Gender i polityka

Mariusz Majewski

GN 43/2013 |

publikacja 24.10.2013 00:15

Na temat tego, jak ideologia gender zdobyła ważne miejsce w Europie, i dlaczego trzeba postawić jej tamę, z Konradem Szymańskim, posłem PiS do Parlamentu Europejskiego
rozmawia
Mariusz Majewski


Konrad Szymański
jest prawnikiem. Działał w ruchach pro life, od 1998 do 2002 r. będąc m.in. członkiem zarządu Polskiej Federacji Ruchów Obrony Życia. Od 2004 r. jest posłem PiS do Parlamentu Europejskiego. Należy do parlamentarnej grupy Unii na rzecz Europy Narodów, zasiada w Komisji Spraw Zagranicznych, Komisji Praw Kobiet i Równouprawnienia. Jest też członkiem Delegacji ds. stosunków z Białorusią. jakub szymczuk /gn Konrad Szymański
jest prawnikiem. Działał w ruchach pro life, od 1998 do 2002 r. będąc m.in. członkiem zarządu Polskiej Federacji Ruchów Obrony Życia. Od 2004 r. jest posłem PiS do Parlamentu Europejskiego. Należy do parlamentarnej grupy Unii na rzecz Europy Narodów, zasiada w Komisji Spraw Zagranicznych, Komisji Praw Kobiet i Równouprawnienia. Jest też członkiem Delegacji ds. stosunków z Białorusią.

Mariusz Majewski: Nawołuje Pan do „budowania muru obronnego, który uchroni polską rodzinę i instytucje wychowawcze, naszą kulturę przed genderową inżynierią społeczną”. Skąd ta bojowość?


Konrad Szymański: Chodzi o mur prawny i polityczny przed nawet pośrednim wpływem polityki i prawa Unii Europejskiej czy Rady Europy w obszarze rodziny i edukacji. Ideologia gender przestała być zwykłą ekstrawagancją uniwersytecką zza oceanu. Dzisiaj jest ona uzbrojona w instrumenty polityki. Zarówno krajowej, jak i międzynarodowej, w tym też unijnej czy nawet ONZ-owskiej. Do tego główny nurt europejskiej polityki mocno skręcił w lewo. Trudno patrzeć spokojnie na to, jak wykorzystywane jest zaufanie Polaków do UE w celu przeprowadzenia zasadniczego przemeblowania naszych tradycyjnych przekonań w zakresie rodziny, kultury czy wychowania. Zachodnia prawica często to lekceważy. 


Na czym ma polegać to przemeblowanie?


Niegdyś ekstremistyczny pomysł, by rozróżniać płeć biologiczną od kulturowej czy wyobrażonej staje się normą w Europie. Stąd bierze się przekonanie, że tradycyjne małżeństwo, opierające się przecież na pełnym uznaniu płci biologicznej, jest instytucją opresyjną. Jeśli nie można zmienić dorosłych małżonków, którzy są w tej koncepcji „ofiarami patriarchalnego małżeństwa”, trzeba „wyzwolić” chociaż ich dzieci. Stąd zainteresowanie tego ruchu instytucjami wychowawczymi. Rodzina, w jaką wierzymy, szczególnie świadoma swej natury i swoich praw, jest tu główną przeszkodą. Drugą ścieżką „wyzwolenia” z płci biologicznej jest oczywiście aborcja na żądanie. 


W jakie instrumenty polityczne uzbrojone jest dzisiaj gender?


Mamy ciągły nacisk w sprawie uznania tzw. prawa do małżeństwa dla par tej samej płci. Z jednej strony jest to nacisk polityczny, na przykład unijnej Agencji Praw Podstawowych. A z drugiej prawny – sądów międzynarodowych. Ich orzeczenia sprzyjają uznaniu chociaż cząstkowych konsekwencji zawierania takich związków w krajach europejskich. Zalecenia upowszechnienia aborcji można znaleźć w dokumentach Parlamentu Europejskiego, Rady Europy czy ONZ. 


Sam Pan często tłumaczy, że to niewiążące dokumenty tzw. miękkiego prawa międzynarodowego, które nie zmuszają do ich przyjęcia. Czy należy więc bić na alarm?


Fakt, że są to dokumenty tzw. miękkiego prawa międzynarodowego, niewiele zmienia. Presja istnieje i trzeba bić na alarm. Wystarczy przeanalizować programy Europejskiego Funduszu Społecznego (EFS). Jest on adresowany głównie do urzędów pracy i organizacji pozarządowych na cele społeczne. To główny instrument finansowy UE do wspierania zatrudnienia, wyrównania szans itp. Wiele europejskich programów społecznych i edukacyjnych ma w swojej konstrukcji wpisane elementy promocji tzw. równouprawnienia i tzw. walki z dyskryminacją. 


Równość i niedyskryminacja to chyba jeszcze nic złego?


Jestem zwolennikiem równości wobec prawa i niedyskryminacji. Jednak w języku i praktyce UE te sformułowania już dawno zostały zdefiniowane politycznie. W efekcie służą do zwalczania (często agresywnego) wszelkich tradycyjnych ról kobiety i mężczyzny w społeczeństwie. Na czele z macierzyństwem, obowiązkami rodzinnymi i prawem rodziców do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami. Równość w polityce europejskiej oznacza inżynierię społeczną. A trzeba mieć świadomość, że programy EFS realizowane w Polsce adresowane są nie tylko do powstających niczym grzyby po deszczu wydziałów gender na uniwersytetach, ale też do dzieci w wieku przedszkolnym.


Skąd przekonanie, że równość w języku UE to tak naprawdę inżynieria społeczna?


W dorobku Rady Europy dobrze oddaje to art. 12 Konwencji przeciwko przemocy wobec kobiet, który mówi wprost o „podjęciu koniecznych środków w celu promocji zmian w zachowaniach społecznych i kulturowych kobiet i mężczyzn w celu eliminacji uprzedzeń, zwyczajów, tradycji oraz wszystkich pozostałych praktyk, które opierają się na idei podrzędności kobiet lub na stereotypowych rolach kobiet i mężczyzn”. Pojęcie stereotypu jest tu wygodnym i pojemnym pretekstem. Walka z dyskryminacją polega na tym, aby stworzyć wręcz obowiązek uznania związków jednopłciowych bez decyzji parlamentów. Niedyskryminacja to również wyjęcie spod prawa do krytyki środowisk LGBT i tym samym kneblowanie ust tym, którzy nie zgadzają się na homoseksualne roszczenia, uznając je za nieuprawnione i szkodliwe. To stanowi dzisiaj europejską rzeczywistość.


Co sprawiło, że ta europejska rzeczywistość jest tak skrajnie lewicowa?


Lewica narzuciła język w sprawie równości i niedyskryminacji. Chyba nie ma sprawy, która w oczach europejskiej lewicy nie wiązałaby się z kwestią dostępności aborcji. