Jak w pełni pozbyć się gniewu, czyli przebaczyć? Radzi rekolekcjonista i psychoterapeuta

W jaki sposób prawdziwie otworzyć się na przebaczenie i tym samym uzdrawiającą moc Bożej miłości? Co dla katolika w praktyce oznacza pozbycie się gniewu? Cenne rady kieruje do nas o. Piotr Różański SP, ceniony rekolekcjonista i psychoterapeuta w swojej najnowszej książce „Wyrzuć z siebie złość. Jak zamienić gniew w siłę do działania”.

Przebaczenie jest najskuteczniejszym sposobem na pozbycie się gniewu. Kiedy nasze serce jest zranione, gniew pojawia się naturalnie i zaczyna przenikać wiele sfer naszego życia. Gromadzi się w nas napięcie, które działa jak toksyna: frustruje, niszczy, wpływa na całe życie – stan ducha i ciała. Nieprzepracowany gniew odbija się na wszystkich poziomach naszego człowieczeństwa.

Przebaczenie jest najskuteczniejszym sposobem, by ten gniew osłabić. Kiedy nazywamy ból po imieniu, docieramy do jego źródła. Kiedy decydujemy się przebaczyć – komuś, sobie, a czasem również Bogu – napięcie zaczyna opadać. Sam akt przebaczenia nie zawsze od razu usuwa ból, ale realnie minimalizuje poczucie gniewu i pozwala rozpocząć proces gojenia.

W tym procesie istotną rolę odgrywa zadośćuczynienie. Gdy to my jesteśmy sprawcami krzywdy – zraniliśmy kogoś lub przekroczyliśmy jakieś normy – zadośćuczynienie pomaga uruchomić proces zdrowienia i przywraca równowagę emocjonalną: uznajemy swoją winę, bierzemy odpowiedzialność i robimy krok w stronę naprawy tego, co zostało naruszone. W praktyce ten proces może zacząć się w gabinecie terapeutycznym, ale także w konfesjonale. Zadośćuczynienie w wymiarze duchowym to pokuta, naprawienie szkody i konkretne działanie, które ma przywrócić dobro. Od strony psychologii pomaga wyrównać poczucie krzywdy i sprawia, że przestajemy czuć się tymi, którzy tylko ranią, co samo w sobie potrafi być źródłem gniewu wobec siebie. Zadośćuczynienie daje więc szansę na rekompensatę i naprawienie tego, co zniszczyliśmy i uczyniliśmy źle – wobec drugiego człowieka, wobec Boga i wobec samych siebie. I właśnie dzięki temu otwiera drogę do prawdziwego wewnętrznego uwolnienia.

Terry Goodkind napisał: „W przebaczeniu tkwi magia, która uzdrawia. W przebaczeniu, które dajesz, a zwłaszcza w tym, które uzyskujesz”. Także Jan Paweł II przekonywał: „Nie potrafi przebaczać innym, kto sam nie zaznał przebaczenia”. To bardzo trafne spostrzeżenie, bo między przebaczaniem innym a doświadczaniem przebaczenia od innych rzeczywiście istnieje ścisła zależność. Wielu życiowych postaw uczymy się, testując rzeczywistość. Jeśli w dzieciństwie rodzice potrafili przeprosić za swoje błędy, zbyt ostre słowa czy niesprawiedliwą ocenę, to naturalnie kształtowało w nas otwartość na przebaczenie – zarówno dawane, jak i przyjmowane. Doświadczając przebaczenia od innych, uczymy się tej umiejętności, którą potem łatwiej zastosować wobec innych. Dlatego im częściej przebaczamy i im częściej sami słyszymy prośbę o przebaczenie, tym bardziej otwiera się w nas „strefa miłosierdzia”.

Niektórzy mówią, że przebacza się nie dla dobra osoby, która nas skrzywdziła, ale dla samego siebie. Jest w tym wiele prawdy. Jeśli zostałem zraniony i noszę w sobie tę ranę, rodzi się we mnie frustracja i gniew. Kiedy przebaczam krzywdzicielowi, to choć może się wydawać, że robię to dla niego, w pierwszej kolejności sobie samemu wyświadczam dobro. Przebaczenie domyka bolesne doświadczenie, pozwala odzyskać wewnętrzny spokój. Tym bardziej że ten, kto mnie zranił, może nawet nie zdawać sobie sprawy z wyrządzonej krzywdy albo nie uważać jej za coś złego. To ja noszę w sobie ciężar doświadczenia. Dlatego gdy przebaczam, to przede wszystkim ja sam przestaję się zadręczać, znika chęć odwetu i maleje gniew związany z bolesną sytuacją. Warto czasem powiedzieć sobie to wprost: przebacz drugiemu człowiekowi ze względu na własny spokój i swoje dobre samopoczucie.

I w konfesjonale, i w gabinecie spotykam się z ludźmi, którzy intuicyjnie wychodzą z założenia, że przebaczenie polega na umiejętności oddalania od siebie bolesnych wspomnień, póki czas nie uleczy ran i gniewu. Nie do końca zgadzam się z takim podejściem. Owszem, czas potrafi goić rany i bywa potrzebny, żebyśmy w ogóle zauważyli, co nas naprawdę boli. Często długo doświadczamy trudnych emocji, nie zdając sobie sprawy, że ich źródłem jest konkretna rana czy krzywda. W tym sensie czas może przygotować nas do konfrontacji z bólem. Jednak odsuwanie bolesnych wspomnień na margines życia i spychanie ich w podświadomość nie prowadzi do uzdrowienia. Rana, której nie dotkniemy świadomie, i tak upomni się o uwagę. Po dłuższym czasie może nawet boleć bardziej, bo narasta frustracja, a niewyrażony gniew zamienia się w napięcie wewnętrzne.

Dlatego potrzeba czasu – tak. Ale nie po to, żeby unikać konfrontacji z tym, co nas boli. Raczej po to, aby dojrzeć do procesu przebaczenia. Odkładanie konfrontacji na nieokreślone „kiedyś” jedynie przedłuża cierpienie.

Czasami dzielimy życie na dwie fazy: nieidealną i oczekiwaną idealną. Mówimy: „najpierw poukładam swoje sprawy i rozwiążę problemy, a potem zacznę twórczo żyć”. Tymczasem Richelle Mead pisze: „Pozwalaj sobie na wyrzuty sumienia. Opłakuj straty. Ale żyj”. Żyj już teraz! To słuszna uwaga. Kiedy mamy ze sobą dobry kontakt i rozumiemy własne emocje – nawet te ciężkie, trudne czy bolesne – nasze życie staje się bardziej prawdziwe. Im większa świadomość własnych ran, błędów czy grzechów, tym pełniej żyjemy. Unikanie prawdy o sobie sprawia, że budujemy wokół siebie iluzję, a nie autentyczne życie.

Odkładane emocje, próba „przypudrowania” tego, co niewygodne, może w konsekwencji prowadzić do poważnych trudności – od nasilonego napięcia po zaburzenia lękowe czy nerwicowe. Natomiast świadome przeżywanie gniewu, buntu, poczucia winy, straty czy żalu uświadamia nam, że naprawdę żyjemy. Taka postawa, choć nieraz wymagająca, prowadzi do większego zdrowia psychicznego i pomaga szybciej dojść do wewnętrznego dobrostanu poprzez zrozumienie, prawdę i przebaczenie.

Można oczywiście przez długi czas udawać, że nic się nie dzieje, ale prędzej czy później niewypowiedziane emocje i tak powrócą. Lepiej zmierzyć się z nimi jak najszybciej.

Jak żyć logiką przebaczenia na co dzień?

Zacznij od uczciwego uznania własnych błędów – nawet drobnych. Zapisz je i nazwij, zamiast spychać je na margines.

Porozmawiaj z kimś zaufanym o sytuacji, która cię uwiera. Często samo wypowiedzenie tego, czego się wstydzisz, otwiera drogę do innego spojrzenia na siebie.

Zanim spróbujesz przebaczyć innym, spróbuj przeżyć doświadczenie bycia przyjętym mimo słabości. To może być modlitwa, rozmowa, szczera spowiedź albo ciche uznanie faktu, że każdy czegoś żałuje. Dopiero wtedy rodzi się wewnętrzna przestrzeń, w której gniew wobec innych słabnie, bo nie opiera się już na poczuciu własnej wyższości.

Kiedy masz żal do kogoś, zatrzymaj się i zapytaj: czy nie oczekuję od innych czegoś, czego sam nie potrafię innym dać? Taka refleksja zmienia perspektywę i pozwala zobaczyć, że bliźni w podobny sposób może przeżywać kłopoty, słabości i problemy, a nie tylko cudzą winę.

Proponuję ci mały rytuał codzienny: na koniec dnia nazwij jedną rzecz, którą sobie wybaczasz, i jedną, którą odpuszczasz komuś. Ten prosty nawyk trenuje serce do łagodności i pokazuje, że przebaczenie to proces, nie jednorazowy gest.

*

Artykuł zawiera fragment z książki o. Piotra Różańskiego SP „Wyrzuć z siebie złość. Jak zamienić gniew w siłę do działania”, wyd. eSPe. Zobacz więcej: https://boskieksiazki.pl/pl/p/Wyrzuc-z-siebie-zlosc.-Jak-zamienic-gniew-w-sile-do-dzialania/1424

Jak w pełni pozbyć się gniewu, czyli przebaczyć? Radzi rekolekcjonista i psychoterapeuta

«« | « | 1 | » | »»
Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Rozpocznij korzystanie