Osobliwa wyspa

Na mapie wyspa Sark wygląda jak kamyk wrzucony do oceanu. 5 kilometrów długości, około 600 mieszkańców. Dopiero poznawana z bliska nabiera właściwych wymiarów.

Seigneur jest właścicielem wszystkiego, co znajduje się na wyspie. Przysługują mu także szczególne prawa. Na przykład prawo egzekwowania od każdego poddanego obowiązku posiadania muszkietu do obrony wyspy. Tylko seigneur ma prawo bić żonę kijem grubszym niż mały palec dłoni. Poddani mogą to robić wyłącznie cieńszymi kijami, ale tylko we własnym domu. Tylko seigneur może być posiadaczem niewykastrowanego psa. Jako jedyny może hodować gołębie.

W sprawowaniu władzy seigneura wspomaga parlament zwany Chief Pleas. Jeszcze 5 lat temu zasiadali w nim wyłącznie potomkowie 40 rodów, które przybyły na Sark w XVI w. razem z Hélierem de Carteret. Po reformach przeprowadzonych w 2011 r. właściciele ziemscy zachowali w parlamencie tylko 12 miejsc. Większość – aż 16 posłów – pochodzi z wyborów powszechnych. Mieszkańcy Sark mają wiele obaw przed demokracją. Szczególnie obawiają się pojawienia na wyspie partii politycznych, których istnienie skłóca ludzi. – U nas, gdzie wszyscy się znają, byłaby to tragedia – mówi Elliot, właściciel jednego z kilkunastu traktorów na wyspie. – A poza tym demokracja to urzędnicy, bardzo kosztowni w utrzymaniu. Naszych czterech w zupełności wystarczy.

Podatki są tu niskie. Mieszkańcy nie płacą ich od dochodu, ale od majątku. To lepsza strona tego systemu. Gorsza jest taka, że nie przysługują im prawa do emerytury ani renty. Nie są też ubezpieczeni. Jako obywatele niezależnego księstwa nie mają prawa pracy w Unii Europejskiej. Lekarz na wyspie jest jeden. Dentysta przypływa z Guersney. Latem częściej, zimą, kiedy sztormy uniemożliwiają kursowanie promów, rzadziej. – Największy koszmar to ból zęba w czas sztormowy – zwierza się Robert. – Promy nie kursują, ząb boli, gęba puchnie.

Drugi problem to porody. – Kiedyś wszyscy rodzili się tu we własnych domach – mówi Charlotte, matka dwojga dzieci. – Teraz powinno się rodzić w szpitalu na Guersney. Pobyt w szpitalu jest drogi, więc wiele przyszłych matek zwleka z udaniem się na porodówkę do ostatniej chwili. I bardzo wiele dzieci przychodzi na świat na łodziach, którymi kobiety płyną do szpitala.

Ze zdobyczy nowoczesności mieszkańcy wyspy zaakceptowali prąd elektryczny. Używają go jednak bardzo oszczędnie, bo jest drogi. Prąd wytwarza prywatna elektrownia spalinowa. Skarbem jest woda pitna, którą większość mieszkańców pobiera z własnych studni. Mają one niewielką wydajność, dlatego napisy o konieczności oszczędzania wody są przy wszystkich publicznych kranach. Wyspa nie ma kanalizacji. Nieczystości wywozi traktorem „szambelan” – jeden na całą wyspę. Zawartość beczki wiezie on do oczyszczalni ścieków. Wyspa ma też centralną spalarnię śmieci. Przyjęła się także telefonia komórkowa, chociaż krótkofalówki nadal trzymają się nieźle. – Komórki tracą zasięg w porcie i są kosztowne – wyjaśnia Hilary. Koszt połączenia z Sark poza Wyspy Normandzkie to prawie 1,5 euro za minutę. Internet przyjmuje się powoli, ale większość pensjonatów ma już Wi-Fi.

