Z księgą w ręku

Klasztor benedyktyński w Lubiniu - położony na wzgórzu kompleks otaczają lasy i pola. Cisza dzwoni w uszach.

Po różnych i burzliwych przygodach duchowych, za radą przyjaciół, w lutym 1980 r. odwiedziłem klasztor Benedyktynów w Lubiniu. Zwyczaj klasztorny pozwala odpracować koszty pobytu - więc na moje oświadczenie, że jestem bibliotekarzem - ojcowie się ucieszyli. Trwał akurat remont i trzeba było natychmiast przenieść całą bibliotekę do drugiego budynku. Przez około dziesięć dni wykonywałem tę pracę, poznając też codzienne życie klasztoru, uczestnicząc we wszystkich modlitwach. Odkrywając, że ułożona 1500 lat temu Reguła idealnie wyznacza rytm życia, pracy i modlitwy.

Położony na wzgórzu klasztor otaczają lasy i pola. Cisza dzwoni w uszach. Wieczorem w dużym, mrocznym kościele, kiedy w ławkach naprzeciw siebie mnisi śpiewali Psalmy - można zanurzyć się w pełnym skupienia modlitewnym nastroju, z dala od zgiełku świata i jego spraw.

Módl się
Po zakończeniu wieczornej modlitwy jeden z zakonników wyciągnął stary zeszyt, by odczytać wspominki: - Dziś przypada rocznica śmierci brata Teodora, który zmarł w naszym klasztorze w roku 1347, oraz rocznica śmierci ojca Jana, który zmarł w roku 1582... Klasztor został założony w czasach Bolesława Śmiałego. Każdą śmierć zakonnika odnotowano, by w rocznicę śmierci się zań pomodlić. A to, że od daty śmierci minęło kilkaset lat? Bardzo mnie poruszył ów zwyczaj, owo poczucie ciągłości czasu. Czasu znaczonego żywotami cichej pracy i modlitwy. Gdyż powiada Reguła benedyktyńska: „Módl się i pracuj, i nie bądź smutny”. A w tamtych czasach, kiedy zakładano klasztor - miejsca nie wybierano przypadkowo. Często był ten wybór poświadczony cudem, znakiem niezwykłym.

Klucze do biblioteki
Pracę przy przenoszeniu książek zakończyłem po tygodniu, zabrałem się za katalog. Zbliżał się czas mego wyjazdu, po południu rozmawiałem o tym z bratem Tadeuszem w ogrodowej altanie. W pewnym momencie dał mi pęk kluczy ze słowami: „Ja bym chętnie bratu tę bibliotekę przekazał...”. Nie wypadało negować gestu starego człowieka, z którym zdążyłem się już zaprzyjaźnić. Obaj poszliśmy na wieczorną modlitwę.

Następnego dnia rano brat Tadeusz nie pojawił się na śniadaniu. Ktoś pobiegł do jego celi i wrócił z wiadomością, że nie żyje. Chorował na serce i cukrzycę, choć mimo okupacyjnych przeżyć i osiemdziesiątki na karku trzymał się krzepko. Ta wiadomość była dla mnie jak grom z jasnego nieba. Trzymałem w ręku klucze od biblioteki, które otrzymałem poprzedniego dnia, a teraz dowiadywałem się, że brat Tadeusz zmarł na serce, idąc na poranną modlitwę.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie