Morze Czarne zarzucało fale na czarną kamienistą plażę. Brak złocistego piasku nie przeszkadzał plażowiczom leżeć na kocach na podłożu z kamieni.
Gdzież jesteś, o miłości, potęgo i chwało!
Wy macie trwać na wieki, źródło szybko płynie,
O hańbo! wyście przeszły, a źródło zostało.
Adam Mickiewicz, Sonety Krymskie. Bakczysaraj
W czasie nocnej podróży spieszące w przeciwnym kierunku do jazdy pociągu nieznajome krajobrazy zlewały się z ciemnością. Uśpieni późną porą podróżni leżeli powyciągani bądź, w przypadku nieco wyższych osób, skuleni na dwupiętrowych sypialnych półkach w czystej pościeli ukraińskich kolei. Moje myśli z podekscytowaniem wyprzedzały pociąg. Krym. Przy basso continuo pędzącego pociągu, w mojej głowie nachodziły na siebie wyobrażenia o tym miejscu: burzliwa historia (niestety rzekoma nauczycielka życia nie jest dla tego miejsca zbyt łaskawa), Tatarzy krymscy, antyczne ruiny, Chersonez Taurydzki, stepy, góry, skały, przyjemny klimat, nadmorskie kurorty. I Mickiewicz, oczywiście.
W Symferopolu wyskoczyłam z pociągu zafascynowana już samą obecnością na Półwyspie Krymskim. Piękny monumentalny dworzec zalało wrześniowe słońce oraz cała masa podróżnych. Zjadłam jedyny w swoim rodzaju pirożok z kartoszkoj, czyli coś w rodzaju ciasta z ziemniakami. Jeszcze ciepłymi handlowała starsza pani z charakterystyczną dla Wschodu barwną chustką na głowie. Popiłam orzeźwiającym kwasem chlebowym sprzedawanym z niewielkich żółtych cystern, również na ulicy. Kramy pełne słodkich owoców zawracały w głowie. Arbuzy, melony, winogrona, figi – pyszno owocowy sezon w pełni.
Z Symferopola do Jałty można się dostać trolejbusem, który pokonuje trasę 86 km. Podróż zajmuje 2,5 godziny. To najdłuższa linia trolejbusowa na świecie. Zanim jednak udałam się na południe półwyspu pojechałam do Bakczysaraju, dawnej stolicy Chanatu Krymskiego. A tam czekał na mnie zupełnie inny świat – orientalny pałac, ornamenty na ścianach, malowniczy meczet, smukłe minarety. I smak miodowej chrupiącej pachlawy, przysmaku krymskiego, kupionego oczywiście na ulicy. Niedaleko Bakczysaraja rysowała się nieprawdopodobna sceneria skalnego miasta, gdzie groty, niegdyś zamieszkałe przez ludzi, łypały ciemnością. Nadal czynny prawosławny Monaster Uspieński (Zaśnięcia Matki Bożej) także przed wiekami został wykuty w skale.
Jałta kojarzyła mi się przede wszystkim z konferencją Wielkiej Trójki, która odbyła się niedaleko tego miasta w dawnym pałacu carskim w Liwadii w 1945 r. Stojąc pod tym wielkim jasnokredowym budynkiem, myślałam o decydujących się ongiś w tym miejscu losach powojennego świata. Z przygnębiającego historycznego odrętwienia wybudziła mnie przyroda. Palmy przed pałacem niczym kolumny, egzotyczna roślinność, ukwiecone ogrody, zaciszne zacienione zielenią alejki.
Morze Czarne zarzucało fale na czarną kamienistą plażę. Brak złocistego piasku nie przeszkadzał plażowiczom leżeć na kocach na podłożu z kamieni. Kiedy brodziłam w czarnomorskiej wodzie, kamienie relaksująco masowały mi stopy. Okoliczne góry tonęły we mgle. Statki falowały przy brzegu, a na nadbrzeżu zamarł w bezruchu Lenin z jak najprawdziwszym żywym gołębiem na głowie.
*
Tekst z cyklu Spotkania z Ukrainą
Ewa Winiarska-Drzyzga
Orzeźwiający kwas chlebowy sprzedawany z niewielkich żółtych cystern stojących na ulicy.