Małe oszustwa, wielki kłopot

O poważnych konsekwencjach mikrooszustw mówi ekonomista prof. Mariusz Andrzejewski.

Piotr Legutko: Słyszymy ostrzeżenia przed kradzieżą tożsamości, wyłudzeniami w sieci… Ale czy mikrooszustwa zawsze są dziełem oszustów? Mam wrażenie, że legalnie działające firmy też nas oszukują, choć w białych rękawiczkach?

Mariusz Andrzejewski: Myślę, że granica między legalnym działaniem a mikrooszustwem może być w praktyce bardzo cienka. Dostałem z banku, w którym mam konto, list na urodziny, zatytułowany „Panie Mariuszu! Sto lat!”, zawierający oprócz życzeń ofertę specjalnego kredytu. Wygląda to niewinnie, ale bank już złamał prawo, bo ja nie wyraziłem zgody na wysyłanie mi komercyjnych ofert. To klasyczny przykład wykorzystywania przez różne instytucje ogromnej przewagi aparatu marketingowego nad klientem. Owa cienka linia jest przekraczana, gdy pani z banku dzwoni do mnie, proponując jakąś lokatę, choć zastrzegłem, by do mnie nie dzwonić.

Zwłaszcza gdy jest to jeden z wielu takich telefonów. Mamy do czynienia z działaniem ocierającym się o stalking, czyli nękanie, by wcisnąć nam jakieś usługi czy produkty.

Bardzo mi szkoda zwłaszcza starszych ludzi, którzy mają naturalną empatię wobec każdego, kto do nich dzwoni. A pamiętajmy, że taka rozmowa prowadzona jest przez osobę przeszkoloną, by uzyskać założony cel, usłyszeć owo „tak”, traktowane jako zawarcie umowy. Niesłusznie zresztą. Natomiast co do SMS-ów zawierających handlowe pułapki, to bardzo często ich ofiarami padają dzieci, niezdolne ocenić skalę zagrożenia. Dziecko akceptuje regulamin różnych akcji nieświadomie, przez zwykłą ciekawość.

Każdy z nas pewnie kiedyś nieświadomie otworzył taką puszkę Pandory, choćby wysyłając SMS z rozwiązaniem krzyżówki. Komu przyszłoby do głowy, że tym samym wyraził zgodę na przysyłanie mu ofert stu firm, z którymi wydawca krzyżówki jest związany.

Dlatego moim zdaniem potrzebna jest ustawa wprowadzającą swoisty reset, który unieważniłby wszystkie tego typu podstępne umowy handlowe. Wszystkie zgody skasujmy, łącznie z tymi zawierającymi zgodę klienta na piśmie. Większość z nas nie ma bowiem wiedzy, że np. zgadzając się na otrzymanie zniżkowej karty lojalnościowej, udostępnia swoje dane nie tylko firmie, która kartę wydaje, ale stu innym. Bazy danych zawierające tysiące adresów i kontaktów są dziś warte miliony. Po wejściu w życie takiej ustawy zgoda powinna więc dotyczyć wyłącznie tej firmy, z którą podpisuje się umowę.

I nie powinno się to dokonywać automatycznie, tylko dlatego, że odebraliśmy SMS albo skorzystaliśmy z serwisu internetowego.

Dziś telefon komórkowy jest czymś dużo więcej niż narzędziem komunikacji, czymś bardzo osobistym ze względu na zawarte w jego pamięci informacje. Podstępne wkraczanie w tę sferę prywatności powinno być traktowane jak przestępstwo. W wielu krajach istnieje możliwość zastrzeżenia numeru, wysłania go na państwową listę. Wiąże się to z surowymi karami dla tych, którzy mimo to będą próbowali się z takimi numerami kontaktować, np. telemarketerzy nękający emerytów.

To na pewno nie jest przyjemne, ale dlaczego niebezpieczne?

Prosty przykład: po takiej rozmowie na nasz adres przychodzi przesyłka, za którą trzeba sporo zapłacić. Jeśli odmawiamy, jesteśmy straszeni karami, bo przecież wyraziliśmy zgodę na zakup. I nawet nie ma z kim na ten temat porozmawiać, bo firma działa gdzieś w odległym mieście. Państwo polskie powinno się za tak oszukiwanymi ludźmi ująć.

Takie zdanie do niedawna uznawane było za herezję. Przecież każdy swój rozum ma, powinien uważać, bo za naiwność się płaci. Dopiero afera Amber Gold coś w kwestii odpowiedzialności państwa zmieniła.

