa ją Leon Popek, zorganizowanej przez Towarzystwo Przyjaciół Krzemieńca i Ziemi Wołyńsko-Podolskiej, wzięło udział prawie 50 osób. Pojechali autobusem do Borowej, położonej kilkanaście kilometrów za Bugiem. Stamtąd pieszo, niosąc wielki brzozowy krzyż, z ks. Marianem Chmielewskim przeszli przez ukraińskie sioło i dotarli do miejsca, gdzie kiedyś były Ostrówki. W 1992 r. uzyskali już formalne pozwolenie i zaczęli prace ekshumacyjne w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej. Bardzo płytko, ok. 20 cm pod ziemią, natrafili na pierwsze czaszki.

W tradycji rodzinnej Leona Popka przetrwała opowieść jego matki Heleny o tym, że dziadek Leona, Jan Szwed, poszedł na śmierć z krzyżykiem, który nosił przez całe życie. Był zawieszony na grubej, woskowanej nitce, zawiniętej w pętelkę, wokół przetartego uszka. W dzień zbrodni także miał go na szyi. Taki obraz zapamiętała matka Leona. Jan Szwed wychodzi z domu, żona biegnie za nim, krzycząc, aby wziął różaniec. Odmawia, tłumacząc, że ma krzyżyk. Zginął wraz z innymi w stodole Strażyca. Do czasu, kiedy Leon Popek rozpoczął prace ekshumacyjne w Ostrówkach, wydawało się, że ta scena pozostanie jedynie w rodzinnych wspomnieniach. Jednak już drugiego dnia w mogile, między piszczelami a czaszkami, znaleziono krzyżyk z wytartym uszkiem i strzępami nawoskowanej nici. Leon Popek zabrał go i pokazał matce. Poznała. To był krzyż jej ojca, zamordowanego 30 lipca 1943 r. wraz z kilkuset innymi mieszkańcami Woli Ostrowieckiej.

To prawda!

– Nie było łatwo namówić Wołyniaków, aby wrócili tam, gdzie mieszkali, i poszukali grobów swoich bliskich – wspomina dr Popek. Niektórzy obawiali się, że na miejscu wrócą straszne wspomnienia, wielu było już w podeszłym wieku. – Najbardziej opornych przekonała moja matka – opowiada Leon Popek. „Po co tam jechać? Przecież tam twoi rodzice leżą, brat, siostra, dziadek. Kiedy byłeś na ich grobie? Teraz masz okazję, jesteś im to winien” – tłumaczyła, najczęściej skutecznie. Ci, którzy pojechali, zazwyczaj wracali. Z dziećmi, a później nawet wnukami. Ukraińskie media to zauważyły i dość natarczywie przepytywały młodych Polaków, po co przyjechali. Dr Popek wspomina, jak jeden z chłopców odpowiedział, że przyjechał zobaczyć miejsce, gdzie przez kilka pokoleń mieszkała jego rodzina, gdzie stał ich dom, gdzie było ich gospodarstwo i gdzie zostali zabici jego krewni. „Teraz wiem, jakie są moje korzenie” – zakończył. Dziennikarz nie miał więcej pytań. – Dzięki tym wyjazdom na Wołyń udało się przekazać pamięć pokoleń i jestem szczęśliwy, że mogłem w tym uczestniczyć – mówi Leon Popek.

W 2011 r. przeprowadzających ekshumacje na tzw. Trupim Polu pod wsią Sokół odwiedził Borys Klimczuk, gubernator wołyński, który zmarł dwa lata temu. Tam w dołach śmierci leżały szczątki 231 Polaków, m.in. 150 dzieci z Ostrówek i Woli Ostrowieckiej. Obok wykopanego dołu wznosiła się piramida ludzkich kości. Gubernator stał tam w milczeniu, a po chwili ze łzami w oczach powiedział bardziej do siebie aniżeli do stojących obok Polaków: „To jednak jest prawda”. – Objął mnie i powiedział: „Leonie, wybacz mi”. „Ty także mi wybacz” – powiedziałem, gdyż wiedziałem, że jego stryja zastrzelili w czasie ucieczki żołnierze z oddziału AK – wspomina Leon Popek. Po jakimś czasie gubernator Klimczuk przekazał na cmentarz w Ostrówkach 77 krzyży. – Zapytałem go, dlaczego właśnie tyle – opowiada Popek. – „A ile razy trzeba przebaczać?” – usłyszałem od niego.

Leon Popek od 27 lat organizuje pielgrzymki na Wołyń. W tym czasie odnalazł szczątki 680 Polaków pomordowanych w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej. Szuka jeszcze kości 370 osób. Spoczywają prawdopodobnie w 30 dołach śmierci, gdzieś w tamtej okolicy. Dzisiaj w Polsce jest kilkadziesiąt pomników i tablic poświęconych ofiarom ludobójstwa na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, a film „Wołyń” ma szansę zapisać tamten dramat w świadomości bardzo wielu Polaków. Ale pierwszy był drewniany krzyż postawiony przez młodych zapaleńców we wsi Ruda-Huta. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie