Nasz człowiek na Białorusi

Aleksander Siemionow wsiada na skuter i rozwozi egzemplarze „Gościa Niedzielnego”, przesyłane mu przez naszych czytelników z Polski. Dostarcza je do pięciu parafii w Lidzie. – Cieszę się jak dziecko, gdy go czytają – mówi Rosjanin z urodzenia, a patriota polski z wyboru.

Nikt nie zatrudnia go na etacie w naszym tygodniku, ale na łamach „Gościa” dwukrotnie, w 2005 i 2010 roku, ogłosiliśmy, że prosi o przesyłanie polskiej prasy katolickiej. Bo na ziemi lidzkiej mieszka ok. 60 tys. Polaków, którzy czytając ją, uczą się polskiego. W białoruskich szkołach obowiązuje dziś język rosyjski. – Dzieje się to, co zapowiadał carski generał gubernator Murawjow: „Czego nie zrobił ruski bagnet, to załatwi rosyjska szkoła” – uważa Olek. Na jego apel odpowiedziały setki czytelników. Z tego aż dwie trzecie to czytelnicy „Gościa Niedzielnego”.

Orzeł na samochodzie

W ciągu ostatnich 6 lat Olek z żoną Teresą przeniósł z poczty do domu, a potem do parafii, trzy, a może cztery tony książek i prasy. Niektóre paczki ważyły pół kilo, tyle, ile trzeba, by odebrać bez opłaty celnej, inne – kilka kilogramów. Celnicy ustalili, że obywatel Białorusi w ciągu roku może otrzymać z zagranicy przesyłkę wartości 120 euro. Dlatego w grudniu zwykle zatrzymywali przychodzące paczki i odsyłali je, bo limit się wyczerpał. – Lepiej, żeby 100 osób przesyłało po jednym „Gościu” niż jeden setkę – mówi Olek. – Tak się tworzy łańcuch solidarności Polaków w kraju z Polakami na Białorusi. Kiedy nie miał skutera, w kolportażu pomagały mu oprócz żony dwie starsze panie, przewożące pisma w plecakach autobusem. Chyba nigdzie na świecie nikt nie czyta „Gościa” dostarczonego z takim entuzjazmem i oddaniem. – Olka można wpisać do Księgi Rekordów Guinnesa pod względem odpisywania na listy tym, którzy przesyłają paczki – uśmiecha się żona, z którą tworzy świetny tandem. Ona jest jego Tereską, on jej Olkiem. Według statystyk prowadzonych w laptopie, podziękował około 1700 ofiarodawcom. Do dziś dostaje ok. 50 przesyłek tygodniowo. Z niektórymi osobami prowadzi stałą korespondencję. Zna kupujących „Gościa” lepiej niż niejeden badacz rynku prasy. Egzemplarze docierają do niego z opóźnieniem, bo najpierw czytają je w Polsce, a potem pakują w koperty i wysyłają do Lidy. – Mam 50 egzemplarzy każdego najnowszego numeru, do tego dochodzą starsze – opowiada. Jeśli ma na paliwo i transport, część pism zawozi do polskich parafii poza Lidą. Dlatego zwykle odkłada kilkadziesiąt w domku na działce.

Ta działka to kawałek Polski w Lidzie. Nad żółtą altaną powiewa biało-czerwona flaga. W domku dziesiątki polskich emblematów. – Bo każdy widoczny polski znak jest walką o polskość – jest przekonany Olek. – Dzwonek telefonu z polskim hymnem, koszulka z napisem „Polska”, nalepka z polskim orłem na samochodzie, słowo „dziękuję” w sklepie, kibicowanie naszym sportowcom, słuchanie polskiego radia, oglądanie TVP, zamawianie w miejscowych radiostacjach polskich piosenek, uczestnictwo w procesjach Bożego Ciała i zasada, że nie może być dnia bez polskiego słowa i polskiej lektury. Wie, że niektórzy przedstawiciele miejscowej władzy powtarzają za jego plecami, że to polski nacjonalista z rosyjskim nazwiskiem. – Myślą, że mnie tym poniżają – uśmiecha się. – A w naszych warunkach to najlepsza pochwała, bo władze zrobiły wszystko, żeby patriotyzm polski, czy białoruski, kojarzył się z nacjonalizmem. – Zapraszam, zjeść coś – przerywa nam rozmowę Tereska, zachwycając swoim pięknym, wileńskim zaśpiewem.

Przeczki z Lidy

– My z Tereską bardzo różni ludzie – opowiada Olek. – Ale bez siebie nic byśmy nie zrobili. Mówią, że mnie żona Polka „opolaczyła”. Nikt nie może uwierzyć, że to ja ją nauczyłem polskiego. Ona u babci, w dzieciństwie mówiła po polsku. Potem w szkole z internatem tylko po rosyjsku. Poznałem ją w 1975 r. 99 dni byliśmy znajomymi, w setnym już żeśmy się pobrali. Nic nas nie dzieliło – ona była komsomołką, ja – komsomolec. Ona była homo sovieticus, ja też. – Moja mamusia – technik dentystyczny, persona w Lidzie, jak się dowiedziała, że moja dziewczyna – Polka, powiedziała: „Albo ja, albo ta przeczka”, bo „przeczkami” nazywali Polaków ze względu na dużo głosek szeleszczących w wymowie.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Rozpocznij korzystanie