Polska kuchnia przydrożna

Droga na Ostrołękę zaczyna się i kończy McDonaldem. Pod Serockiem kusił nas będzie jeszcze stek z krokodyla. Im dalej od stolicy, tym bardziej swojsko. Od Pułtuska będziemy mogli jeść tylko polskie potrawy serwowane w rodzinnych barach i restauracjach.

Czasy, kiedy w drogę ruszało się maluchem lub syrenką z własną wałówką – nieodłączną herbatą w chińskim termosie i jajami na twardo, to odległa przeszłość. Do historii przechodzą też namioty z grochówką, kurczakiem z rożna i frytkami. Zmieniają się gusty i oczekiwania. W ślad za tym zmienia się polska kuchnia przydrożna. Od kiedy na prawie każdej stacji benzynowej można zjeść hot doga i wypić kawę, właściciele drewnianych budek z jedzeniem muszą albo rozwijać ofertę, albo zwijać interes. Na rynku, a właściwie przy drogach, zostali tylko ci, którzy potrafią ciężko pracować i do tego lubią swoją pracę. Takie wnioski nasuwają się z rozmów z właścicielami przydrożnych barów i restauracji położonych przy słynnej drodze na Ostrołękę, czyli drodze krajowej nr 61.

Wielka Lipa, 70 km od Warszawy

Kiedy 13 lat temu teść Łukasza Strzelczyka zaczynał za Pułtuskiem stawiać zręby przydrożnej karczmy, znajomi pukali się w czoło. – Kto robi restaurację w szczerym polu? – pytali, przekonani, że interes nie ma najmniejszych szans na sukces. – Teść, inżynier budowlany, miał jednak swoją wizję i nie zważał na przestrogi – opowiada Łukasz, który obecnie prowadzi restaurację. Budynek z drewnianych bali już z zewnątrz robi dobre wrażenie. Duży, ale zgrabny, opatulony dzikim winem, którego liście o tej porze roku goreją czerwienią. Wewnątrz jest przytulnie. Strop podtrzymują stare belki. – One nie są stylizowane na stare – podkreśla z dumą Łukasz. – One są stare, pochodzą z dawnej organistówki i pamiętającej XIX wiek kurpiowskiej chaty. Dobry duch tamtych domów mieszka teraz u nas.

Do Wielkiej Lipy przyjeżdża się nie tylko bo to, żeby zjeść. Dzieci mogą pojeździć na koniu Franku, nadzwyczaj spokojnym, czy wyszaleć się na placyku zabaw. Rodzice natomiast mogą w tym czasie kupić wyroby ludowego rękodzieła u twórczyni, która ma swoje stoisko przy wejściu. Jeśli przyjedzie się o odpowiedniej porze, posłuchać można muzyki na żywo. Pan Roman i jego tradycyjna kurpiowska pedałówka to stały element spotkań przy kominku.

To jednak tylko otoczka najważniejszego, czyli jedzenia. Menu nie jest przesadnie rozbudowane. – Zasada jest jedna – mówi szef Wielkiej Lipy. – Wszystkie dania przygorowujemy na miejscu. Sami pieczemy chleb, u nas robimy kiełbasę do żurku i pieczemy ciasta. Wszystko musi być świeże. Sezonową atrakcję stanowi dziczyzna. – Jesteśmy firmą rodzinną, nie możemy sobie pozwolić na utratę renomy – mówi Łukasz. – Zbyt ciężko na to pracowaliśmy. Nasze największe przeboje to kacza noga prawa z buraczkami i kopytkami, filet z jelenia w śmietanie i sprowadzane prosto z Mazur okonki na bukiecie z sałat.

Kurpianka, 85 km od Warszawy

Orzyc, który przecina DK61 w Szelkowie, stanowi odwieczną granicę pomiędzy Mazowszem a Kurpiami. Nic dziwnego, że pierwsza przydrożna restauracja za tą granicą nosi nazwę Kurpianka. Dzięki księdze gości możemy się dowiedzieć, że jadali tu nieodżałowanej pamięci Zbigniew Wodecki, który życzył załodze podwyżek, i Irena Jarocka, która zachwyciła się pierogami. W Kurpiance bywali też twórca Trubadurów Ryszard Poznakowski, członkowie kabaretu OTTO, Mariusz Pudzianowski, Marek Siudym, Kuba Sienkiewicz, zespoły Blue Caffe, Akcent i Classic. Pan Yapa zachwycał się pyszną kawą, a Wowa obiecywał, że to miejsce rozsławi po całym świecie.

Restaurację prowadzi Piotr Skrzecz, brat właściciela. – Jesteśmy małą rodzinną firmą – mówi Piotr, z zawodu dziennikarz. – Zatrudniamy jednak siedem osób. Przez pierwsze kilka lat zdobywaliśmy doświadczenie. Wcześniej nie miałem nic wspólnego z gastronomią. Brat powtarzał mi jednak, że jeśli coś się robi dobrze i z sercem, to wcześniej czy później zostanie to docenione. Miał rację. Cztery razy odchudzaliśmy kartę dań, żeby to, co serwujemy, było zawsze świeże. Zostały najmocniejsze punkty: placek po kurpiowsku, zupa kurkowa w sezonie, a grzybowa poza sezonem, ryby z pieca, polędwiczki w sosie kurkowym i oczywiście pierogi. Nasi goście to docenili.

Florian, 98 km od Warszawy

– Wstaję o 5 rano, kładę się spać o 22–23, i tak bez przerwy, poza dniem Wszystkich Świętych, Bożym Narodzeniem i Wielkanocą, od 25 lat – mówi Magdalena Kowalska, właścicielka zajazdu Florian w Kaszewcu pod Różanem. Florian jest najstarszy z przydrożnych barów, istnieje od 1992 r. – Zaczynaliśmy od małej budki – wspomina właścicielka. – A później trzeba się było zdecydować – albo iść do przodu, albo się zwijać. 11 lat temu zbudowaliśmy nową siedzibę.

W menu Floriana królują pyzy, schabowy, żeberka, świeżonka, gulaszowa, flaki, żurek. Specjalnie dla kierowców ciężarówek z Litwy firma przygotowuje ozorki wołowe. – Częstuję gości tym, co sama lubię – mówi pani Magda. – Wszystkie potrawy sprawdzam sama. Z tego powodu niedawno skreśliłam golonkę. Nie mam czasu jej dopilnować, a golonka wymaga uwagi. Nie może piec się zbyt długo.

We Florianie stołują się kierowcy TIR-ów, turyści, okoliczni działkowicze, w niedzielę także mieszkańcy Różana i okolic przychodzą na rodzinny obiad. Porcje są posilne, jedzenie smaczne, a ceny przystępne.

Nowa Ostoja, 120 km od Warszawy

Droga na Ostrołękę kończy się, rzecz jasna, w Ostrołęce – przy rondzie im. Księcia Siemowita. Na prawo McDonald, na lewo Nowa Ostroja, pośrodku Circle K (dawny Statoil).

Nowa Ostoja powstała na miejscu starej. Ta stara zapisała się w dziejach tym, że 22 września 2002 r. został tu ustanowiony rekord Guinnessa w pieczeniu rejbaka (tradycyjna potrwa kurpiowska, rodzaj placka ziemniaczanego). Do jego zrobienia zużyto 600 kg ziemniaków, 210 kg różnych mięs oraz niewymienione ilości cebuli, jajek, mąki i przypraw. Później restauracja podupadła. Trzy lata temu kupili ją Bożena i Kazimierz Godzinowie z Myszyńca.

Pani Bożena zajmuje się gastronomią od 15 lat. – Jeśli coś robię, wkładam w to całe serce. Pierwsze weselne przyjęcie, mój debiut, zorganizowałam tak, jak sama bym chciała mieć zorganizowane własne wesele – wspomina pani Bożena. – Nie da się robić restauracji tylko dla pieniędzy.

W menu Nowej Ostoi znajdziemy tradycyjne potrawy kurpiowskie, w tym sławnego rejbaka, ale podstawą jest wykwintna kuchnia polska.

W niedzielę 15 października po południu Nowa Ostoja pękała w szwach. Wypełniony po brzegi był także położony po drugiej stronie ronda im. Księcia Siemowita McDonald. Tam przeważali rodzice z dziećmi i młodzież. W kolejce do McDrive’a dominowali z kolei wracający z Mazur warszawiacy.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie