Mistrzowska robota

Czy wychowane w duchu indywidualizmu społeczeństwo nucące refren Paktofoniki: „Jesteś Bogiem, wyobraź to sobie” potrzebuje jeszcze mistrzów?

Gdy wstukamy w internetową wyszukiwarkę słowa „mistrz duchowy”, lwia część tego, co wyświetli się na ekranie, będzie dotyczyła buddyjskich medytacji czy nawet zajęć aikido. Wschód wchłonął medialnie tradycyjną relację mistrz–uczeń. A przecież to właśnie na niej przed wiekami budowano uniwersytety. W średniowiecznej Europie żacy wybierali uczelnię głównie ze względu na konkretnych nauczycieli – mistrzów. Czy ta relacja zachowała się do dziś? Czy Jan Kowalski, katolik z dziada pradziada, potrzebuje mistrza duchowego?
Pięć lat milczenia, surowe obyczaje i intensywna samodzielna harówka bez pewności, czy zostanie się przez mistrza wybranym, to rygorystyczne wymagania, jakim musieli sprostać uczniowie Pitagorasa. Jako wzór duchowego mistrza przywołuje się do dziś Sokratesa, który gromadził wokół siebie głodnych wiedzy Ateńczyków.

Sznurówki cadyka

Już na samym początku swej misji Jezus usłyszał od idących za Nim uczniów: „Rabbi! – to znaczy: Nauczycielu – gdzie mieszkasz?”. Relacja uczeń–mistrz to jedno z podstawowych odniesień naszej judeochrześcijańskiej kultury. Rabbi gromadził wokół siebie słuchaczy. Relacja ta została skrajnie wyeksponowana w chasydyzmie, w którym tłum uczniów chłonął każde słowo cadyka. – Ja jestem jak chasyd, który mówi, że do cadyka nie jeździ po to, żeby słuchać, czego ten naucza – opowiada o Janie Pawle II lider Armii Tomasz Budzyński. – On jedzie zobaczyć, jak cadyk ma zawiązane sznurówki. I mnie wystarczyło patrzeć, jak papież ma zawiązane sznurówki.

Czy wychowane w duchu skraj­nego indywidualizmu społeczeństwo jest dziś głodne takich relacji? A może wszystko zamienia się w mdławe partnerstwo? Czy młodzi są w stanie kupić tę tradycyjną formułę? – Myślę, że tak – odpowiada Piotr Jordan Śliwiński, współzałożyciel „Szkoły dla spowiedników”. – Widzę, że młodzi zakonnicy noszą w sobie tęsknotę za mistrzem. Mimo doświadczenia wszystkich bolesnych starć związanych z konfliktem pokoleń jest w nich silne pragnienie poszukiwania wzorców.

Doskoczyć do Góry

Gdy robiłem wśród znajomych dominikanów (faceci po czterdziestce) domową ankietę na temat mistrza, wynikało z niej jasno, że każdy z nich miał zakonnika, którego chciał naśladować. Najczęściej padały trzy nazwiska: Badeni, Salij, Kłoczowski. – Dodałbym jeszcze jedno nazwisko: Góra – dopowiada o. Wojciech Prus, szef wydawnictwa „W drodze” – Jestem z poznańskiego duszpasterstwa. To nie było odgórne określenie relacji mistrz–uczeń. Jan Góra był duszpasterzem, ja chłopakiem ze szkoły średniej, który chłonął jego opowieści. Kiedyś o. Mirosław Pilśniak zauważył, że my – dominikanie z Poznania – Górze zawdzięczamy to, że jesteśmy twórczy, cały czas nas nosi. To on zaraził nas kreatywnością. Gdy tuż po święceniach odprawiałem Mszę dla włoskiej Wspólnoty Błogosławieństw, ktoś rzucił: „Wyglądasz, jakbyś już 10 lat był księdzem. Ty się w ogóle nas nie boisz!”. I ja sobie wówczas uświadomiłem, że zawdzięczam to właśnie o. Górze. Ta relacja mistrz–uczeń musi przejść kilka faz. Mamy zaliczoną już fazę buntu, zmagania, a teraz przepracowujemy fazę akceptacji, stawania na równi. Jednak to zawsze zależy od tego starszego. Bo młodszy może sobie doskakiwać, ale jeśli mistrz nie zdecyduje się stanąć na równi, to nigdy do tego nie dojdzie. To wymaga z jego strony pokory, by w pewnym momencie wycofać się, by nie stłamsić autonomii ucznia.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • Stanisław_Miłosz
    17.10.2011 13:22

    Teraz wreszcie rozumiem dlaczego gdy nasz premier Donald Tusk wraz ze świtą są w obecności Europejczyków, to zgięci są w pół.

    Oni po prostu patrzą jak unijni cadycy mają zawiązane sznurówki!

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie