Same na Białołęce

Szyją torby, robią biżuterię i serca z polaru. Kobiety, zamieszkujące były ośrodek MONARU próbują zaradzić swojej biedzie. Od dwóch lat nie wystarcza im nawet na żywność.

Od ruchliwej Modlińskiej prawie dwa kilometry idzie się przez las. Na jego skraju, nieopodal ul. Skieredowskiej 2, stoi dom. Bez ogrodzenia, z błotnistym dojazdem, położony praktycznie w lesie. Kiedyś w murowanych barakach mieścił się ośrodek MONARU, ale podopieczni stowarzyszenia już dawno się stąd wyprowadzili. Garstka kobiet została. Dziewczyny same przystosowały budynek do potrzeb samotnych matek. Choć zawsze było trudno: w domu brakowało okien, wody, obiady gotowane były na cegłach, a przez rok z powodu zadłużenia nie było prądu, sytuacja mieszkających tu kobiet od dwóch lat jeszcze się pogarsza.

– Brakuje praktycznie wszystkiego, najbardziej jedzenia. Dostajemy suchy prowiant na przykład z Banku Żywności, a dwa razy w tygodniu przyjeżdżają bułki, ale to za mało – wyjaśnia Sylwia Wasiołek, była kierowniczka MONARU, która pięć lat temu założyła Stowarzyszenie „Wspólnymi Siłami”, by wspomóc matki. W domu, pełniącym funkcję Domu Samotnej Matki, mieszka około 60 osób, w tym 35 dzieci w różnym wieku – niektóre są jeszcze pod sercem mam, inne doczekały się tu pełnoletności. Trafiają tu, bo nie mają gdzie pójść. – Jedna z dziewczyn, którą trzy lata temu przygarnęłam, mieszkała w lesie pod namiotem. Z dwójką maluchów. Wandę z córeczką ulokowałam w jadalni. Trzy dni szukała pomocy. Później zdradziła mi, że gdybym jej nie przyjęła, gotowa była wrzucić córkę pod pociąg, a później sama skoczyć. Z rozpaczy. Nasz dom jest dla wielu ostatnią deską ratunku – tłumaczy Wasiołek.

Kobiety mieszkają po kilka tygodni, miesięcy albo nawet lat. W zależności od sytuacji. Większość z nich nie ma możliwości podjęcia pracy. Ale zdarzają się wyjątki. Dwa razy w tygodniu, popołudniami, na daleką Białołękę społecznie przyjeżdża krawcowa. Na stołówce rozkłada się podarowane maszyny. Trzy osoby – dwie po szkole krawieckiej, jedna samouk – poznają nowe techniki, materiały. – Z dobrym fachem można pójść na swoje – wyjaśnia Wasiołek. Dziewczyny o tym wiedzą, dlatego pilnie odrabiają zadane przez krawcową prace.

Zanim staną na nogi, trudny czas muszą jakoś przetrwać. Kierowniczka Stowarzyszenia robi, co może, by zdobyć potrzebne środki na utrzymanie – w ramach swojej organizacji, bo dom w zasadzie jest niczyją własnością. Pierwsze pomysły nie były zbyt udane – z wyrobu zniczy, wieńcy czy szopek bożonarodzeniowych dziewczyny szybko zrezygnowały. Nie było pieniędzy na zainwestowanie. Maszyna do cięcia sklejki, z której robiły aniołki, popsuła się. Zostały walentynkowe poduszki z polaru, kartki z Ojcem Świętym, torby i biżuteria.

– W ubiegłą niedzielę pod kościołem u dominikanów sprzedawałyśmy nasze wyroby. Większość osób dawała ofiarę. Ludzie kupowali też biżuterię – cieszy się jedna z mieszkanek. Matki sprzedają ją także w zakładach pracy, a ostatnio starają się o stałe miejsce na Starówce. W przyszłości marzy im się sklep internetowy.

Produkcja koralików, bransoletek czy kolczyków odbywa się w świetlicy. Pomaga, kto może. Nastolatki nawlekają na żyłkę – według własnej inwencji, a starsze dorabiają zapięcia. Każdy przedmiot ma indywidualny rys. Dochód ze sprzedaży starcza tylko na żywność. Potrzeby są większe. Oprócz niezapłaconych rachunków, brakujących pampersów, środków czystości czy jedzenia, nie ma także fachowej pomocy psychologicznej i terapeutycznej. Bo każda z kobiet ma własną historię, z którą dalej próbuje układać sobie życie.

W skali roku dom opuszcza około 25–40 proc. osób. Dla sporej części bagaż, z którym poszły w świat, okazuje się jednak zbyt ciężki. Wtedy wracają…

Stowarzyszenie „Wspólnymi Siłami” ul. Skieredowska 2, Warszawa; tel. (22)-499-44-76,
Konto: ALIOR Bank Spółka Akcyjna, nr konta: 02 2490 0005 0000 4600 8328 6239

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • k.
    13.12.2012 10:10
    Dlaczego "większość z tych Pań nie ma możliwości podjęcia pracy"? Nie rozumiem - nie mogą znaleźć? Jedna zostaje w domu z dziećmi, a reszta pracuje - nie można tak?
  • Marek
    18.09.2014 11:53
    Ostatnio im się na pewno dobrze powodzi.
    Zaoferowałem do przekazanie kilkadziesiąt sztuk co prawda używanej ale wypranej markowej odzieży dziewczęcej, pod warunkiem samodzielnego odbioru z odległości 5 km (z powodów osobistych nie mogłem sam dostarczyć),to nie byli tym zainteresowani.
  • Ania
    13.11.2014 20:26
    Jeśli chodzi o ubrania to ja też pomyślałam w pierwszej chwili jak Pan. Ale po zastanowieniu się. Ubrania to jedyna rzecz, którą wyrzucam, zasadniczo nie można ich sprzedać jak w ciuchlandzie są i to markowe za złotówkę. Ośrodki pomocy dostają prawdopodobnie bardzo dużo ubrań, więc na ubraniach im nie zależy. Jak ktoś oddaje to zazwyczaj nie są tez ubrania z najnowszych albo chociaż z zeszłorocznych kolekcji (nie mam tu na myśli kolekcji wielkich projektantów, tylko kolekcji pospolitych sieciówek.)
  • Monika
    28.01.2015 21:30
    Ludzie sorry ale byłam z dziećmi na podobnym ośrodku jakieś 13 lat temu i nie było wesoło ,czemu bo nie ma czegoś takiego jak pomoc bliźniemu w takich domach .Rok czasu mieszkałam i dzięki bogu odbiłam się zmieniłam miasto znalazłam prace i jestem szczęśliwa że wyszłam z tego bagna .Bagno to wielce nominowany dyrektor ośrodka z żoną i synem ,nigdzie nie pracowali od nas ściągali kasę i nie daj bóg jak się poskarżyłeś w opiece społeczne,z miejsca wylotka była.Tak mogła bym rozprawiać wiele ,ale to trzeba przeżyć aby można wyciągnąć wnioski .Moje są negatywne i nie dam nic na taki ośrodek bo wiem ze i tak najlepsze rzeczy przechwycą osoby przy korycie ,wiem bo też brałam w tym udział
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie