Spotkania z Ukrainą: Idziemy na zakupy

Ukraiński rynek - nie chodzi tu bynajmniej o centralny plac miasta - to miejsce pełne swojskich smaków i zapachów oraz cieszących oko produktów. Doskonałe na zakupy i dające możliwość zakosztowania fascynującej atmosfery ukraińskiego targowiska.

Kilkanaście lat temu zaopatrywałam się na takim rynku, czyli targu w Chersoniu. Można tam było kupić dosłownie wszystko. Poczynając od starych, bardzo zużytych rzeczy (np. buty, ubrania, sztućce, zardzewiałe śrubki, stare radia itp.), przez popiersia lub małe figurki Lenina (duży Lenin stał przed głównym chersońskim urzędem), ordery, czerwone flagi z sierpem i młotem, po rzeczy nowe i przydatne chyba w każdej dziedzinie życia, jak choćby chusteczki higieniczne o zapachu dyniowym, jogurtu wiśniowego lub lodów waniliowych, a na jedzeniu kończąc.

W samym centrum rynku znajdowała się ogromna hala, gdzie sprzedawano żywność. Kiedy szłam przez halę, przekupki zaczepiały mnie, wołając: „Diewuszka, diewuszka!”. Pomimo chaosu spowodowanego ogromną ilością kręcących się tam osób, był w tym wszystkim jakiś porządek.

Stoiska tworzyły alejki, przy czym każda z nich miała swoją specyfikę, jak na przykład ta z produktami mlecznymi, gdzie bieliły się świeże sery i śnieżne śmietany. Nad swoimi wyrobami siedziały przygarbione kobiety z barwnymi chustami na głowach przewiązanymi pod brodą.

U jednej z nich regularnie zaopatrywałam się w nabiał. Jej przeorana twarz przywodziła na myśl suszoną śliwkę. Potrafiła dobrze zachwalać swój towar i miała ku temu podstawę. Ser smakował wyśmienicie. Podczas mówienia odsłaniała złote, lśniące zęby.

Równolegle ciągnęła się alejka z miodami. Tutaj sprzedawcy stali nieruchomo na podestach, spoglądając majestatycznie i ze spokojem na przechodzących. Nieco dalej poustawiano stoiska z rozłożonymi na blatach sporej wielkości bryłami masła, margaryny, marmolady i mazi czekoladowej. Sprzedawcy odkrajali wskazaną przez klienta wielkość kawałka, pakując go potem w folię.

Przepadałam za kolejną alejką, gdzie królowały kulfoniaste kartofle, cebula i czosnek zjadane w ogromnych ilościach przez Ukraińców, pachnące pomidory, soczyste i nieprzyzwoicie tanie arbuzy (70 kopiejek za kilogram, co wychodziło jakieś 30 groszy). Niewiele kosztowały też melony prosto z pola i winogrona tak słodkie, że słodsze nie mogłyby już być.

Ciekawiły mnie stoiska z kiszonkami. Miałam wrażenie, że kiszono wszystko, co tylko można, a więc poza ogórkami i kapustą (pycha!), również marchewkę, kalafior, paprykę, czosnek i buraki. Kiszone jabłka mi nie smakowały, a do spróbowania kiszonych pomidorów się nie przekonałam. Kiszone arbuzy moi ukraińscy przyjaciele lubili jeść na Nowy Rok, popijając obowiązkowym szampanem.

Sprzedawcy zachęcali do degustacji. Nawet masło można było spróbować. Kupcy bardzo zabiegali o klientów. Przy tak licznej konkurencji dobrze było mieć swoich stałych kupujących. Ze sprzedawcami można się było targować, ale to mi kompletnie nie wychodziło. Przy wyjściu z hali stała kontrolna waga, żeby w razie wątpliwości sprawdzić uczciwość sprzedających.

Stoiska z mięsem ulokowane pod ścianami otaczały wnętrze hali niczym pierścień. Daleko odbiegały one od znanych mi sklepów w Polsce oferujących polędwicę, schab, czy szynkę. Z samego rana w hali targowej rozpoczynało się krwawe widowisko, czyli rozbiór mięsa. Pod nogami przemykał czasem jakiś bezpański pies przywiedziony krwistym zapachem i znajomością dobrego serca sprzedawcy bezlitośnie wypruwającego flaki innym zwierzętom. Oferowano nawet zająca z rozprutym brzuchem, całego odartego z futra. Jedynie na nogach pozostawiono futerko, co sprawiało wrażenie, jakby zając miał ubrane grube skarpety.

Czasem na ladzie leżała świńska głowa wpatrująca się martwym spojrzeniem na rozłożony towar, niczym strażniczka swojego serca i żeber. Szokowało także wyglądające na pozór niewinnie stoisko z jajkami. Zdarzało się bowiem, że ktoś po zakupieniu jaj, jedno z nich rozbijał i na miejscu wypijał ze skorupki. Lepiej było nie patrzeć w tamtą stronę.

Dziesiątki, a nawet setki Ukraińców codziennie robiło zakupy na chersońskim bazarze, zwanym rynkiem, który wyglądał jak wielka miejska spiżarnia. Niby zwyczajny, taki powszedni, dla mnie jednak wyborny i niezapomniany.

*

Tekst z cyklu Spotkania z Ukrainą

«« | « | 1 | » | »»
Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Rozpocznij korzystanie