Życie po pięciu minutach

O wierze, Rosji i poezji z Natalią Gorbaniewską rozmawia Barbara Gruszka-Zych

Barbara Gruszka-Zych: Wiersze układa Pani w drodze.

Natalia Gorbaniewska: – Wczoraj jadąc na lotnisko zapisałam dwa. Ale tylko tłumacze Adam Pomorski i śp. Wiktor Woroszylski potrafiliby przekazać ich polski sens. Jeden zaczyna się od rzeczywistej sytuacji, że właśnie jadę podmiejskim pociągiem na lotnisko. (Poetka czyta mi wiersz po rosyjsku).

Pisze Pani: „moi senni sąsiedzi z metra”, a kilka linijek dalej: „moi biedni sąsiedzi na planecie”. W miarę zbliżania się do końca pojawiają się refleksje filozoficzne.

– Choć zastrzegam – nie jestem filozofem. I zawsze odpowiadali mi tacy filozofowie jak Lew Szestow, którego wywód rządzi się logiką poetycką. Ale posiłkuję się filozofią, bo od lat jest dla mnie istotna kwestia stosunku do śmierci. Im jestem starsza, tym bardziej podchodzę do niej po chrześcijańsku. Podczas porannej i wieczornej modlitwy (prawosławnej – dop. red.) zwracamy się do Boga: „Panie, daj nam śmierć bez hańby, bólu i w pokoju”. Najważniejsze, żeby w ostatniej chwili nie czuć hańby – wstydu za całe swoje życie. Tak mi się udało, że już od wielu lat nie czuję strachu przed śmiercią. Tylko trochę boję się cierpienia. Nie jestem aż tak dobrą chrześcijanką, ale w stosunku do śmierci udaje mi się nią być. Myślę, że dla chrześcijan takie podejście powinno być normalne. Jedynie nie umiem się pogodzić z tym, kiedy ktoś inny umiera. Ale to egoistyczna gorycz, wynikająca z tego, że zostaję bez niego. Śmierć to coś bardzo normalnego. Zbliżamy się do niej z każdym krokiem. Musimy się nauczyć iść ku niej tak, żeby nie czuć lęku.

W życiu jest Pani odważna.

– Raczej lekkomyślna. Może to właśnie mi pomaga w stosunku do śmierci.

Nie była Pani lekkomyślna, kiedy w 1968 r. z trzymiesięcznym synem w wózku i ośmioma przyjaciółmi wyszła na Plac Czerwony, aby zaprotestować przeciwko inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację.

– Byłam, byłam… Nie mogłam zostawić syna, bo go karmiłam piersią. Kiedy śledczy zapytał mnie później, dlaczego to zrobiłam, odpowiedziałam: „Żeby mi potem nie było wstyd przed dziećmi”.

Demonstrowaliście pięć minut.

– Ja piętnaście, bo musiałam czekać, aż milicjanci znajdą samochód, żeby przewieźć mój wózek z synem na przesłuchanie. Jeden z nas, Vadim Delone, powiedział w sądzie, że za te pięć minut wolności na Placu Czerwonym jest gotów płacić latami obozów. Dostał za to 3 lata.

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie