Szczęśliwy misjonarz

W moim wieku, a mam obecnie 80 lat, to wspaniała sprawa, że ciągle mam kontakt z ludźmi, zwłaszcza chorymi. Wszystko to pomaga mi duchowo w wędrówce życiowej. Niektórym mówię: John, patrz, ja również jestem w podobnej sytuacji. Jestem stary. Więc jeśli umrę przed Tobą, będę o Tobie pamiętał. Ale jeśli Ty pierwszy odejdziesz, pamiętaj o mnie. To będzie coś w rodzaju kontraktu między nami.

Od kiedy Ojciec pracuje w Zambii?

Przybyłem tu w 1955 roku Zambia był jeszcze wtedy kolonią Brytyjską. Od samego początku mojej pracy byłem misjonarzem w buszu - albo byłem wikariuszem, albo proboszczem. Zaliczam się do raczej szczęśliwych misjonarzy, bo zaliczyłem tylko trzy misje w mojej misyjnej pracy. Było to spowodowane także znajomością języka lokalnego.

W drugiej misji, do której zostałem skierowany, pracowałem 28 lat. Była to wówczas nowa misja, w której praktycznie nic nie było. Mieszkałem w małym domku należącym do władz gminnych, mieliśmy maleńką kapliczkę krytą trawą i garstkę katolików. Ale powoli wszystko się rozwijało.

Rozpocząłem pracę z katechumenami, odwiedzałem stacje misyjne, których było około 20-25. Tak było aż do dnia, kiedy przekazaliśmy parafie rodzimym księżom. Wtedy też prowincjał zapytał mnie, co chciałbym dalej robić, jaką mam wizję dalszej misyjnej działalności. Odpowiedziałem, że chciałbym pracować w szpitalu.

W 1994 zostałem skierowany do pracy w szpitalu w Kasamie. Kiedy przyszedłem, jedna z Sióstr Białych zasugerowała, bym umieścił na ścianie szpitala skrzynkę, do której ludzie mogliby wrzucać karteczki z nazwiskami tych, którzy chcą, by ich odwiedził kapłan. Tę ideę uznałem za bardzo dobrą. Ale zastanawiałem sie, co na tej skrzynce napisać.

Napisałem na niej dwie literki: R C – co oznaczało: Roman Catholics (Rzymscy Katolicy – tak określa się katolików w Zambii). Niestety, następnego dnia litery były zamazane. Nie była to więc dobra idea. Zmieniłem więc określenie mojej skrzynki i napisałem „Kaplica”. Niestety, następnego dnia sytuacja się powtórzyła – napis został zamazany. Ale Duch święty przyszedł z pomocą. Za trzecim razem wypisałem na mojej skrzynce część przysłowia w języku Bemba, zakończoną trzema kropkami ... aby zakończenie każdy mógł sobie dopowiedzieć.

A przysłowie, w tłumaczeniu, jest następujące: Lekarstwa uzdrawiają..., z Bożą pomocą. Czyli: nie zapominajmy, że źródłem zdrowia jest Bóg. To przysłowie pozostało na mojej skrzynce do dzisiaj, może trochę wyblakło, ale ciągle je można przeczytać, a minęło 14 lat od tamtej chwili.

Jak wygląda Twoja praca, jako kapelana szpitalnego?

Do szpitala przychodzę każdego dnia, z wyjątkiem jednego dnia w tygodniu, który jest moim dniem odpoczynku. Wcześniej przebywałem w szpitalu cały dzień. Dzisiaj, ze względu na mój wiek, przebywam tu przez pół dnia, od ok. 9.30 do 13.00. Lubię tę pracę coraz bardziej z dnia na dzień. Lubię kontakt z ludźmi.

Chorzy ludzie są właściwie usposobieni do słuchania słowa Bożego. Tutaj w Kasamie, w miejscy, gdzie większością są katolicy, nie miałem nigdy kłopotu z wyznawcami innych religii. Tutaj każdy szuka zbliżenia się do Boga. To, co staram się im przekazać, to modlitwa, sakramenty święte, jak Komunia i namaszczenie chorych. Lubię też ich rozweselać – to jest mój charyzmat.

Nieraz cały oddział się śmieje, lub nawet tańczy. Oni sami powtarzają, że radość i humor to najlepsze lekarstwo. Przechodząc przez różne oddziały pozdrawiamy się nawzajem. Staram się dodawać im otuchy. Często powtarzam, im przysłowie, które wspomniałem wcześniej. Czasami muszę im wyjaśniać ich własne przysłowia, które są mądrością. Czasami ludzie sami proszą, by opowiadać im jakieś śmieszne historie. Tak między innymi wygląda moja praca.

Dzięki moim przyjaciołom, udało mi się zbudować małą aptekę, w której chorzy znajdują potrzebne lekarstwa. Udaje się sprowadzić nie tylko lekarstwa, ale także najpotrzebniejsze instrumenty do operacji.
Przed ta małą apteką codziennie rano czeka około 10-15 osób by im pomóc. Czekaja nie tylko na lekarstwa, ale i na dobrą radę, na pomoc finansową związaną zwłaszcza z edukacją ich dzieci, z prośbą o pieniądze na bilet do Lusaki, czy gdzie indziej, niektórzy przychodzący czekają tu na spowiedź.

W moim wieku, a mam obecnie 80 lat, jest to wspaniała sprawa, że ciągle mam kontakt z ludźmi, zwłaszcza chorymi. Wszystko to pomaga mi duchowo w mojej wędrówce życiowej. Specjalnie, gdy przygotowuję ludzi do przyjęcia sakramentu namaszczenia.

Niektórym mówię: John, patrz, ja również jestem w podobnej sytuacji. Jestem stary. Zróbmy pewne porozumienie: jeśli umrę przed Tobą, będę o Tobie pamiętał. Ale jeśli Ty pierwszy odejdziesz, pamiętaj o mnie. Niech to będzie coś w rodzaju kontraktu między nami.

Co ci daje bycie misjonarzem?

A co czyni cię szczęśliwym? Mnie to, że budząc się rano mogę żyć dla innych. Podkreślam, że jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, bo mogę coś robić dla innych. Kiedy przekazuję chorym sakramenty, modlę się mówiąc: Panie daj mi właściwe słowa, którymi będę się dzielił z innymi, daj mi właściwe odruchy, obdarz współczuciem.

Tu trzeba przyjść z intencją miłowania i współczucia. Staram się wzbudzić u ludzi wiarę – pamiętamy słowa Chrystusa: „Idź, twoja wiara cię uzdrowiła”. A czasem wystarczy zatańczyć, a cały oddział w szpitalu cieszy się i chorzy zapominają o chorobie.

rozmawiał Adam Cytrynowski MAfr

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie