Nie z tej planety

Gdy jedzie do syna, cieszy się nie tylko z widoku uroczej wnuczki, ale i z tego, że zostanie poczęstowana smacznym obiadem. – Mówię o tym tylko dlatego, że tak bardzo ksiądz nalega – zastrzega. – Droga, którą zaproponował nam św. Franciszek, pozwala mi ze spokojem cieszyć się tym, co w oczach świata jest nędzą, ale dla mnie okazuje się łaską.

Genowefa jest utrapieniem całej kamienicy. Stara kobieta pełna goryczy i pretensji zatruwa życie sąsiadom, bo za głośno słuchają muzyki, bo dzieci biegają i krzyczą, bo o północy ktoś śmiał przejść klatką schodową. Znają ją doskonale strażnicy miejscy i policjanci. Jej głos rozpoznają w słuchawce natychmiast. I wiedzą, czego się spodziewać po skrzekliwym pytaniu: „Policja?”.

Kiedyś córka jednej z sąsiadek musiała napisać o czasach stalinowskich. Gdyby nie sytuacja podbramkowa gimnazjalistki, nikt by się nie dowiedział o historii zrzędliwej kobiety. – Zwlekałam z odrobieniem zadania do ostatniej chwili, bo przecież wciąż było sporo czasu – opowiada Anka. – Gdy przyszła krytyczna godzina, pani Genowefa była ostatnią deską ratunku… a właściwie brzytwą – uśmiecha się i spokojnie opowiada o swoich odkryciach.

Na krawędzi życia i śmierci

Młoda Genowefa była sprzątaczką. Pracowała w komendzie wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej. Tam została naznaczona złem. – Widziała ludzi, którzy byli traktowani jak śmieci. Widziała rozpacz w ich oczach i łzy bezsilności. Widziała wreszcie strach ofiar i pogardę oprawców – mówi dziewczyna. – Nie wytrzymała i po dwóch latach pracy uciekła do fabryki. Tylko że nie potrafiła zapomnieć o tym wszystkim. Reszta życia to tylko rozwinięcie wątku lat 50. ub. wieku. Byłoby pewnie inaczej, gdyby wyszła za mąż. Gdyby urodziła dzieci. Gdyby dzisiaj mogła spokojnie żyć – snuje przypuszczenia.

W tym samym mieście kilka przecznic dalej mieszka inna kobieta. Alicja. 11 lat temu otarła się o śmierć. Inaczej niż Genowefa. Rozległy wylew krwi do mózgu sparaliżował całą prawą stronę jej ciała i odebrał mowę. Bezsilna i przerażona przyszłością, ze wzruszeniem dawała się pielęgnować swojemu synowi. Ten nie tylko stanął na wysokości zadania, ale podtrzymywał w matce wolę życia. Co z tego, skoro nie było wiadomo, po co żyć dalej… Komu jest potrzebna niemłoda już, schorowana kobieta? Jak czekać na kolejny dzień życia, skoro ten przyniesie to samo, co poprzednie: zagubienie, słabość i poczucie bezsensu? Kryzys w małżeństwie dopełniał czarę goryczy. Nieobecny od lat mąż sparaliżowaną żonę zostawił na pastwę losu… czy raczej na łaskę syna. Wtedy w sercu bezbrzeżnie napełnionym rezygnacją pojawił się niemy krzyk: Jezu, ja już tego nie wytrzymam!

W ciszy, jaka zapadła po tej kapitulacji (a może zawierzeniu?), doświadczyła dziwnego pokoju. Nie wiedziała, co z nim począć, i nie przeczuwała, do czego prowadzi. Zresztą czy to nie wszystko jedno? Przecież gorzej być już nie mogło.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie