Słodko-gorzka rocznica

10 lat temu Rumunia stała się pełnoprawnym członkiem Unii Europejskiej. Towarzyszyły temu powszechna radość i wielkie oczekiwania. Ile z nich się spełniło?

Sądząc po liczbie unijnych flag, Rumuni są największymi euroentuzjastami na całym kontynencie. Unijne flagi, obok rumuńskich, wiszą wzdłuż głównych ulic wsi i miast, przed wszystkimi urzędami, a nawet – rzecz w Polsce nie do pomyślenia – przy cerkwiach i przydrożnych kapliczkach. Szpalery flag to pierwsze, co rzuca się w oczy po przekroczeniu granicy.

Żeby zrozumieć tę ostentację, trzeba sięgnąć do przeszłości. O ile w obozie państw socjalistycznych Polska uchodziła za najweselszy barak, o tyle Rumunia była jednym z najsmutniejszych. Reżim komunistyczny był tu twardy i nie znał pojęcia „odwilż”. W Marmaroszu nowy porządek natknął się na równie twardy opór.

Lata dyktatury

Położony wzdłuż Cisy Marmarosz (rum. Maramures) to jeden z najpiękniejszych i najbiedniejszych regionów Rumunii. Trudne warunki życia pomogły wytworzyć jednak ducha wspólnoty oraz unikatową kulturę. Jej widocznym przejawem są strzeliste drewniane kościoły, charakterystyczne bramy, noszone do dziś marmaroskie stroje, muzyka i tańce. Tańczyć potrafią tam wszyscy, a przywiązanie do swojej muzyki jest tak silne, że w stolicy regionu, prawie 150-tysięcznym Baia Mare, jest duża dyskoteka, w której grane są tylko marmaroskie dźwięki.

Tutejsi górale są bardzo religijni i silnie przywiązani do swojej ziemi. Realny socjalizm do kultury marmaroskiej nijak dopasować się nie dawał. A góry sprzyjały buntownikom. Wierzyli oni w powrót króla Michała i amerykańską pomoc. Ostatni z partyzantów, królewski łowczy Gheorghe Pasca, zginął z rąk Securitate pod wsią Bichigiu w lutym 1956 r. ze sztucerem, otrzymanym od króla Karola II, w ręku. Złożony w bez­imiennej mogile dopiero w pół wieku od śmierci, we wrześniu 2016 r., został odnaleziony i pochowany po chrześcijańsku.

Syhot Marmaroski (rum. Sighetu Marmatei) to najdalej na północ wysunięte miasto Rumunii, położone tuż przy granicy z Ukrainą. W najnowszej historii zapisało się jako miejsce ciężkiego więzienia. Pierwszymi osadzonymi byli w 1948 r. miejscowi chłopi, którzy sprzeciwiali się kolektywizacji. Dwa lata później skład społeczny więźniów znacznie się urozmaicił. Syhot stał się więzieniem dla rumuńskiej elity. Umieszczono tu byłych ministrów, duchownych, naukowców, dziennikarzy, polityków, wyższych oficerów, w sumie około 200 osobistości. Warunki były surowe, do 1955 roku zmarło 54 więźniów. Był wśród nich biskup Jassów, bł. Antoni Durovici, który zmarł męczeńską śmiercią w grudniu 1950 r.

Obecnie w byłym więzieniu mieści się Muzeum Pamięci Ofiar Komunizmu i Ruchu Oporu. Każda cela więzienna jest salą muzealną, a całość robi wstrząsające wrażenie.

Pałace pracowitości w Certeze

Gdy Rumunia wchodziła do Unii Europejskiej, zagraniczne telewizje prześcigały się w prezentacji skali zacofania tego kraju. Wdzięcznym terenem do ilustracji tezy, że w skład UE wchodzi państwo pełne średniowiecznych wiosek, bez wodociągów, kanalizacji i dróg, był właśnie Marmarosz. Po dziesięciu latach wciąż można znaleźć egzotyczne obrazki w postaci furmanek, niekiedy zaprzężonych nawet w woły, ale nie można jednak powiedzieć, że na marmaroskich wsiach jest wciąż jak za króla Ćwieczka. Drogi zostały wyremontowane, pozakładano wodociągi, przed domami stoją porządne samochody. Wiele z nich ma zagraniczne rejestracje. To skutek otwarcia granic.

Położone 50 km od Syhotu Certeze, duża wioska, a właściwie niewielkie miasteczko, powala zabudową. Przypomina się anegdota o pałacu łódzkiego „króla bawełny”, Izraela Poznańskiego. Zapytany przez architekta o to, w jakim stylu ma być budowana posiadłość, Poznański miał odpowiedzieć: „Ależ proszę pana, mnie stać na wszystkie style”. Wille (pałace?) w Certeze są budowane według takiego zamówienia. Szczęka opada, gdy patrzy się na rzeźbione fasady, sztukaterie, ogrodzenia z kutego żelaza, dachy z cyny i miedzi, rzeźbione kolumny. Gdy zza bramy jednej z posesji wyłaniają się dwie staruszki z taczką, pytam o właścicieli. – To dom syna – słyszę w odpowiedzi. – Ale jego teraz nie ma, jest we Francji, przyjedzie na Boże Narodzenie.

Certeze znane jest także z tego, że przynosi 1 procent przychodów operatorowi telefonicznemu Romtelekom – wszystko za rozmowy z zagranicą. W Certeze jest zameldowanych prawie 6 tys. osób, ale na stałe przebywa niecałe 1,5 tys. Pozostali pracują za granicą. Primar (burmistrz) Certeze Petru Ciocan jest dumny ze swojej miejscowości. – Te domy to pomniki ludzkiej pracowitości – mówi.

Nieco inny pogląd ma na to Liviu (prosił o zmianę imienia), który nie wygląda na człowieka sukcesu. – Praca pracą, ale bliskość granicy z Ukrainą też ma swoje znaczenie – mówi, ściszając głos. – A tam papierosy cztery razy tańsze niż w Rumunii, o Francji nie wspominając. A pomyśl o wódce i benzynie – dodaje, upewniając mnie, że piwo jest jego ulubionym napojem. Być może coś jest na rzeczy. Po ukraińskiej stronie Cisy od Sołotwino do Tiacziwa stoją wzdłuż drogi podobne pałace.

Największy problem – emigracja

Dostępność europejskich rynków pracy, która skusiła kilka milionów Rumunów, ma jednak swoje złe strony. – Emigracja zarobkowa to wielki problem Rumunii – mówi Marcin Wilczek, ambasador RP w Bukareszcie. – Za granicę wyjechało do tej pory około 3 mln Rumunów. To niemal 14 procent populacji. Na dodatek są to w większości fachowcy, ludzie wykształceni, przedsiębiorczy.

Bardzo dobrym przykładem na poparcie tego twierdzenia jest sytuacja w służbie zdrowia. Według oficjalnych danych w ciągu ostatnich dwóch lat wyemigrowało 30 proc. rumuńskich lekarzy. W 2011 roku pracowało w Rumunii 20 tys. medyków, trzy lata później pozostało tylko 14 tys. Trudno się temu dziwić, skoro miesięczne wynagrodzenie lekarza w Rumunii wynosi około 350 euro. We Francji, Niemczech lub Wielkiej Brytanii zarobki są 10 razy wyższe. Młodzi lekarze decydują się więc na wyjazd, chociaż wiedzą, że praca na obczyźnie ma swoje wady. Ion Jinga, ambasador Rumunii w Londynie, w wypowiedzi dla „Daily Telegraph” stwierdził, że regularnie otrzymuje skargi od rumuńskich lekarzy na rasistowskie komentarze od pacjentów.

Nie ma tego problemu córka Iona, która jest lekarzem specjalistą w Niemczech. – Namówiłem ją – opowiada ojciec – żeby na ostatni rok studiów medycznych przeniosła się do Niemiec. Po wejściu naszego kraju do Unii było to o wiele łatwiejsze niż wcześniej. Od razu otrzymała więc dyplom niemiecki. Bez problemu znalazła pracę. Szybko zrobiła specjalizację, wyszła za mąż za Niemca, też lekarza. Po sześciu latach mogli kupić domek z ogródkiem pod miastem, nie zaciągając kredytu. W Rumunii mogłaby o tym tylko marzyć.

  Jeden z najbardziej imponujących pałaców w Certeze. Jego właścicielem jest milioner Dan Vasilie, który na stałe mieszka w Bistricy. Do willi przyjeżdża raz do roku, w sierpniu.

Sukces bez emigracji

O wyjeździe do Kanady marzyła Gabriela. – Latem 2006 roku skończyłam studia ekonomiczne razem z moim narzeczonym, geodetą. Perspektywy w Rumunii nie wyglądały dobrze, kraj był w zastoju. Postanowiliśmy wyemigrować. Załatwianie formalności jednak się przedłużało. Kanada potrzebowała geodetów, ale ekonomistów miała w nadmiarze, a my wtedy jeszcze nie byliśmy małżeństwem. Żeby mieć bliżej do wszystkich urzędów, przeprowadziliśmy się do Bukaresztu. Wynajęliśmy mieszkanie w pobliżu starego miasta, bo było tanio. Pamiętam nasz pierwszy spacer jesienią 2006 roku. Zaniedbane kamienice z bramami, z których cuchnęło uryną. Dziwnie wyglądający, obszarpani ludzie. Klimaty hawańskie. Na dachu sześciopiętrowej kamienicy dwóch mężczyzn montowało antenę telewizyjną. Trzech z dołu przekazywało w górę komunikaty, jak ustawić, żeby odbiór był jak najlepszy. W bramie jakieś wyrostki kopały piłkę o ścianę, huk był niemiłosierny. Pamiętam, jak Iustin pochylił się ku mnie i szeptem zapytał: „Jesteś pewna, że właśnie tu chcemy zamieszkać?”. Bukareszt okazał się jednak dla nas szczęśliwym miastem. Znalazłam pracę w centrali jednego z zagranicznych banków. Kryteria awansu były przejrzyste, nie zależały od znajomości. Dzisiaj jestem jednym z dyrektorów. Kupiliśmy nowe, duże mieszkanie. Mamy nowy samochód. Dwa, trzy razy w roku wyjeżdżamy na wakacje za granicę. I mamy blisko do naszych rodzin, a to ważne. Brat Iustina, inżynier, pracuje na kontrakcie w Londynie. I jeśli tylko ma wolne, przyjeżdża do nas.

– Pytam go czasem – wtrąca się do rozmowy Iustin – czemu nie pojedzie gdzieś na Kanary czy Malediwy, przecież go na to stać. A on na to: „Wiesz, samemu to żadna przyjemność”.

Dynamiczna gospodarka i jej słabości

Od kilku lat gospodarka rumuńska jest najbardziej dynamiczna w całej Unii Europejskiej. Wiele wskazuje na to, że Rumunia zanotuje kolejny, ósmy już rok wzrostów produktu krajowego brutto z rzędu. Jeżeli prognozy się sprawdzą, PKB per capita wyniesie w przyszłym roku 10 335 USD (w Polsce wskaźnik ten jest obecnie na poziomie 14 580 USD). Wyniki te robią jeszcze większe wrażenie, gdy porówna się je z wskaźnikami innych krajów Unii Europejskiej. Wzrost PKB w Wielkiej Brytanii szacowany jest na zaledwie 0,6 proc, Francji – 0,9 proc., a Niemiec – 1,1 proc. Wzrost polskiego PKB w 2017 roku szacowany jest na 2,9 proc. Wzrost to mocna strona rumuńskiej gospodarki. Jeśli jednak przyjrzeć się sprawności w pozyskiwaniu i wykorzystywaniu środków unijnych, sprawy mają się gorzej.

– W porównaniu z Polską Rumunia dość słabo pozyskuje środki z Brukseli – mówi ostrożnie ambasador Wilczek. Burmistrz Kluż-Napoka (i premier Rumunii w latach 2008–2012) Emil Boc mówi znacznie mocniej. – Gubi nas konserwatyzm. Ostatnią reformę terytorialną przeprowadzono w Rumunii prawie pół wieku temu, w 1968 roku. Tymczasem w Polsce zrobiono to tuż przed przystąpieniem do UE, dostosowując podział administracyjny kraju do kryteriów unijnych. Pod względem pozyskiwania unijnych pieniędzy Polska pozostaje dla nas niedościgłym wzorem.

Bilans lekko ujemny?

Diagnozę tę potwierdza także Robert Milczarek, konsul honorowy RP w Campia Turzii. Na co dzień zajmuje się agrobiznesem, ma więc dobre rozeznanie w sprawach gospodarczych. – Pamiętam tamten entuzjazm sprzed dziesięciu lat – wspomina konsul. – Byłem wtedy na budowie polsko-rumuńskiego kompleksu fabrycznego. Wejście do Unii to było spełnienie rumuńskiego marzenia o powrocie do lepszej Europy. Ludzie spodziewali się szybkiej i znaczącej poprawy warunków życia, przede wszystkim wzrostu wynagrodzeń do poziomu unijnego. Cieszyli się, że wreszcie z rumuńskim paszportem będzie można na dłużej wyjeżdżać na Zachód. To drugie się spełniło, pierwsze nie. Po dziesięciu latach powiedziałbym, że bilans członkostwa jest lekko ujemny. Do plusów zaliczyłbym poprawę infrastruktury, dróg, wodociągów, kolei. Poprawiło się rolnikom, zarówno tym drobnym, jak i właścicielom czy pracownikom gospodarstw wielkopowierzchniowych. Plusem jest to, że wielki świat otworzył się na Rumunię. Przyjeżdżają do nas takie gwiazdy, o jakich wcześniej mogliśmy tylko marzyć. Jest coraz więcej turystów. Pojawiły się znaczące zagraniczne inwestycje. W fabryce Dacii w Mioveni Renault ulokował swoje centrum informatyczne. To nie tylko prestiż, ale i miejsca pracy. Suma minusów jest jednak, według mnie, troszkę większa. Nastąpiła wielka fala emigracji. Bardzo ucierpiała na tym służba zdrowia. Nastąpiło pogorszenie obyczajów, zerwanie międzypokoleniowych więzi. Najbardziej stracili urzędnicy państwowi i nauczyciele. Ci pierwsi zarabiają teraz znacznie mniej. Tych drugich dotknęło bezrobocie, bo wraz z masową emigracją gwałtownie ubyło uczniów i trzeba było zamykać szkoły, szczególnie na wsi.

Widać to przede wszystkim w zachodniej Rumunii, w okolicach Oradei. Tam dominują duże gospodarstwa rolne. Wioski są opustoszałe, zamieszkane przez starszych ludzi. Młodzi wyjechali i nie zamierzają wracać. Przy drodze jest wiele ogłoszeń o sprzedaży ziemi. Kupują ją rolnicy z Holandii i Niemiec.

W ciągu ostatnich dziesięciu lat zmieniła się nie tylko Rumunia, ale także Unia Europejska. Przestała się rozszerzać, wręcz przeciwnie, zaczęła się kurczyć. Zniknął optymizm. Pojawił się strach przed niedostatkiem i wojną. Wojskowe transporty nie przejeżdżają tylko nocami. Często w dzień można spotkać konwoje z amerykańskimi żołnierzami. – Kiedyś eszelony szły tylko nocami, a sprzęt był pod plandekami – mówi Gawrił, kolejarz z Kluż-Napoka. – Teraz idą także we dnie i każdy może zobaczyć czołgi na lorach. Aż ciarki przechodzą po plecach – opowiada. – Jeśli tak dalej pójdzie, aż strach pomyśleć, co będzie za dziesięć lat. 

  Marmaroskie wioski bardzo zmieniły się w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Mimo to nadal można spotkać furmankę ciągniętą przez woły. Ich właściciel utrzymywał, że jego woły są znacznie lepsze od traktora. Sprawy integracji europejskiej niespecjalnie go interesowały. Żałował tylko, że po ukraińskiej stronie Cisy mieszka jego rodzina i chociaż to tak blisko, to jednak daleko, bo Ukraina to przecież inny świat niż Rumunia.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie