Był żywą relikwią

Przypuszczalnie nigdy by się nie spotkali. Jeden był żołnierzem, drugi złożył śluby zakonne. Pewnego dnia Rajmund i Franciszek jeden jedyny raz spojrzeli sobie w oczy. Dla tego pierwszego to były ostatnie minuty życia.

Tablica pod pomnikiem upamiętnia scenę dziesiątkowania więźniów. Wyrwa oznacza miejsce, które zajął św. o. Maksymilian Kolbe.   ks. Rafał Kowalski/ GN Tablica pod pomnikiem upamiętnia scenę dziesiątkowania więźniów. Wyrwa oznacza miejsce, które zajął św. o. Maksymilian Kolbe. Scena jak z filmu o II wojnie światowej. Najpierw ucieczka z obozu koncentracyjnego, później apel i wytypowanie tych, którzy mają zostać zgładzeni, ponosząc karę za uciekinierów. Co dziesiąty występuje z szeregu. Kiedy przychodzi kolej na Franciszka, ten, przerażony, potrafi jedynie wyjąkać, że ma żonę i dzieci. Rajmund występuje z szeregu. Zgłasza się na ochotnika. Chce oddać życie za współwięźnia.

Tym razem to jednak nie był film, a główni bohaterowie nie byli zawodowymi aktorami. Franciszek Gajowniczek i Rajmund Kolbe, który od momentu wstąpienia do franciszkanów konwentualnych nosił imiona Maksymilian Maria, 29 lipca 1941 r. widzieli się po raz ostatni. Po apelu o. Maksymilian trafił do bunkra głodowego, gdzie 14 sierpnia zmarł, dobity przez esesmana zastrzykiem fenolu. Jego ciało zostało spalone w obozowym krematorium. Franciszek Gajowniczek został przeniesiony do obozu w Sachsenhausen, gdzie doczekał się wyzwolenia przez Amerykanów. Po wojnie wrócił do domu. Swoich dwóch synów już nie spotkał. Zginęli podczas bombardowania Rawy  Mazowieckiej podczas sowieckiej ofensywy. Razem z żoną zamieszkał w Brzegu nad Odrą.

Ani słowa o Maksymilianie

– Pierwszy raz spotkałem się z panem Gajowniczkiem, kiedy zostałem skierowany do pracy duszpasterskiej w parafii pw. Podwyższenia Krzyża Świętego – wspomina ks. prałat Bolesław Robaczek, aktualnie proboszcz tej najstarszej brzeskiej wspólnoty parafialnej. – Moim głównym zadaniem była opieka nad klerykami powołanymi do wojska i skierowanymi do jednostki znajdującej się w naszym mieście. Zwraca uwagę, że był to czas, kiedy coraz głośniej mówiło się o heroizmie o. Maksymiliana Kolbego. Kandydaci na kapłanów,którzy przybywali na Dolny Śląsk z całej Polski, koniecznie chcieli poznać człowieka, za którego franciszkanin oddał życie. Ksiądz Robaczek zorganizował spotkanie, na które zaprosił pana Franciszka. Ten z pasją opowiadał o wszystkim: o wojnie, o warunkach panujących w obozie, o życiu w niewoli, traktowaniu jeńców przez hitlerowców, jednak dało się wyczuć, że unika tematu męczeńskiej śmierci o. Maksymiliana. Klerycy nie dawali za wygraną. Nalegali, by mówił o zakonniku. Nie dał się przekonać. – Dopiero później dowiedziałem się, że ówczesne władze zakazały mu rozgłaszania tego, co dokonało się w Auschwitz. On się po prostu bał. Głośno zaczął mówić na ten temat dopiero, gdy o. Kolbe został wyniesiony na ołtarze – zaznacza proboszcz z Brzegu.

Ciekawe jest także to, że F. Gajowniczek niewiele potrafił powiedzieć o samym apelu, w czasie którego został skazany na śmierć. Mówił zawsze o ucieczce, odliczaniu do dziesięciu i podkreślał, że był w szoku i nie pamięta dokładnie tych dramatycznych chwil; po wojnie dały o nich świadectwo inne osoby. – Bezsprzecznie jednak w czasie tego apelu dokonał się pierwszy cud – uważa ks. Robaczek. – Przecież mogli zginąć razem. Dla Niemców nie było żadnego problemu, by zabić zarówno pana Franciszka, jak i o. Maksymiliana. Tymczasem – jak wspominał F. Gajowniczek – jeden z żołnierzy wepchnął go z powrotem do szeregu. Zrobił to na tyle mocno, że więzień upadł. Nie widział ani twarzy zakonnika, ani nawet nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, co się wydarzyło. Współwięźniowie pomogli mu wstać i przejść do baraku.

Nie chciał być bohaterem

Człowiek, za którego oddał życie o. Maksymilian Kolbe, dokładnie 50 lat mieszkał na terenie naszej diecezji. – Zawsze był blisko Kościoła. Prosty, bardzo skromny człowiek, głęboko wierzący i praktykujący – mówi o Franciszku Gajowniczku jego proboszcz. Wspomina, że krążyły po Brzegu różne krytyczne głosy dotyczące jego pierwszych lat pobytu w tym mieście. – Najczęściej wynikało to z tego, że pracował w miejscowym urzędzie skarbowym i jako – nazwijmy to – poborca podatkowy bardzo skrupulatnie wykonywał swoje obowiązki – wyjaśnia ks. B. Robaczek. – Zaraz po „Non possumus” prymasa Wyszyńskiego często złośliwie karano księży różnego rodzaju mandatami za najdrobniejsze uchybienia w sprawach rozliczeń podatkowych. Osobiście tego nie widziałem, jednak opowiadano, że pan Gajowniczek został skierowany na plebanię, by zająć samochód ówczesnego proboszcza – ks. Kazimierza Makarskiego. Nie wiemy w jaki sposób, ale ksiądz został wcześniej uprzedzony o tej akcji i wywiózł swój pojazd do znajomego, mieszkającego w sąsiedniej wsi. Następnego dnia pan Franciszek pojawił się i zapieczętował pusty garaż. Obowiązek swój wypełnił – opowiada ks. B. Robaczek.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie