"Dziecię nam się narodziło"

Od redakcji: Brat Jacek Rakowski należy do zgromadzenia Ojców Białych. Od kilku lat jego praca misyjna skupia się na niesieniu pomocy dzieciom ulicy w Zambii. Pracuje przy Domu Nadziei w stolicy kraju - Lusace.

Jest środa. Obudziłem się wcześnie rano, krótko po czwartej. Poniedziałek i wtorek były w Zambii dniami wolnymi od pracy, dzieci nie poszły do szkoły, więc trzeba się nimi było zająć w ośrodku, zorganizować w jakiś kreatywny sposób nadmiar wolnego czasu, więc o odpoczynku nie było mowy.

Leżę w łóżku próbując zmusić się do spania ale sen nie chce już przyjść. Wyłażę spod moich kocy i śpiwora, by włączyć farelkę. Czekając aż pokój się trochę nagrzeje, wciąż w horyzontalnej pozycji, chwytam mój różaniec i modlę się po cichu w ciemności.

Jedna myśl wciąż przeplata się pomiędzy zdrowaśkami kierując moje westchnienia w stronę naszych bezdomnych przyjaciół z ulicy. Wiem, że nie jest im łatwo w tych dniach, bo lipiec to najzimniejszy miesiąc zambijskiego roku. Przeziębienia, grypa i poparzenia powodują, że i tak niełatwe życie bezdomnych staje się jeszcze trudniejszym do zniesienia.

Ostatecznie decyduję się pojechać „na ulicę”. Uzupełniam jeszcze moją „polową apteczkę” i po kilku łykach gorącej kawy jestem już w drodze do Soweto Market. Dzień powoli się budzi, ciężkie chmury całkowicie przesłaniają wstające słońce. Przy ognisku spotykam małą grupkę tych, których przeszywające zimno już wypędziło spod worków i gazet pod którymi skuleni spali w pobliskich, opuszczonych w nocy straganach.

Zwykłe pozdrowienia i wymiana ostatnich wiadomości. Szybko rozglądam się dookoła w poszukiwaniu „nowych” dzieciaków i z cichą radością odkrywam, że jestem w otoczeniu tylko „starych znajomych”. Zimno lipca znacznie redukuje liczbę nowo przybyłych adeptów bezdomności. We wrześniu, gdy temperatury wzrosną, sytuacja się odmieni.

Rozkładam swój „stragan pierwszej pomocy” i niezwłocznie za moimi plecami ustawia się całkiem spora kolejka potrzebujących. Kilka przecięć i poparzeń, które trzeba przemyć i opatrzyć. Bóle głowy, gorączka, katar i ból gardła, co do których nigdy nie wiadomo na ile są objawami grypy, a na ile zwykłym rezultatem wdychania oparów benzyny, którą bezdomni w Lusace się odurzają. Niemniej jednak tabletki, które rozdaję, przynoszą nieco ulgi moim „pacjentom”.

Kontem oka dostrzegam stojącą na uboczu, z przystawiona do nosa butelką Bridget. Znamy się już od długiego czasu. Ma około siedemnastu lat i jest jedną z nielicznych dziewcząt „mieszkających” na ulicy. Mam ją „na oku” od jakiegoś czasu, bo Bridget spodziewa się dzidziusia. Kilka razy już starałem się przekonać ją, by poszła ze mną do Opieki Społecznej i w którymś z ośrodków „przeczekała” aż dziecko się urodzi. Niestety nigdy nie chciała się zgodzić. Raz nawet została zabrana „z ulicy” na siłę, ale po tygodniu wróciła na stare śmieci.

Dzisiaj sama podchodzi do mnie, w milczeniu patrzy na mnie swymi obłąkanymi oczami. Pytam: „Jedziemy?” i ku mojemu małemu zdziwieniu w odpowiedzi kiwa potakująco głową. Szybko uwijam się z pozostałymi opatrunkami i już maszerujemy razem w kierunku pozostawionego na pobliskim parkingu samochodu.

Najpierw jedziemy do Domu Nadziei, by Bridget mogła się wykąpać i zjeść śniadanie zanim odwiozę ją do Opieki Społecznej. Mamy trochę czasu, myślę, bo biura otwierają około 9:00, a jest dopiero 7:30. Zostawiam dziewczynę pod opieką naszej „babci” – Margaret, a sam idę do siebie pod prysznic.

Krótko po tym jak kończę moje małe poranne przyjemności, pukanie do drzwi przerywa moje śniadanie. „Ba Mbuje (w języku bemba: Babcia) woła cię do ośrodka” oznajmia mi mały Patrick. Chwytam mój polar i idę do naszego małego biura w Domu Nadziei, a tam Margaret w podnieceniu mówi mi: „Zaczęło się, musimy jechać do szpitala”; „Co się zaczęło?” pytam. „Dziecko jest w drodze i wody odeszły”.

Szybko pakujemy poduszki i koce na tył mojego pick-upa, a na nich kładziemy młodą mamę. Z włączonymi światłami i klaksonem, szybko przeciskamy się pomiędzy utkwionymi w porannym korku samochodami. Po 15 minutach docieramy do szpitala, a ja dziękuję Bogu za to, że mieszkamy w mieście.

Po wstępnym badaniu lekarz mówi nam, że mamy jeszcze kilka godzin zanim dziecko się urodzi. Wręcza mi listę potrzebnych rzeczy: strzykawki, skalpel, pieluszki, koc, śpioszki, itp. Margaret zostaje z dziewczyną na porodówce, a ja udaję się na zakupy.

Po 40 godzinach z radością witamy na oddziale Bridget i jej synka! Pacjentki, z którymi już zdążyliśmy się zaprzyjaźnić zgodnie oznajmiają, że na imię będzie miał Isaac, a mnie obdarowują dumnym tytułem: „Ba shi Isaac”, co w języku Bemba znaczy tyle co: „Ojciec Isaaka”.

Wszyscy się śmiejemy i z radością patrzymy na szczęśliwą twarz dziewczyny z miłością zapatrzoną w miniaturową, różowawą postać zawiniętą w pieluszki i koce. Wśród całej tej radości i podniecenia modlę się w sercu, by instynkt macierzyński Bridget okazał się silniejszy niż jej uzależnienie od ulicy.

Gdy teraz na nią patrzę, gdy siedzi na szpitalnym łóżku z „przyssanym” do jej piersi niewinnym człowieczkiem, nawet mnie ciężko jest uwierzyć, że niespełna dwa dniu temu siedziała na Soweto z przystawioną do nosa butelką, wdychając opary benzyny.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Rozpocznij korzystanie