Sędziwy skiper George

Wyspę można poznawać, opływając ją łodzią. Renomowanym skiperem jest George Guille. Opłynąć wyspę z George’em to obowiązek każdego poważnego turysty.

George nie wygląda na swoje 80 lat. Jego przodkowie przybyli na Sark w 1565 r. razem z Hélierem de Carteret. George przyszedł na świat w 1937 r. w części wyspy zwanej Mały Sark, gdzie jego dziadek prowadził farmę La Sablonnerie (obecnie mieści się tam hotel i restauracja). W 1942 r. niemieccy okupanci eksmitowali rodzinę George’a. Ich kamienny dom zmieniony został w skład amunicji. Guille’owie przenieśli się na główną wyspę. W czasie okupacji znaczna część kraju nie była dostępna dla mieszkańców – lądowiska i plaże były ogrodzone i zaminowane.

Po wojnie zakazane tereny stały się dla chłopaków z Sark ziemią obiecaną. – Wrzucaliśmy do ognia amunicję i flary, które zostawili Niemcy. To cud, że wszyscy przeżyliśmy – wspomina George. – Piękne to były czasy – rozmarza się. – Nawet zimy były fajne – polowaliśmy na króliki i słonki. A później, już jako nastolatek, zacząłem żeglować wzdłuż wybrzeża i zdradliwych klifów. Najpierw z ojcem na „Non-Pareil” w poszukiwaniu jaj mew i wraków statków. Zacząłem odkrywać dostępne tylko od strony morza jaskinie.

Pływanie wokół tej wyspy nie jest łatwe, ale George robi to jakby od niechcenia. Wpływa do jaskiń i wskazuje różne kształty ze skał – to kot, głowa wielbłąda, ręce złożone do modlitwy, profil królowej Wiktorii czy Victora Hugo. W czasie rejsu opowiada też wielce zajmujące historie. Kiedy przepływamy koło Saignie Bay, opowiada o koniu, który spadł z klifu w latach 70. i był wyciągnięty bezpiecznie helikopterami z Wessex.

George oblicza, że na „Non-Pareil” opłynął Sark ponad 20 tys. razy. Czy to go nie nudzi? – A skąd! Morze i pogoda są zawsze inne i zmieniają się w ciągu roku. Mamy najpiękniejsze klify na świecie i cieszy mnie pokazywanie ich ludziom – odpowiada.

Sark od środka

Najwygodniej jest przemierzać Sark rowerem. Można wtedy zatrzymać się przy fabryce czekolady, prowadzonej przez Caragh Candrige, z wykształcenia pielęgniarkę, z praktyki producentkę markowej czekolady. Caragh urodziła się w Irlandii. Na Sark przeprowadziła się wkrótce po ślubie w 1989 roku. Małżonkowie wydzierżawili okazały dom przy drodze wiodącej na Mały Sark. Caragh miała zamiar podjąć pracę pielęgniarki. Nie wyszło z powodu śmietany. – Ta na Sark jest tak wyjątkowa, że wprost nie mogłam uwierzyć, że nikt nie wykorzystuje jej do produkcji lodów lub czekolady – wspomina. Po 3 latach prób i błędów w 1993 r. po raz pierwszy wstawiła swoje czekolady do sklepu przy Avenue. Dwa lata później wygrała prestiżowy konkurs dla bizneswoman. 5 tys. funtów nagrody zainwestowała w rozwój firmy. Biznes rozkręcał się. Nowe możliwości stworzył internet. Od kilku lat w prowadzeniu firmy pomaga syn, absolwent wydziału marketingu. Jeśli ktoś jest ciekaw wyjątkowego smaku Caragh Chocolates, może je kupić przez internet.

Na tyłach Avenue ma swoją pracownię garncarską Lorraine Nicolle. – W glinie lubiłam dłubać od dzieciństwa. W 1994 r. postanowiłam z tego żyć i otworzyłam własną firmę – opowiada. Z rozmowy wynika, że sprawa nie jest prosta. Sezon trwa krótko, a przecież nie każdy turysta kupuje ceramiczną pamiątkę. Surowiec trzeba sprowadzać z Anglii. Transport kosztuje więcej niż sama glina. W 2000 r. Lorraine zaczęła robić srebrną biżuterię. – Zajmuję się tym jesienią i zimą, w czasie martwego sezonu – wyjaśnia Lorraine. Dodatkowym źródłem przychodów są warsztaty dla chętnych nauki garncarstwa. – Najfajniejsze zamówienie? – zastanawia się Lorraine. – To chyba kubki dla uczniów z naszej szkoły z nazwiskiem każdego ucznia, które robiłam dla upamiętnienia wizyty królowej.

dobroczynny wyścig owiec

Te zawody to największa atrakcja wyspy. Odbywa się raz do roku i jest okazją do zebrania pieniędzy, które później przeznaczone są głównie na dopłaty do leków i leczenia. Imprezie towarzyszą liczne konkursy dla dzieci i dorosłych. Udział w każdym wymaga wniesienia opłaty w wysokości 1 funta. Panie przynoszą upieczone przez siebie ciasta, które sprzedawane są przez wolontariuszki. Panowie przyjmują zakłady jak na wyścigach konnych. Wielką pomysłowością wykazała się w tym roku pani, która w zamian za wrzucenie do skarbonki 1 funta pozwalała oszacować wagę upieczonego przez siebie placka. Nagrodą za najdokładniejsze określenie wagi był placek.

Dave Scott, owczarz i chirurg drzew, zajmuje się organizacją wyścigu owiec od co najmniej 20 lat. Jest jednym z czterech owczarzy na wyspie i ma największe stado – ponad 90 sztuk. Pochodzi z Anglii. Miał 4 lata, gdy wraz z rodzicami przeprowadził się na Sark. – To prawda, że życie tu nie jest łatwe, ale nie zamieniłbym go na żadne inne. Tu znalazłem swoje miejsce i swoje szczęście. Robię to, co lubię, i kocham to miejsce. Wszystkich znasz, wszyscy znają ciebie. Nie musisz zamykać drzwi na klucz, a twój los zależy od twojej pracowitości.

Wyścigi owiec przyciągają turystów. W tym roku, mimo porywistego wiatru i deszczu, goście dopisali.

Niebo gwiaździste nade mną

Poranki są tu mgliste i ciche. Dopiero przed 11.00 słychać traktory, które jadą do portu po gości. Wyspa ożywa.

Mgliste są też zmierzchy. Kiedy mgła opada i nie ma chmur, na niebie zaczynają jaśnieć gwiazdy. Im bliżej północy, tym stają się jaśniejsze i jest ich więcej. Sark jest rezerwatem ciemnego nieba, nie ma tu żadnych śmieci świetlnych, łun od pobliskich miast. I nie ma słów, by to opisać... •

Sark w pigułce

•  wyspa należąca do archipelagu Wysp Normandzkich • przynależność państwowa: kraj zależny od króla Anglii • powierzchnia: 5,45 km kw. • ludność: 620 osób • język: angielski • religia: chrześcijaństwo – dominujący metodyzm • waluta: funt Guernsey • jak dotrzeć: np. samolotem na wyspę Guernsey (z przesiadką w Londynie), a stąd promem

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • gut
    25.08.2017 23:26
    Wspaniale lśni ten homar na tym zdjęciu! ;) Fajne Ujęcie. :) Ps. Uczestniczyłem w tych quizach na tej stronie wakacyjnej - 7 dobrych odpowiedzi na 10 pytań. ;-)) Myślę, że w - wynikach quizu - mogłyby, też być podane - jakie są poprawne odpowiedzi przy poszczególnych pytaniach, jeśli zdało się złą odpowiedź. ;) [ Mam nadzieję, że się zrozumiale wyraziłem... ;-) ]
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie