Jakie narzeczeństwo, takie małżeństwo

Ewa K. Czaczkowska

GN 22/2013 |

publikacja 29.05.2013 00:15

Dewaluacja narzeczeństwa stała się faktem. To jeden z powodów rozpadających się małżeństw. Jak odrodzić ten jedyny, przedślubny czas?

Jakie narzeczeństwo, takie małżeństwo canstockphoto

Paulina (lat 23) i Tomasz (lat 27) zaręczyli się w sylwestra. Ślub planują w czerwcu przyszłego roku. – Zaręczyny były dla nas znakiem, deklaracją, że chcemy być razem i chcemy zbudować rodzinę – mówią zgodnie.  Dlaczego ślub za półtora roku? – Paulina kończy studia, ja też kończę szkołę. Chcemy też dłużej popracować, aby całego wesela nie finansowali rodzice – mówi Tomasz. – I chcemy duchowo przygotować się do sakramentu małżeństwa. Właśnie zaczęliśmy nauki przedślubne – dodaje Paulina. Paulina i Tomasz mieszkają, każde z rodzicami, w średniej wielkości mieście w centrum kraju. Ale i tam, opowiadają, coraz częściej narzeczeni przed ślubem mieszkają razem. W dużych aglomeracjach na kursach przedślubnych takich par jak Paulina i Tomasz jest mniej niż jedna trzecia.

Tak wynika z obserwacji (bo badań nikt nie prowadził) naszych rozmówców pracujących w poradniach rodzinnych. – Tylko 20–30 proc. osób, dla których głoszę konferencje przedmałżeńskie, podchodzi na serio do sakramentu małżeństwa, uznaje jego nierozerwalność i chce przeżyć okres narzeczeństwa w taki sposób, w jaki proponują Biblia i Kościół – ocenia Anna Niemyska, która od ponad 20 lat zajmuje się poradnictwem rodzinnym oraz przygotowuje do życia w rodzinie uczennice w elitarnej szkole sióstr nazaretanek w Warszawie.  I chociaż nie w każdym wypadku spełnia się twierdzenie: „jakie narzeczeństwo, takie małżeństwo”, to pracujący w poradnictwie rodzinnym nie mają wątpliwości, że między tymi stanami zachodzi silna korelacja. Związek między byle jakim narzeczeństwem i byle jakim małżeństwem istnieje. W Polsce rozpada się już jedna trzecia małżeństw. Może więc uzdrawianie małżeństw zacząć od odnowienia narzeczeństwa?

Moda przyszła z Zachodu

W ostatnich kilkunastu latach nastąpiła w Polsce poważna dewaluacja narzeczeństwa. Zauważa to także Joanna Wojtczak, która od 20 lat pracuje w poradni rodzinnej we Wrocławiu. – Gdy 10–15 lat temu przychodzili do poradni narzeczeni, to oznaczało, że ślub odbędzie się w bliskiej perspektywie. Czasem termin ślubu przyspieszało albo wymuszało to, że kobieta była w stanie błogosławionym. Dzisiaj natomiast dużo częściej przychodzą osoby, które znają się dłużej, ale ślub planują za rok, dwa, a nawet pięć lat. Albo takie, które mieszkają z sobą nawet dziesięć lat, mają dzieci i przychodzą, by zawrzeć związek w sensie formalnym.

Trudno mówić, aby byli to narzeczeni, to są osoby żyjące w konkubinatach – mówi Wojtczak.  Narzeczeństwo w tej wersji traktowane jest głównie jako czas potrzebny do zorganizowania ślubu i wesela. A że na wolną salę w domu weselnym trzeba czekać pół roku, rok, a bywa, że i trzy lata, data ślubu jest wyznaczana dużo do przodu. Wiele par wówczas zamieszkuje razem. Pojęcie narzeczeństwa w ostatnich czasach stało się bardzo „pojemne”, przez co jego prawdziwy sens się zaciera. Narzeczonymi nazywają siebie ci, którzy się zaręczyli, zobowiązali się lepszego poznania się, przygotowania do wspólnego życia w małżeństwie i nie podjęli współżycia, ale także te pary, które mieszkają razem od lat, odkładają decyzję o ślubie albo nie myślą o nim wcale.

Moda na konkubinaty, które w zachodnich społeczeństwach rozwijają się od połowy XX w., przyszła do Polski po 1989 r., wraz z otwarciem granic na wszelkie idee i ideologie. Myślenie o rzekomej potrzebie „sprawdzania się” przed ślubem i wspólnym życiu – nachalnie propagowane przez telewizję, kolorowe gazety, kino – zadomawia się w myśleniu nawet dziewcząt w katolickich szkołach. – Większość uczennic myśli o narzeczeństwie tak, jak naucza Kościół, ale jednocześnie coraz więcej mówi głośno i wprost, że przed ślubem trzeba się sprawdzić, zamieszkać ze sobą na próbę – mówi Anna Niemyska. – Nie rozumieją, że jeżeli ktoś się nauczy traktować drugiego człowieka w sposób przedmiotowy, instrumentalny przed ślubem, to tak będzie traktował małżonka po ślubie.

Co można stracić 

Najgorzej, podkreślają obie ekspertki, gdy przyzwolenie na wolne związki, a nawet zachęta do nich istnieje ze strony rodziców, praktykujących katolików, którzy w źle pojętej miłości chcą młodych rzekomo uchronić przed późniejszym rozwodem.  Kard. Jorge Bergoglio, obecny papież Franciszek, w wywiadzie rzece „Jezuita” zauważył: „Dziś wspólne życie przed ślubem, mimo że jest czymś nieprawidłowym z punktu widzenia religii, nie podlega tak negatywnej ocenie jak przed półwieczem. Stało się faktem socjologicznym – choć, naturalnie, pozbawione jest pełni i wielkości związku małżeńskiego, stanowiącego wielką tysiącletnią wartość.

Ostrzegamy zatem przed ewentualną dewaluacją małżeństwa i sugerujemy, by zamiast modyfikować prawodawstwo, raczej zastanowić się poważnie, co ryzykujemy”. W ostatnim zdaniu odnosił się do prawnego sankcjonowania związków partnerskich, w tym homoseksualnych. Ale pytanie: „co ryzykujemy?” odnieść można także do narzeczeństwa, które w sytuacji, gdy wolne związki stały się „faktem socjologicznym”, traci właściwy sens. – Skoro wspólne życie bez ślubu staje się dzisiaj normą, narzeczeństwo tak żyjącym osobom nie jest do niczego potrzebne – mówi Jolanta Such-Białoskórska z wrocławskiej Diakonii Życia. Co tracą ci, którzy nie przeżywają narzeczeństwa tak, jak rozumie je i proponuje rozumieć Kościół? – Tracą fantastyczny czas głębszego poznawania się. Nie sprawdzania się, nie próbowania się, ale planowania wspólnego życia, rozmów o nim, uczenia się kompromisów, stawania się lepszym dla dobra drugiej osoby – mówi Joanna Wojtczak. – Jeżeli miłość w okresie narzeczeństwa będzie przeżywana nie na poziomie seksu, ale motywacji, czyli budowania więzi, to istnieje gwarancja, że jeżeli przyjdzie kryzys w małżeństwie – a przychodzi on w każdym związku – to małżonkowie dużo łatwiej będą umieli się dogadać, znaleźć sposób na rozwiązanie największych trudności. 

Tak przeżywane narzeczeństwo, dodaje J. Wojtczak, bez podejmowania współżycia, które mocno angażuje sferę emocjonalną i zaciemnia obraz partnera, daje także szansę na rozejście się, gdy w czasie przygotowań na kursach przedmałżeńskich narzeczeni dojdą do wniosku, że zbyt wiele ich dzieli. Krajowy duszpasterz rodzin oraz sędzia Sądu Biskupiego w Rzeszowie ks. Przemysław Drąg mówi, że narzeczeństwo to często czas zmarnowany. – Zaręczyny traktowane są jako czas, po którym automatycznie nastąpi ślub, a nie jako czas próby. Młodzi nie starają się więc o pogłębianie w tym czasie więzi, o lepsze wzajemne poznanie, by ostatecznie stwierdzić, czy na pewno są dla siebie. Widać to wyraźnie, gdy w czasie posiedzenia sądu o orzeczenie nieważności małżeństwa pytam, o czym rozmawiali w czasie narzeczeństwa. „O muzyce, o polityce, o świecie...” – odpowiadają. A o was? „O nas? Nie przypominam sobie” – słyszę najczęściej – dodaje ks. Drąg. 

Jak uzdrowić ten czas?

Jak odrodzić wartość narzeczeństwa? Zmiana myślenia o narzeczeństwie będzie trudna, skoro główny prąd kulturowy uderza w jedność i trwałość małżeństwa. Działania, jak sugerują rozmówcy, powinny być więc wielokierunkowe. Same nauki przedślubne, bezpośrednio poprzedzające zawarcie małżeństwa, jak widać, nie wystarczają, często są traktowane jako przykry, niepotrzebny obowiązek.  Już dawno, bo w latach 80., Kościół w Polsce przyjął trzystopniowy program przygotowania do małżeństwa. – Pierwszy etap, tzw. dalszy, odbywać się powinien w rodzinie oraz na katechezie, drugi, czyli bliższy zawarciu małżeństwa – na kursach przedmałżeńskich dla uczniów starszych klas szkół, ale organizowanych przy parafiach, a trzeci, bezpośredni – kilka miesięcy przed ślubem, gdy narzeczeni mają m.in. wykłady z etyki seksualnej, naturalnego planowania poczęć, pogłębienia komunikacji – mówi ks. Przemysław Drąg.

  Mimo iż program, zgodnie z zaleceniem Jana Pawła II, został przyjęty ponad 20 lat temu, to nadal nie we wszystkich diecezjach istnieje drugi etap przygotowań – kursy przedmałżeńskie. Bo podobno treści te są przekazywane na katechezie. Problemem jest jednak jakość kadr, a zatem i sposób przekazywania. O lepszych specjalistów na pewno łatwiej jest w dużych ośrodkach. Ks. Drąg przyznaje, że brak drugiego etapu przygotowań to błąd systemowy, bolączka, którą próbuje się rozwiązać przez organizowanie spotkań przedmałżeńskich przy większych ośrodkach parafialnych, ośrodkach uniwersyteckich, przez ruchy i stowarzyszenia katolickie.  Paulina i Tomasz, którzy udzielą sobie sakramentu małżeństwa w przyszłym roku, nie należą do żadnej wspólnoty religijnej. Ale zdaniem rozmówców zdecydowana większość z 20–30-procentowej grupy, która przeżywa narzeczeństwo zgodnie z nauczaniem Kościoła, to osoby do wspólnot należące. Tak jak inna para narzeczonych Paulina (26 lat) i Kuba (27 lat) z neokatechumenatu w Warszawie. – Bardzo intensywnie przeżywamy ten czas.

Dzieje się między nami coś naprawdę poważnego. Bardzo dużo ze sobą rozmawiamy, pogłębiamy naszą relację, dyskutujemy o wychowaniu dzieci, na co chcemy położyć akcenty w naszym życiu rodzinnym – opowiada Kuba.  – Oni czasem mówią: wiemy, że wszyscy wokół nas żyją jak małżeństwa, ale my chcemy inaczej, chcemy spróbować, bo znamy małżeństwa w naszym ruchu, które mówią, że tak przeżyte narzeczeństwo jest ogromną wartością – mówi Joanna Wojtczak związana z Ruchem Światło–Życie.  Anna Niemyska, należąca do neokatechumenatu, potwierdza: – Oni czasem jakby się tłumaczą, są skrępowani tym, że nie mieszkają ze sobą, że są nietypowi, bo chcą do ślubu żyć w czystości.  – Obraz rodziny, który jest w nas, to, że rodzina jest czymś nienaruszalnym, jest świętością, rozmowy z małżeństwami, które są w ruchu, pozwalają złapać nam odpowiednią perspektywę – opowiada Kuba z Warszawy. 

Narzeczeni ze wspólnot są silni ich wsparciem. Ale boją się, że poza wspólnotą nie tylko będą niezrozumiani, ale i wyśmiani. Potrzebują więc szerokiego wsparcia – nie tylko ruchu, rodziny, lecz ze strony całej wspólnoty parafialnej. W niektórych parafiach odbywają się Msze za zakochanych i narzeczonych w dniu św. Walentego, ale dlaczego nie częściej? Dlaczego nie ma zwyczaju zamawiania Mszy św. w intencji narzeczonych? Udzielania im błogosławieństwa w kościele? Albo w domu z okazji zaręczyn?  Ksiądz Przemysław Drąg był świadkiem uroczystości zaręczyn w Chile, w katolickim domu. – Została zaproszona cała rodzina i ksiądz, aby pobłogosławił narzeczonych. Duchowny przypomniał o obowiązkach narzeczonych w tym czasie, o wierności, czystości. Byłem naprawdę pod wrażeniem tej uroczystości – opowiada. Anna Niemyska z rozmów z narzeczonymi wnosi, że w ogólnym nauczaniu Kościoła mówi się za mało o wartości dobrze przeżytego narzeczeństwa. Katechizm Kościoła Katolickiego nie poświęca im specjalnej uwagi, w indeksie nie ma nawet takiego hasła. O narzeczonych mówi raz w kontekście czystości (nr 2350), to mało. Tymczasem stawka jest ogromna. – Jeżeli chcemy ratować małżeństwa, dzieci, to musimy walczyć też o narzeczeństwo – przekonuje Anna Niemyska.