Państwo odpowiada przede wszystkim za przepisy prawa, które pozwalają na przewagę wielkiej firmy nad pojedynczym obywatelem. Dziś nie ma on szans w takim starciu i nie może zadzwonić pod numer 112 z prostą informacją, że został oszukany.

Nie słychać, by ludzie się takiego wsparcia od państwa domagali.

Bo się wstydzą, że podpisali umowę na zakup kołdry czy garnków za 5 tys. zł i teraz je spłacają, odejmując sobie od ust. Czują też lęk, bo takie firmy zachowują się wobec nich agresywnie, straszą kłopotami. Dlatego potrzebna jest kampania konsumencka mówiąca: państwo jest po twojej stronie w konflikcie z wielką firmą.

Która będzie w stanie udowodnić, że działała zgodnie z prawem, bo od tego ma armię prawników.

Niekoniecznie. Często firma skłaniając nas do czynności pozornie oczywistych łamie prawo. Na przykład urzędnik w banku prosi mnie o podpisanie umowy, a jednocześnie wymaga, żebym na piśmie potwierdził, że zapoznałem się z ich ogólnym regulaminem liczącym kilkadziesiąt stron zapisanych drobnym drukiem, co jest niemożliwe.

Ludzie podpisują w ciemno, bo żyją w przekonaniu, że ktoś uczciwość tej legalnie działającej firmy czy instytucji wcześniej sprawdził.

Jest takie domniemanie, oczywiście błędne. Są firmy, które regularnie oszukują ludzi na niewielkie sumy, dla których nikt do sądu nie pójdzie, nawet jeśli się w oszustwie połapie. Tak jest na przykład w przypadku SMS-ów w rodzaju „gwarantowana wygrana”. Tymczasem powinno wystarczyć choćby jedno skuteczne zgłoszenie oszukanego klienta, by firma stosująca takie praktyki zapłaciła karę za wszystkich. Kodeks karny nie nadąża za tym, co dzieje się nie tylko w świecie wyrafinowanych finansów, ale nawet prostych oszustw.

I w efekcie mamy opcje, frankowe kredyty, polisolokaty, a wszystko legalne.

Znam nawet profesorów ekonomii, którzy zawarli takie umowy. Co mają w takim razie powiedzieć inni klienci? Firma, w której byłem ubezpieczony na dobrych warunkach, w trzecim filarze, zadzwoniła do mnie z propozycją „jeszcze lepszej umowy”. Podczas rozmowy, zasypywany danymi i wykresami, nie byłem w stanie ocenić, czy faktycznie nowe warunki będą korzystniejsze. Dopiero po spokojnej lekturze umowy w domu zorientowałem się, że nowe warunki nie są wcale bardziej korzystne, a zmiana miałaby się jakoby dokonać z mojej inicjatywy, co mogłoby mieć znaczenie procesowe.

O takich oszustwach nie wykłada się na uczelniach, nie ma zbyt wiele na ich temat w internecie.

Tymczasem ich skala jest ogromna. Moja mama kupuje pralkę, płacąc 20 rat po 100 zł, choć pralka kosztuje tysiąc. Podpisała umowę w sklepie w dobrej wierze, nie czytając, że zapłaciła za możliwość pobierania lekcji hiszpańskiego w Gdańsku oraz korzystania z serwisu pogodowego. Ludzie są codziennie narażeni na tego typu pułapki. Już dzieci w szkole powinno się uczyć, jak się zachować na rynku usług, z czym wiąże się złożenie podpisu.

Mariusz Andrzejewski, profesor Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, dziekan Wydziału Finansów i Prawa, wiceminister finansów w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • MacMiner
    02.01.2017 15:26
    To prawda - prawo kompletnie nie nadąża za tego rodzaju przestępstwami (czy też wykroczeniami). A jak wskazują statystyki, problem narasta lawinowo. Chyba nie ma nikogo, kto obecnie nie zetknąłby się z nim: ciągłe, nachalne telefony od rozmaitych "doradców inwestycyjnych", propozycje gry na Forexie, pozornie lepsze umowy telekomunikacyjne czy związane z mediami, itd.
  • Gość
    03.01.2017 20:20
    W Polsce prawo chyba celowo "nie nadąża" za tego rodzaju przestępstwami. Są liczne lobby, którym państwo służy. Mam jeszcze resztki nadziei, że PiS ograniczy wszechwładzę tych lobby, ale jak na razie idzie to BARDZO POWOLI
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie