Sami nic nie zrobimy

– To smutne, że ludzie ciągle tak mało wiedzą o Serbołużyczanach, słowiańskich sąsiadach zza miedzy – mówi Ludmiła Gajczewska, szefowa wrocławskiego oddziału Towarzystwa Polsko-Serbołużyckiego. – Z drugiej strony trzeba się cieszyć z tego, jak wielu ludzi ten temat interesuje.

W filii Miejskiej Biblioteki Publicznej przy ul. Szewskiej we Wrocławiu odbyło się spotkanie poświęcone m.in. walorom turystycznym i kulturalnym oraz historii Górnych i Dolnych Łużyc. O mniejszości serbołużyckiej, zamieszkującej tereny sąsiedniej Saksonii i Brandenburgii, mieszkańcy Dolnego Śląska wiedzą bardzo mało. Jeszcze mniej wiedzą o istnieniu polskich Łużyc, których granica historyczno-geograficzna na wschodzie przebiega na linii Kwisy. Dlatego spotkanie, poświęcone zrazu folderom turystycznym drukowanym po wojnie na temat Łużyc i łużyckich Serbów, trzeba było skupić na podstawowych, banalnych – zdawałoby się – informacjach o tej słowiańskiej mniejszości w Niemczech.

– Cóż, nasze działania w tym zakresie zawsze są mniejsze niż potrzeby. Jednak sami, mimo ogromnej pracy i starań, bez pomocy samorządów czy instytucji kultury nic nie zrobimy – mówi Ludmiła Gajczewska. – Dlatego podczas spotkania zarówno ja, jak i dr Grzegorz Pisarski, nasz prelegent, mówiliśmy najwięcej o dziejach łużyckich Serbów, ich kulturze, języku, obyczajach i wyznaniu. Cieszy mnie, że te informacje zaciekawiły obecnych. Smuci jednak, że tak niewielu Dolnoślązaków wie o istnieniu tego, jak się zwykło mówić, najmniejszego słowiańskiego narodu.

Jedną z uczestniczek spotkania była Jolanta Sobczyk. Przed kilkoma miesiącami razem z mężem odwiedzała Budziszyn. Tam po raz pierwszy dowiedziała się o Serbołużyczanach. – To była taka miła niespodzianka, a z drugiej strony żal, że tak późno o tym się dowiedzieliśmy. Że sprawiła to przypadkowa wizyta, a nie jakaś zorganizowana, długofalowa akcja informacyjna. Nie mieliśmy pojęcia o Serbołużyczanach, mimo że oni mówią językiem słowiańskim i żyją tuż przy polsko-niemieckiej granicy, zaledwie sto kilkadziesiąt kilometrów stąd. Mało jest informacji na ten temat, dlatego też dzisiaj tu jestem i stąd wiem np., jak dzielą się Łużyce ze względu na wyznanie, kulturę i język, czy jak to się stało, że Łużyczanie przetrwali czasy germanizacji. To są dla nas wiadomości nowe, bo raczkujemy w tym temacie – mówi mieszkanka Wrocławia.

Pozostali goście spotkania narzekali także na prawie całkowity brak tematyki serbołużyckiej w przestrzeni publicznej. – Są przecież takie miasta jak Zgorzelec, Lubań, Nowogrodziec, które leżą na polskich Łużycach. Nie słyszałam, żeby były jakieś specjalne programy czy choćby konferencje popularnonaukowe poświęcone temu tematowi. Wiem, że w Lubaniu wydano kilka lat temu książkę, która w tytule miała historię Górnych Łużyc, ale to chyba wszystko... – zastanawia się Jadwiga Przybylak, która do biblioteki przyszła z synem i synową.

Nad powodami tak małego zainteresowania tematyką serbołużycką wśród samorządów dolnośląskich i instytucji kultury zastanawiał się także gość spotkania, dr Grzegorz Pisarski, historyk, dziennikarz i łużyczanofil. – Sytuacja jest zróżnicowana. O wiele więcej dowiemy się o Łużycach Dolnych, leżących na terenie Brandenburgii, a mniej o Dolnych – tych w Saksonii. W okolicach Zgorzelca czy Lubania natkniemy się na miejscowości mające w nazwie przymiotnik „łużycki”. Jak ktoś trafi, prowokuje go to do poszukiwań, ale informacji jest jak na lekarstwo – mówi.

Aby tę sytuację zmienić, uczony proponuje wizyty na Łużycach. – Zorganizowana turystyka mogłaby szybko poprawić sytuację – uważa dr Pisarski. Podczas spotkania, które było jednocześnie wernisażem wystawy folderów turystycznych o Łużycach, swoje wiersze w językach górno- i dolnołużyckim czytała Ludmiła Gajczewska.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie