Gdzie niedźwiedź mówi dobranoc

Czasami, żeby odkryć prawdziwy skarb, trzeba wyrwać się z głównego nurtu. Tak właśnie jest z tatrzańskim schroniskiem Roztoka – bezapelacyjnie najlepszym schroniskiem w polskich górach.

Asfaltową drogą do Morskiego Oka przez znaczną część roku ciągną tłumy. Przy Wodogrzmotach Mickiewicza większość zatrzymuje się, by zrobić zdjęcie słynnej kaskady, i idzie dalej. Pewna część turystów odbija tutaj w prawo, kierując się w górę, w stronę słynnej Doliny Pięciu Stawów. Tylko nieliczni dostrzegają niepozorną tabliczkę po lewej, na której widnieje napis: „Roztoka – 15 minut”. Drogowskaz wskazuje na ukrytą wśród zarośli kamienną ścieżkę, która schodzi w dół doliny. Na tych, którzy zdecydują się wyrwać z nurtu rzeki ludzi zmierzających do Morskiego Oka i podążą tą drogą, czeka ukryte na leśnej polanie schronisko. Miejsce pod wieloma względami niezwykłe.

Jak u Tolkiena

Kiedy 9 lat temu pierwszy raz zobaczyłem roztockie schronisko, pierwsze skojarzenie, które przyszło mi na myśl: dom Beorna z powieści „Hobbit”. Długi budynek z grubych drewnianych bali, schowany na polanie otoczonej gęstym świerkowym lasem. I tak jak w słynnej książce Beorn zamieniał się nocą w niedźwiedzia, tak nietrudno było sobie wyobrazić, że po zmroku i wokół tego schroniska krążą brunatne stworzenia. I chociaż tatrzańskie misie rzeczywiście od czasu do czasu odwiedzają polanę, różnica między fikcją a rzeczywistością jest ogromna, bo w schronisku nie gospodarzy nieokiełznany człowiek niedźwiedź, ale niezwykle otwarte i serdeczne małżeństwo – Ania i Stefan Krupowie, którzy dzierżawią od PTTK to miejsce od 9 lat.

Kiedy przejmowali obiekt, Roztoka nie przeżywała swoich najlepszych chwil. Ówczesnym gospodarzom zdarzało się wyjeżdżać, schronisko często bywało zamknięte i w związku z tym mało kto odbijał od głównego traktu na leśną polanę. O tym, że rozpisano przetarg na nowych dzierżawców Roztoki, Krupowie dowiedzieli się od siostry Stefana, która prowadzi schronisko na Turbaczu. To był 2008 rok. Mieszkali wtedy w Chochołowie i mieli rocznego syna Bolka. Decyzję trzeba było podjąć szybko, w zasadzie w weekend, bo w poniedziałek rano mijał termin składania ofert. Odważyli się. To był pierwszy krok w stronę stworzenia legendy. Przetarg wygrali, a niemałe znaczenie miał tutaj fakt, że oboje pochodzą spod Tatr (z Chochołowa i Witowa) oraz mieli doświadczenie w pracy w herbaciarni w Dolinie Strążyskiej.

Halny i samotność

Kiedy Ania opowiada o pierwszym roku w schronisku, na jej twarzy widać wiele emocji. Przejęcie obiektu odbyło się w październiku. Wiał wtedy halny, do schroniska nie zaglądał pies z kulawą nogą. W Tatrach zaczynał się sezon jesienno-zimowy, a oni zostali sami z rocznym dzieckiem w dziczy. Ania przy wsparciu mamy szorowała trochę zaniedbane ściany, Stefan naprawiał co się dało i jeździł do miasta na zakupy. A Bolek? – Bardzo lubił zabawę autkami w piasku, a że piasku w Roztoce nie było, to na koce wysypałam mu dwa kilo ryżu. Bawił się godzinami w tym ryżu koparką – wspomina gospodyni. Najgorsze były pierwsze noce: wiatr walił w okna jak szalony, a po strychu biegały kuny. Budynek był w środku ciemny. Gdy Stefan wyjeżdżał do miasta albo po drewno na opał, a ja zostawałam sama z Bolkiem, byłam przerażona – mówi Ania. – Całą zimę przeżyliśmy tutaj sami, bez dodatkowego personelu. Na większe imprezy, takie jak ślubowanie przewodników czy sylwestra, przyjeżdżała nam pomagać rodzina. Pierwszego pracownika zatrudniliśmy dopiero wiosną – opowiada. Wtedy jednak los uśmiechnął się do gospodarzy zapomnianego schroniska. TPN rozpoczął remont nawierzchni na pierwszym odcinku szlaku do Morskiego Oka. Z tego powodu na czas prac asfaltowa droga została zamknięta, a turystom udostępniono stary leśny trakt, przebiegający obok schroniska. Każdy turysta zmierzający w stronę Morskiego i Rysów przechodził przez polanę i mógł zatrzymać się w Roztoce, spróbować specjałów tutejszej kuchni i przede wszystkim zobaczyć, że obiekt znowu żyje. I chociaż po zakończeniu remontu drogi stary szlak został zamknięty, Roztoka ponownie zagościła w świadomości turystów.

Chrzest i śnieżyca

Po dwóch latach sytuacja była na tyle dobra, że Krupom udało się wyremontować znaczną część schroniska, ciemne ściany jadalni obić jasnym drewnem, a nieużywany budynek gospodarczy zaadaptować na swój dom. Wtedy też narodził się ich drugi syn – Józek.

– W Roztoce czuliśmy się już jak u siebie. Dlatego ze szpitala przyjechałam z maluszkiem od razu prosto tutaj. Tutaj był też chrzest Józka. Dlaczego nie w Chochołowie w kościele? Po dwóch latach nie czuliśmy już takiego związku z tamtejszą parafią, na Mszę jeździliśmy głównie do dominikanów na Wiktorówki, i to oni zaproponowali takie rozwiązanie. Okazało się ono strzałem w dziesiątkę, bo był to marzec i w dniu chrztu nasypało tyle śniegu, że nie dalibyśmy rady wyjechać autem. Mieliśmy już wtedy w domu całe wyposażenie potrzebne do Mszy, bo w sezonie w każdą niedzielę jeden z dominikanów odprawiał Eucharystię w schronisku. Ale trzeba przyznać, że na początku mama, tradycyjna góralka, nie była zadowolona z pomysłu chrzcin w schronisku. „Dziecka do kościoła nie zaniesiesz?” – pytała. Dopiero kiedy zobaczyła, że to Kościół w śnieżycy przyszedł do Józka, żeby go do siebie przyjąć, zmieniła zdanie – wspomina ze śmiechem Ania.

Od tych prawie 10 lat życia w Roztoce relacja z dominikanami z Wiktorówek jest szczególna. W tym samym czasie gdy Krupowie przyszli do schroniska, do sanktuarium trafił poprzedni przełożony, o. Marcin. Razem uczyli się Tatr, życia w oderwaniu od wygód codzienności na terenie parku narodowego. Tam, gdzie wszystko należy do przyrody, i to dzikie zwierzęta są u siebie, a ludzie starają się tylko żyć obok nich. Lecz nie zawsze to życie obok jest łatwe i oczywiste…

ludzie i niedźwiedzie

Kluczem do szczęśliwego życia w dziczy jest restrykcyjne przestrzeganie zasad, które w mieście mogą wydawać się dziwne. Jednymi z ciekawszych są te dotyczące śmieci i narzędzi. Na polanę roztocką często przychodzą dzikie zwierzęta. Najczęściej to sarny i jelenie, ale bywają też misie. Aby ograniczyć wizyty tych drugich, trzeba przestrzegać ścisłego reżimu odpadkowego. Śmieci nie tylko nie mogą być rozrzucone po okolicy, ale trzeba je przechowywać w szczelnie zamkniętym, betonowym bunkrze, bo niedźwiedzie z daleka potrafią wyczuć kuszący zapach odpadków. Raz Ani zdarzyło się zapomnieć o wyrzuceniu worka z pieluchami, który w pośpiechu zostawiła przy drzwiach wejściowych do domu. Gdy wróciła z miasta z dziećmi, przed drzwiami wejściowymi siedział ogromny futrzasty gość, który nic nie robił sobie z sygnałów świetlnych, jakie gospodyni schroniska nadawała z samochodu. Pomógł dopiero przyjazd Stefana starym nissanem patrolem. Mężczyzna delikatnie, acz stanowczo pogonił misia sprzed domowych drzwi. Na co dzień jednak mieszkańcy Roztoki nie mają problemów z dzikimi zwierzętami.

Inną zasadą życia w lesie, nieznaną mieszkańcom miasta, jest konieczność wożenia wszędzie ze sobą piły spalinowej. Nieraz zdarzało się, że Ania, jadąc z dziećmi do szkoły, napotykała na drodze powalone drzewa. Z mniejszymi radzi sobie ręcznie. Wysiadają z Bolkiem z samochodu i przeciągają zalegające na trasie gałęzie na pobocze. Kiedy jednak leży grubszy i cięższy konar, wtedy kobieta wyciąga z bagażnika piłę i jak zawodowy drwal rozcina przeszkodę na mniejsze kawałki, by móc usunąć ją z drogi.

Rodzina w górach

Bolek ma dziś 10 lat, Józek 7. Czy młode małżeństwo z małymi dziećmi może mieszkać w takiej głuszy? Oczywiście ich życie wygląda nieco inaczej. Ale chłopaki nie są odcięci od świata. Rodzice codziennie zawożą ich do szkoły do Jurgowa, prawie 20 km od schroniska. Odbierają ich zwykle koło godz. 15–16, dzięki czemu chłopcy mają możliwości zabawy z innymi dziećmi po lekcjach. Pewnym problemem są dodatkowe zajęcia. Nie ma nauczycielek chętnych, by dojeżdżać do schroniska na dodatkowy angielski, więc tego typu zajęcia trzeba wkomponować w pobyt w Jurgowie.

W dni wolne chłopcy ruszają z tatą w góry, i robią to bardzo chętnie. Józek przeszedł już trasę z Pięciu Stawów do Morskiego Oka. Bolek ma na swoim koncie zdobycze, których mógłby mu pozazdrościć niejeden dorosły: był na Rysach, Gerlachu i Mnichu. Zimą jeździ z ojcem na nartach skiturowych. Dla Ani i Stefana polana w dolinie Roztoki jest dziś ich miejscem na ziemi. Po dawnym przerażeniu nie ma już śladu, a życia poza schroniskiem nie umieją sobie wyobrazić.

W ciągu dziewięciu lat, od kiedy w Roztoce gospodarzą Krupowie, schronisko zmieniło się nie do poznania. Powstał nowy ganek, zamontowano kolektory słoneczne, wyremontowano jadalnię i część pokoi. W minionym sezonie całkowicie przebudowano łazienki. To chyba jedyne schronisko w Polsce z ogrzewaniem podłogowym w sanitariatach. W jadalni goście mogą skorzystać z najbogatszego menu w Tatrach, a w świetlicy czeka na nich szafa z biblioteką i pokaźną kolekcją gier planszowych. Do dyspozycji turystów jest też wygodna kuchnia turystyczna oraz suszarnia ubrań. Ale Roztoka to nie tylko doskonałe zaplecze noclegowe i świetna kuchnia. To przede wszystkim niesamowita rodzinna atmosfera. Dlatego dziś miejsce to ma wielu stałych bywalców.

Efekty tej rewolucji zostały dostrzeżone przez twórców renomowanego rankingu schronisk górskich magazynu „N.P.M.”. W ostatnich dwóch edycjach Roztoka wygrywa w cuglach z pozostałymi schroniskami, a konkurencja jest niemała – szczegółowo i z zaskoczenia ocenianych jest prawie 70 należących do PTTK obiektów.

Jaka jest recepta na sukces? Gospodarze, jak sami mówią, starają się po prostu być sobą. I każdego gościa traktować życzliwie, tak jakby był członkiem rodziny. I rzeczywiście, ile razy byłem w Roztoce, zawsze czułem się tam tak traktowany.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie