Poza kontekstem

Kontekst to pewna przestrzeń, w której istnienie danego punktu ma swoje uzasadnienie w odniesieniu do tej konkretnej przestrzeni – kontekstu. Przestrzeń ta składa się z odniesień punktów względem siebie. Należymy do niej, choć nie zawsze jesteśmy w tej przestrzeni osadzeni. Kiedy znajdujemy się poza swoją przestrzenią, jesteśmy "en dehors du contexte".

Anon, to sudden silence won,
   In fancy they pursue
The dream-child moving through a land
   Of wonders wild and new,
In friendly chat with bird or beast –
   And half believe it true.

Lewis Carroll, Alice’s Adventures in Wonderland

  

Leciałam samolotem 10 km nad ziemią z prędkością ok. 800 km na godzinę. Miałam wrażenie, że samolot leniwie przetacza się nad makietą miasteczek, lasów i pól poprzecinanych gdzieniegdzie szarymi nitkami dróg, po których posuwają się resoraki, podobne do tych zbieranych przeze mnie w szkole podstawowej. Po pewnym czasie zobaczyłam chmury szczelnie zakrywające ziemię, jakby broniły krajobrazu miasteczek, lasów i pól innego już kraju. Niedługo przed lądowaniem pokazała się Tamiza wijąca się w nieskończoną ziemską przestrzeń. Widok rzeki, od której odbijało się zachodzące słońce, zrobił na mnie tak ogromne wrażenie, że panorama Londynu umknęła zupełnie mojej uwadze.

Lecąc samolotem 10 km nad ziemią z prędkością ok. 800 km na godzinę, byłam fueri contesto. To była inna perspektywa spojrzenia na znany mi świat, bezpieczny i zdecydowanie większy ode mnie, wydający się teraz śmieszną, zminiaturyzowaną sceną, gdzie mieszkają ludzie, o których istnieniu kompletnie nie mam pojęcia, w domach wielkości co najwyżej pudełka od zapałek, wyglądających w nocy jak groby na cmentarzu na początku listopada. Byłam poza swoją przestrzenią, naturalną dla każdego człowieka – poza ziemią.

Patrząc przez małe okienko samolotu, myślałam o prof. Ransomie, bardzo brutalnie wyrwanym ze swojej przestrzeni przez Westona. Porwany Ransom nie wiedział jakim pojazdem się porusza, ani dokąd ten pojazd zmierza – widział za to przez okno „wspaniały i jednocześnie złowrogi księżyc”[1]. Po chwili zdał sobie sprawę, że to nie może być księżyc, ponieważ jest za duży i nie wygląda jak „znajoma, stara ‘twarz’, spoglądająca od wieków na wszystkie pokolenia ludzi”, a także dlatego, że noc była bezksiężycowa. Na rozpaczliwe stwierdzenie Ransoma, że to nie może być jednak księżyc, Weston odparł: „To Ziemia”. To jest najbardziej dramatyczny fragment całej książki – Ransom zobaczył swoją przestrzeń z innej, bo odległej perspektywy –  on widział Ziemię (ja zaledwie spoglądałam na ziemię) i na ten widok nie był przygotowany (ja o mojej podróży wiedziałam już miesiąc wcześniej). Obserwując przez okienko samolotu cień rzucany przez chmury na rozległe łąki, myślałam o wstrząsie, który przeżył prof. Ransom, kiedy zdał sobie sprawę z bycia poza swoim kontekstem. Tragizm jego położenia wzmacniał fakt spoglądania na swoją przestrzeń, coraz bardziej się oddalającą, ze świadomością niemożności powrotu do niej, przynajmniej w najbliższym czasie.

Bycie вне контекста nie oznacza tylko oddalenia od ziemi (Ziemi) o kilkanaście bądź kilkaset kilometrów, choć niezaprzeczalnie sytuacja unoszenia się ponad chmurami stawia człowieka ausser Kontext. Kontekst to także uwarunkowania kulturowe.

W samolocie poznałam nauczycielkę polskiego, która porzuciwszy pracę w Polsce, od ośmiu miesięcy opiekowała się starszymi osobami w Anglii. Znalazła się poza kontekstem - w obcym kraju pełnym dziwnych ludzi, z daleka od uczniów, którym opowiadała niegdyś o Stepach Akermańskich. Mówiła o tym, że przez te osiem miesięcy była już cztery razy w Polsce, że śledzi przez Internet wydarzenia rozgrywające się w Polsce, że nawiązuje kontakty z Polakami w swoim angielskim mieście, że chce społecznie uczyć języka polskiego dzieci polskich emigrantów. Jej głos brzmiał jak pełna tęsknoty melodia nad basso ostinato silników samolotu.

Jak często nasza współczesna kultura wymaga wyrywania z kontekstu! Podczas pobytu w Anglii udałam się do sławnego i ogromnego zarazem The British Museum. W jednej z gablot, w sali poświęconej starożytnemu Egiptowi, leżał na boku skulony szkielet obciągnięty ciemną skórą, liczący sobie kilka tysięcy lat. Zmarły człowiek (cóż z tego, że dawno) znalazł się poza przestrzenią, do której powinien teraz należeć – czyli do grobu, ognia bądź ziemi. Tymczasem stał się jednym z wielu eksponatów muzealnych. Z takim samym kulturalnym barbarzyństwem mamy do czynienia również w muzyce! Bo jak inaczej nazwać sytuację wykonywania podczas koncertów utworów, przynależących do modlitwy, będących nierozerwalnie (czy jednak na pewno?) związanych z Mszą św.? Wsłuchiwałam się kiedyś w niezwykłą Mszę h-moll, zwaną Wielką, Jana Sebastiana Bacha w Filharmonii Śląskiej. Słyszałam melodię rozpaczliwie próbującą się przebić przez sklepienie sali koncertowej do Adresata przejmującego Kyrie. Dla spragnionych nowych wrażeń muzycznych słuchaczy Msza h-moll okazała się monumentalnym utworem, okaleczonym jednak przez wyrwanie ze swego modlitewnego i kościelnego kontekstu.

Odwiedzając kolejne miejsca w Anglii, dochodziłam stopniowo do wniosku, że bycie out of context tworzy zarazem pewien kontekst – jakąś przestrzeń będącą hybrydą, która niejednokrotnie zaszokowała w ciągu jednego tygodnia turystkę z Europy Środkowo-Wschodniej. Rozmyślałam o tym, spoglądając przez małe okienko samolotu na przesuwające się chmury kłębiaste wyobrażające pędzącego na ogromnym koniu wojownika, wymachującego groźnie włócznią.



[1] C. S. Lewis, Z milczącej planety. Trylogia międzyplanetarna, t. I, Kraków 1989, s. 21.

 

«« | « | 1 | » | »»

TAGI| KULTURA, ZJAWISKA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie