Święty spokój

dodane 04.02.2017 06:00

Marcin Jakimowicz

zobacz galerię 

„Tato, co robisz?” – spytał Nikodem. „Spisuję Spisz”. Między postrzępionymi szczytami Tatr, stokami Pienin i zielonych Gorców znalazłem piękno w czystej postaci.

Spisz - piękno w czystej postaci ROMAN KOSZOWSKI /FOTO GOŚĆ

Spisz oddycha spokojnie pod czapą śniegu. Odpoczywa. Nieprzebrane tłumy pędzące na Podhale i stojące w gigantycznych korkach na zakopiance omijają go, dzięki Bogu, szerokim łukiem.

Za nami Honaj, przed nami Grandeus. Jak na dłoni widać z niego Trzy Korony, Tatry, Babią Górę i Gorce. Dziś mocno sypie, więc poza wirującymi płatkami śniegu nie zobaczymy wiele. To tu kilkadziesiąt lat temu mistyczka Mieczysława Faryniak, zwana „Panią ze Skałki”, szturmowała niebo, by na doliny Spisza Bóg wylał deszcz łask. W 1935 roku pojechała na wakacje na Hel. „Boże, jak tu pięknie!” – westchnęła, kąpiąc się w wodach Bałtyku. „A żeby pani wiedziała, jak u mnie jest pięknie. Jestem nauczycielką z Dursztyna” – rzuciła pływająca obok wczasowiczka. „W Bałtyku wyłowiłam nie bursztyn, ale Dursztyn” – śmiała się po latach pani Mieczysława, która osiadła na Spiszu.

Jak makiem zasiał

Poznałem tę ziemię dzięki Januszowi Kotarbie. To on kilkanaście lat temu zabrał redakcję magazynu „RUaH” do Dursztyna na Wichrówkę. Wówczas nie było tu jeszcze prądu, a mrok przedwojennego domu rozświetlały lampy naftowe. Po schodach szalały małe dzieciaki z Arki Noego, a w okna zaglądały zielone wzgórza. Wtedy zakochałem się w tej ziemi.

Polski Spisz to śliczny skrawek ukryty pomiędzy postrzępionymi szczytami Tatr, stokami Pienin i zielonych Gorców. Powierzchnia całego Spisza wynosi ok. 3,7 tys. km², do części słowackiej należy aż 3,5 tys. km². Polacy mają skrawek – zaledwie 14 malowniczych ukrytych w dolinkach wsi. Nie znajdziemy tu wielkich ośrodków turystycznych, jak słowacki Poprad, Kieżmark czy Lewocza.

Cisza jak makiem zasiał. Niezadeptany śnieg. Wchodzimy do Wichrówki. Rozmawiamy szeptem, by nie zaburzyć rytmu dnia tego domu. Od czterech lat funkcjonuje on jako „Pustelnia sługi Bożego ks. Franciszka Blachnickiego”. Ciszy szukają tu kapłani, którzy przyjeżdżają na swe rekolekcje.

To w tym miejscu odbywały się pierwsze oazy Ruchu Światło–Życie. Gdy trafił tu ks. Franciszek, we wsi od lat modliła się Mieczysława Faryniak. Od czasu gdy ta niezwykła kobieta pojawiła się w Dursztynie, zaczęły się tu dziać same „przypadkowe” rzeczy. Młodzi zaczęli wstępować do zakonów, a częstym gościem w pustelni był biskup Karol Wojtyła. Po latach to tu wystartowały pierwsze w Polsce spotkania muzyków chrześcijan. Bogu niech będą dźwięki!

– Mieczysława Faryniak opowiadała, że Skałka i Wichrówka, czyli wzgórza na przeciwległych krańcach Dursztyna, to dwa skrzydła Ducha Świętego. Przesadziła? Nie! To niezwykła intuicja. Mapa duchowa tej ziemi. Brama. Nie znam drugiej wioski, gdzie znalazłabym po drodze aż pięć kaplic z Najświętszym Sakramentem – opowiada mieszkająca na Wichrówce Grażyna Tokaj. – W tej niewielkiej wiosce można znaleźć aż pięć odcieni powołania: siostry niepokalanki, pasterzanki (siostry bezhabitowe), nasz założony przez ks. Blachnickiego instytut świecki, ojcowie franciszkanie i pani Mieczysława, jako pustelniczka, prorokini. Ta mistyczka często modliła się, by w tym miejscu powstawały pustelnie, i jesteśmy przekonane, że to miejsce jest owocem jej modlitw, cierpienia, wstawiennictwa. Chciałybyśmy, by powstały tu również eremy, miejsca zupełnego wyciszenia.

Szaleństwo!

Puste, dzikie Tatry znajdziemy dziś jedynie w zakurzonych kronikach i w wierszach Tetmajera. Zwrot „kolejka na Kasprowy” nabrał niestety nowego, niezwykle dosłownego znaczenia, a nad Morskim Okiem przewala się 30-tysięczny tłum (to rekord majowego długiego weekendu). Zdeptujemy Tatry. Centymetr po centymetrze.

Spisz nie jest oblegany. Pozostał dziewiczy. Choć widok na Tatry nie różni się diametralnie od panoram widzianych z Kościeliska, nie znajdziemy tu tabunów turystów. Spisz pozostał w cieniu. Być może dlatego, że ludzie żyli tu bardzo długo pod mocną ręką panów nidzickich, a pańszczyzna utrzymała się nawet do lat 30. XX wieku.

Gdy bierzesz za przewodnika Roberta Cudzicha, nie licz na to, że oprowadzi cię środkiem deptaka, ze znudzeniem pokazując atrakcje turystyczne. Mieszkający w Dursztynie gitarzysta New Life’m to pasjonat, człowiek o naturze Indianina. Zakochany po uszy w tej ziemi. Przeszedł ją (i przebiegł na nartach) wzdłuż i wszerz. Brniemy przez zaspy, by dotrzeć do kapliczki między Frydmanem a Krempachami. Widziała wiele, bo zbudowano ją w 1820 roku. Pod znakiem „Uwaga! Duchy!” zadzieramy głowy do góry, oglądając potężny zamek w Niedzicy, by za chwilę w rozległych piwnicach pod kasztelem we Frydmanie za Jerzy Stuhrem zawołać: „Ciemność widzę! Ciemność”. Gęsty jak smoła mrok rozświetla lampka czołówka. Odpowiada nam echo. Ileż beczek tokaju leżakowało przez wieki w tej starej węgierskiej strażnicy!

– Gdy przeczytałem, że Mieczysława Faryniak pisała, iż Spisz i Dursztyn to miejsca wybrane przez Boga, że to czyste piękno, myślałem: „Oj tam, przesada. To emocjonalne wynurzenia poetki, charyzmatyczki” – opowiada Robert Cudzich. – Ale powiem wam szczerze: im dłużej tu mieszkam, tym mocniej jestem przekonany, że to prawda. To ziemia czysta. Wybrana przez Boga. Pobłogosławiona. Piękno w czystej postaci. Niesprzedane, niezżarte przez komercję. Dziewicze. Od kilkudziesięciu lat nie mogę się nadziwić. Wychodzę na dzikie szlaki, gdzie spotykam jedynie zwierzęta, spoglądam na pobliskie Tatry czy zielone spiskie wzgórza i trwam w zachwycie.

Tygiel

– W spiskiej muzyce znajdziecie i elementy węgierskie (słynne czardasze, przy których nogi same rwą się do tańca), i cygański ogień, i elementy wołoskiej kultury pasterskiej – wylicza Cudzich. – Górale podhalańscy mają respekt przed nutą ze Spisza i szanują tę kulturę. To prawdziwy kulturowy tygiel. Można się o tym przekonać w czasie organizowanych w Niedzicy Zwyków Śpiskich.

Zamki w Niedzicy i Czorsztynie to najpopularniejsze atrakcje turystyczne polskiego Spisza. I symbol historii tej ziemi. Na dwóch brzegach rozległego, utworzonego przed dwudziestu laty jeziora spoglądają na siebie zamki – polski i węgierski.

Tego sobie życzymy

Do momentu odzyskania przez Polskę niepodległości Spisz należał do monarchii austro-węgierskiej. Skrawek tej ziemi został nam przydzielony 28 lipca 1920 roku w wyniku decyzji Rady Ambasadorów. W lutym 1919 roku zawiązał się Narodowy Komitet Obrony Spisza, Orawy, Czadeckiego i Podhala (w jego skład wszedł m.in. Kazimierz Przerwa-Tetmajer). W ramach dyplomatycznej batalii o Spisz i Orawę wiosną 1919 roku na konferencję pokojową do Paryża ruszyła niezwykle barwna delegacja. Przewodniczył jej ks. Ferdynand Machay z Orawy. Doszło wówczas do niezwykłej sceny. Piotr Borowy z Orawy i reprezentujący Spisz Wojciech Halczyn chwycili za ręce prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki Woodrowa Wilsona, prosząc, by przystał na polskie postulaty. „Wręczyliśmy mu mapkę Podhala-Spisza-Orawy – wspominał ksiądz Machay. – Pooglądał Wilson tę mapkę. Zwrócił się następnie do gazdów i pokazując na Spisz, zapytał się: »Kto tu mieszka?«. »Ja jestem przedstawicielem tego kraju, tam po Kieżmark Polacy żyją blisko 70.000« – odpowiedział Wojtek. Wilson trochę się zastanowił. Piotr chwycił go za rękę i z nadzwyczajnie miłą stanowczością mu oświadczył: »To, to, to, panie prezydencie! Tego sobie życzymy«. Wilsona to wzruszyło. Zaskoczył go prosty sposób mówienia gazdów. Bo zaczął i Wojtek prosić, za lewą rękę ściskać i śmiać się do niego. Oświadczył Wilson: »O ile to będzie ode mnie zależało, zrobię wam to!«”.

Choć mocarstwa postanowiły, że o przynależności Spisza ma zdecydować plebiscyt, ostatecznie do niego nie doszło, a o kształcie naszych południowych granic orzekła w 1920 roku Rada Ambasadorów.

Mijamy zasypane śniegiem spiskie wioski. Krempachy, Frydman, Falsztyn, Łapsze Wyżne. Wspólny mianownik? Kościół w centrum wsi, dwie równoległe ulice, a za chałupami i tzw. boiskiem dłuuugie ściany stodół tworzące obronny mur. Spokój. Harmonia przestrzeni. Nie ma zasady: „Buduj się, kto może!”. Większość wsi sięga swą historią XIII wieku.

Wieje. Zza Gorców nieśmiało wychyla się spłoszone słońce. Wspinany się na wąską grań, by zerknąć z góry na słynny przełom Białki. Prowadzi nas Robert, więc na rzekę spoglądamy z dzikiego miejsca nieznanego turystom. W tutejszej jaskini znaleziono pochodzący sprzed 30 tys. lat najstarszy bumerang na świecie (wykonany z ciosu mamuta) oraz szczątki nosorożca włochatego, lwa jaskiniowego i hieny jaskiniowej. Teraz po ciągnących się po horyzont polach przemykają zające i sarny. Nad głowami krążą ogromne myszołowy. Za Białką ocalało piękno w czystej postaci. Jesteśmy na szczycie. Widok zapiera dech w piersiach. Trwamy przez dwie minuty w absolutnej ciszy. Przed nami Spisz jak na dłoni. Nie chcemy spłoszyć tej chwili.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |