iJobs

Zazwyczaj trzeba wybierać: albo jesteś przedsiębiorcą – albo artystą i wizjonerem. Chyba że jesteś Stevem Jobsem.

Dlaczego cały świat żyje śmiercią byłego szefa jakiejś korporacji? To przecież trudny czas głównie dla jego rodziny oraz przyjaciół i najbliższych współpracowników. Czy to śmierć tak wyjątkowa, by celebrowały ją miliony ludzi na wszystkich kontynentach? Steve Jobs, współzałożyciel firmy Apple (nadgryzione jabłko jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych logo na świecie), stał się ikoną popkultury nie tylko z powodu dokonanej rewolucji w technologii informatycznej, nie tylko z powodu komputerów Macintosh i takich urządzeń, jak iPhone, iPad czy iPod. Przede wszystkim jako jeden z pierwszych w słynnej Dolinie Krzemowej w Kalifornii zaczął zmieniać podejście do biznesu. To nie było już tylko „robienie pieniędzy” i podążanie za oczekiwaniami i gustami klientów, ale ekspresja osobowości twórcy nowych technologii i produktów. Jobs działał jak artysta, który wierzy w swoje własne wizje, a nie w badania rynku. Miał to szczęście, że ludzie tę sztukę chcieli masowo konsumować.

Kaligrafia zamiast studiów

Nigdy nie skończył studiów. Zrezygnował z nauki w Reed College po 6 miesiącach, ale pozostawał na uczelni jeszcze przez 18 miesięcy. Jego biologiczna matka, młoda niezamężna studentka, oddała Steve’a do adopcji. Chciała, by adoptowali go wykształceni ludzie. Kiedy okazało się, że chłopcem zainteresowana jest rodzina robotnicza, nie chciała zgodzić się na oddanie im dziecka. Dopiero obietnica nowych rodziców, że poślą Steve’a
na studia, pozwoliła jej podpisać zgodę na adopcję. Dlaczego sam zainteresowany nie dotrzymał słowa danego przez przybranych rodziców? „Wybrałem uczelnię tak drogą jak Stanford” – mówił w 2005 do absolwentów słynnego uniwersytetu (nagranie dostępne jest w internecie). „Wszystkie oszczędności rodziców szły na edukację. Nie miałem pojęcia, co chciałem robić w życiu, ani jak studia miałyby mi w tym pomóc. Marnotrawiłem pieniądze, które moi rodzice oszczędzali całe życie. Zrezygnowałem z nauki, wierząc, że wszystko jakoś się ułoży. Była to jedna z najlepszych decyzji, jakie kiedykolwiek podjąłem” – dodał, wywołując salwę śmiechu setek świeżo upieczonych „wykształciuchów”. Zamiast na wykłady zaczął uczęszczać na kurs kaligrafii. Nie liczył nawet, że którekolwiek z poznanych tajników tej sztuki wykorzysta w życiu. Jednak 10 lat później, gdy projektował pierwszy komputer Macintosh, przypomniał sobie o kursie. Był to pierwszy komputer z piękną typografią. Gdyby Jobs nie zapisał się na kurs kaligrafii, Macintosh nie miałby wielu wzorów czcionek ani proporcjonalnie rozmieszczonych znaków. „A ponieważ Windows tylko kopiował Maca, prawdopodobnie żaden PC by ich nie miał” – mówił z ironią o imperium Microsoft Billa Gatesa.

Szczyt i dno

Firmę Apple założył w garażu swoich rodziców, wraz ze Steve’em Wozniakiem. Miał zaledwie 20 lat. W ciągu 10 lat Apple stało się firmą zatrudniającą ponad 4000 pracowników i wartą ponad 2 miliardy dolarów. Mniej więcej w tym czasie Jobs zostaje… wyrzucony z Apple. „Jak możesz zostać zwolniony z firmy, która sam stworzyłeś?”, pytał rozżalony. W miarę jak „Jabłko” rosło, istniała potrzeba zatrudnienia nowego prezesa. Został nim niejaki John Sculley. Kiedy wizje obu panów zaczęły się rozchodzić, zarząd opowiedział się po stronie Sculleya. „Straciłem to, nad czym skupiałem się przez całe dorosłe życie”, mówił po latach Jobs. Słuchającym go w ciszy absolwentom Stanford przyznał się jednak, że z perspektywy lat było to bardzo potrzebne i oczyszczające doświadczenie. „Zostałem odrzucony, a jednak ciągle kochałem to, co robiłem.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie