Pszów: Kto widzi uśmiech Madonny?

Śpiew i klekot drewnianych pantofli oddalają się. Helenie jeszcze wwierca się w nozdrza pył, który przed chwilą wzbili pielgrzymi z czeskiego Beneszowa. Tak chciała dojść z nimi do Częstochowy! Niestety, jest niewidoma. Dlatego pielgrzymi zostawiają ją dziś w śląskiej wsi Pszów, "gdyż im się przykrzyła".

Jest majowy poranek przed 272 laty. Helenie chyba jest ciężko. Może czuje się odrzucona, jak uszkodzony, stary sprzęt? Ktoś prowadzi ją pod górkę do pszowskiego kościoła. Helenę ogarnia chłód grubych, kościelnych murów. Spowiada się, przyjmuje Komunię Świętą. I wtedy... zaczyna widzieć! Ze zdumieniem patrzy na wiszący przed nią obraz Matki Bożej. Pszowska Madonna jest podobna do Częstochowskiej. Ale - delikatnie się uśmiecha.

Komisja, która właśnie badała uzdrowienia w Pszowie, zapisała, że nad uzdrowieniem Heleny "cała się procesja z Częstochowy wracająca dziwuje".

Dzisiaj Pszów to senne miasteczko. Leży niedaleko Wodzisławia Śląskiego. Domy i sklepy przycupnęły na stoku wysokiego wzgórza. A z jego szczytu patrzą dwie jasnożółte wieże pszowskiej bazyliki. Widzą dolinę Odry pod Raciborzem i majaczące w oddali Beskidy.

- Jeszcze w 1900 roku za ołtarzem stał cały las drewnianych lasek i kul! - Bogusław Kołodziej z Towarzystwa Przyjaciół Pszowa oprowadza mnie po bazylice. - Kule były jednak zmurszałe, więc je wyrzucono. Chorzy masowo odzyskiwali tu zdrowie. Zostawiali więc kule na pamiątkę i wracali bez nich - mówi.

Mamuliczko, ja widzę!
A wszystko zaczęło się w 1722 roku w Częstochowie. Garść drobnych monet z brzękiem rozsypała się po stole. Sprzedawca sprawnie przeliczył: są 2 reńskie i kilka grajcarów. To pieniądze, które uzbierali pielgrzymi z Pszowa na prezent dla chorego proboszcza. Prezentem tym jest kopia jasnogórskiego obrazu. Pielgrzymi wzięli go na ramiona i ruszyli do domu.

- Po drodze zaskoczyły ich jednak straszne ulewy. Obraz zamókł - mówi ks. Jerzy Szymik, profesor KUL i poeta pochodzący z Pszowa. - Odnowił go malarz Sedlecki z Wodzisławia. Przemalował go tak, że z Czarnej Madonny zrobiła się jasna, a z poważnej uśmiechnięta - dodaje.

Obraz trafił na probostwo, a potem zawisł na filarze w kościele. I wtedy w Pszowie zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Dzisiaj jego mieszkańcy nie pamiętają o poruszeniu, jakie trzy wieki temu wywołała na Śląsku i w Czechach ich miejscowość. Dziesiątki tysięcy mieszkańców Moraw, śląskich Polaków i Niemców padało tu na kolana, spowiadało się i jednało z Bogiem. Ludzie odrzucali kule, prostowali się, odzyskiwali wzrok. To przyciągało kolejne tysiące przygniecionych nieszczęściami ludzi. Trzeba było zbudować większy kościół.

Zdumieni kościelni urzędnicy przysłali z kurii dwie komisje. Stawiło się przed nimi kilkudziesięciu ludzi i w swoich językach opowiedziało pod przysięgą o doznanych uzdrowieniach.

Rozyma Karas z Rydułtów powiedziała o swoim synku Krzysztofku, który nabił sobie guza pod okiem, ledwie skończył roczek. Mijały lata, a guz rósł razem z chłopcem. 11-letni Krzysztof z powodu guza całkiem przestał widzieć. Kiedy ojciec, Jan Karas, wyjechał na kilka dni, na osamotnioną Rozymę rzuciła się depresja. - We dnie i w nocy nad tym moim żebraczkiem płakałam. A tak strapiona padłam na kolana i zmówiłam za niego trzy razy Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo i ofiarowałam go ku obrazu Najświętszej Maryi Panny w Pszowie - zeznawała przed komisją. - Wczas rano poszłam doić krowy, za pół godziny wróciłam do izby, a tu widzę, że mój synek był wstał, że obleczony i siekierkę w ręce ma. A ja zdumiona zawołałam: "Synku, co robisz?". A on odpowiedział: "Mamuliczko, ja widzę! Ja narąbię szczap, bo ich nie mamy, a będziemy sobie świecić". Od tego czasu dobrze widzi.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Rozpocznij korzystanie