Refleksje z ostoi średniowiecza

Im mniej mnie jest na Sarku, tym więcej Sarku jest we mnie. Nie ma dnia, żebym nie wracała tam myślami. Przed oczyma przewijają się ludzie i krajobrazy, w uszach dźwięczą rozmowy, na twarzy czuję rześki atlantycki wiatr.

Nie da się ukryć – Sark zapadł mi głęboko w pamięć, chociaż byłam tam zaledwie kilka dni. Gdy wypływałam z Gran­ville, nie miałam pojęcia, czego mogę się spodziewać po tej wyspie. Kiedy wysiadłam na ląd, miałam wrażenie, że gdzieś na kanale La Manche prom przekroczył barierę czasu i przewiózł mnie do przeszłości.

Właściwa miara rzeczy

Na Sarku dzień jest dniem, a noc jest nocą. Nie ma tu ulicznych latarni ani neonów. Okna też nie są rzęsiście rozświetlone. Prąd jest drogi, a mieszkańcy wyspy żywią niezachwiane przekonanie, że noc jest do spania. Wstają wcześnie. Rybacy wypływają w morze o świcie, hodowcy krów i owiec obrządzają dobytek. Sark zasypia wcześnie, ale i wcześnie się budzi. Gdy zapadają ciemności, światło widać tylko w tawernie przy zejściu do portu. Od czasu do czasu ulice rozświetlają latarki dwóch społecznych (i wybieranych przez mieszkańców na dwuletnią kadencję) policjantów, którzy pełnią służbę. Jeśli nie ma chmur, na niebie widać gwiazdy. Nie wiedziałam, że widok rozgwieżdżonego nieba może wywołać taki zachwyt. Ale też nigdy takiego nieba nie widziałam. Według astronomów 96 proc. mieszkańców Unii Europejskiej mieszka na obszarach, na których nocne niebo nigdy nie jest ciemne. Niewiele jest na świecie rezerwatów ciemnego nieba. Sark jest jednym z nich.

Odległość to drugie pojęcie, które na wyspie zyskuje właściwą miarę. Gdy patrzymy na mapę albo gdy opływamy wyspę łodzią motorową, wydaje się niewielka. 5 km od krańca do krańca. Rzecz wygląda inaczej, gdy sami zaczynamy przemierzać teren. Na Sarku nie ma ani jednego samochodu, ani motocykla, ani nawet motoroweru. Jest bodaj tuzin ciągników. Służą do prac rolniczych oraz wożenia turystów i ich bagaży z położonego nisko portu. Wszelkie inne pojazdy silnikowe są na wyspie zabronione (nawet lekarz jako karetkę pogotowia ma traktor z przyczepką do przewożenia chorych). Są konne dorożki i rowery. Kilka dni wcześniej, z perspektywy samochodowego kierowcy, byłam zdania, że 1000 km to nie tak daleko. Po dwóch dniach pobytu na Sarku wiedziałam, że 5 km to duża odległość.

Brak samochodów ma jeszcze kilka innych skutków. Niepotrzebne są asfaltowe drogi. Kosztowne w budowie i utrzymaniu. Ciągnikowi i dorożce wystarczy szutrówka. Rowerzysta i piechur zadowolą się ścieżką. Poprowadzoną tak, by była jak najkrótsza i najwygodniejsza. Wydeptaną przez pokolenia. Niepotrzebne są też miejsca parkingowe i znaki drogowe. Dla porządku przed ostrym zakrętem na stromym zjeździe ustawiono jeden. Zbędne są garby na jezdni i malowanie przejść dla pieszych. Nie trzeba wyposażać policjantów w radary ani alkomaty. Niepotrzebna jest stacja benzynowa (ciągniki tankują ropę z beczek przywiezionych przez prom). Nie trzeba pilnować, by dzieci nie wybiegły na ulicę. Na dodatek na Sarku cisza jest ciszą. Dwa razy na dobę przerywa ją perkotanie ciągników jadących do portu i z powrotem, częściej – końskie rżenie. Zakaz naruszania przestrzeni powietrznej wyspy przez helikoptery oraz drony gwarantuje, że ciszy nie zakłóci żaden intruz z zewnątrz.

Nie zmieniać tego, co dobrze działa

Sark został zasiedlony prawie 500 lat temu, w 1563 roku, z inicjatywy normandzkiego rodu de Carteret. W 1565 roku suweren wyspy, Hellier de Carteret, i jego następcy stali się wasalami królowej Anglii Elżbiety I. Wtedy też ustalono panujące do dziś zasady systemu feudalnego. W 1579 roku powołano parlament Chief Pleas, w którym zasiadają dożywotnio głowy 40 rodzin mieszkających na Sarku. W rezultacie nie ma tu partii politycznych, kampanii wyborczych, a urzędników jest jak na lekarstwo. Podatki płaci się raz do roku od kapitału i idą one na cele socjalne. Nie ma też ubezpieczeń społecznych. Do lekarzy chodzi się więc tylko w razie poważnej choroby lub wypadku. Wizyta nie jest tania, kosztuje 40 funtów, a wchodząc, trzeba w progu zostawić zabłocone buty.

Domy na Sarku są stare. Sądząc z wyglądu, budowane były z kamienia przez pierwszych osadników. Ich potomkowie utrzymują je tylko w należytym stanie, dokonując niezbędnych ulepszeń, takich jak zapewnienie wody w kranach, szamba czy prądu. Nie powstały tu modne wille ani wielkie hotele. Mieszkańcom wyspy wcale nie zależy na zwiększaniu liczby turystów. Większość z nich przyjeżdża tu od lat i są dobrze znani.

Zasiedzenie sprawia, że dobra opinia o człowieku ma tu swoją wysoką, wypracowaną latami cenę. Dzięki temu można tu nie zamykać mieszkań na klucz. Na półeczkach przed domami rolnicy wystawiają warzywa, miód, domowe przetwory. Przy nich są karteczki z ceną, a obok skarbonka. Jeśli produkty nie są wcześniej zważone, dodatkowym elementem wyposażenia takiego stoiska jest waga. Właściciel wystawia towary na sprzedaż rankiem i idzie do swoich zajęć. Wieczorem zabiera skarbonkę i niesprzedany towar.

Uczciwość sprawia, że w wypożyczalni rowerów wystarczy właścicielowi powiedzieć, u kogo się mieszka, by dostać rower bez zbędnych formalności i opłat z góry. Nie dotyczy to tylko przyjeżdżających na weekendy oraz mieszkańców kempingu. Ci muszą wpłacić kaucję, zdarza się bowiem, że zostawiają rowery w dziwnych miejscach na wyspie.

Poza uczciwością w cenie jest życzliwość. Nie wypada przejść obok bez ukłonu i uśmiechu. Tych, których znamy od kilku dni, wypada też zagadnąć, co słychać. Albo na takie zagadnięcie odpowiedzieć kilka słów. Drobna rzecz, a niesłychanie umila życie.

Pamiętać o ludziach i wydarzeniach

Pamięć o wydarzeniach z przeszłości i o ludziach, którzy odeszli, to kolejna ujmująca cecha Sarku. To, że anglikański kościół pełen jest tablic upamiętniających wybitnych mieszkańców i żołnierzy, którzy polegli w I wojnie światowej, wydaje się oczywiste. Tak jest w całej Europie. Nie jest już jednak oczywiste upamiętnianie zwyczajnych mieszkańców i stałych bywalców wyspy tabliczkami umieszczonymi na postawionych ku ich pamięci ławkach. Łapiąc oddech i podziwiając pejzaż, możemy z wdzięcznością pomyśleć o ludziach, których te ławeczki upamiętniają. Jest ich ponad 30. O potędze żywiołu przypomina też pomnik londyńskiego kupca Jeremiasza Gellesa Pilchera, który zatonął wraz ze statkiem 10 października 1868 r., zatopiony przez orkan, który nadciągnął znienacka. Pogrążona w żałobie wdowa kazała na tablicy, umieszczonej na obelisku, wyryć słowa psalmu: „Twoja droga wiodła przez wody, Twoja ścieżka przez wody rozległe i nie znać było Twych śladów”.

Wydaje się, że Sark pamięta o każdym wydarzeniu i że nie ma człowieka, którego dobre uczynki nie zostałyby upamiętnione w jakiś sposób. Allana Emmanuela z Jersey przypomina umieszczona przy wejściu do tunelu z portu rybackiego tablica z napisem: „Oświetlenie tunelu zostało zainstalowane przez rodzinę i przyjaciół Allana Emmanuela z Jersey, który przez wiele lat często przypływał do tego portu swoją łodzią. Niech pamięć o Nim prowadzi przyszłych żeglarzy na Sark”. Upamiętnieni zostali również deportowani przez niemieckich okupantów mieszkańcy wyspy, ale jest też tablica przypominająca o tym, że drogę na wąskiej grani oddzielającej duży Sark od małego Sarku zbudowali niemieccy jeńcy wojenni pod kierunkiem brytyjskich żołnierzy z królewskiego 259. batalionu saperów.

Pamięci tej towarzyszy cicha zgoda na nieuchronne przemijanie. Cmentarze są skromne, nie ma zniczów na grobach ani kosztownych kamiennych nagrobków. Nawet mogiły władców Sarku są skromne i zarośnięte trawą.

Dystans do nowoczesności

Wszystko, co opisałam, możliwe jest w niewielkiej, zasiedziałej od pokoleń społeczności ludzi skazanych na siebie i swoją pracowitość. Na wyspie stale mieszka nie więcej niż pół tysiąca ludzi. W sensie dosłownym żywi ich ziemia, na której mieszkają, i morze, które ich otacza. Ale wyspa nie jest samowystarczalna. Raz w tygodniu do portu zawija statek z zaopatrzeniem.

Można jednak żyć bez samochodów, partii politycznych, tłumów i dyskotek, cieszyć się ciszą, światłem dnia i ciemnością nocy w zgodzie z rytmem natury. Można żyć bez anonimowości, systemów alarmowych, oddziałów policji i urzędników. Można rodzić się i umierać we własnym domu, od pokoleń. Można żyć bez skomplikowanego systemu prawa, które w większości przypadków zastępuje przyzwoitość, obyczaj i zdrowy rozsądek.

Pobyt na Sarku uświadamia, że bez najnowszych zdobyczy techniki człowiek nie jest wcale mniej szczęśliwy. Wielkie miasta, tłumy, pośpiech ani nie czynią nas szczęśliwszymi, ani nie poprawiają jakości naszego życia. Życie na Sarku skrojone jest na ludzką miarę. Pewnie dlatego ten, kto raz trafił na tę wyspę, tak chętnie tam wraca. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Rozpocznij korzystanie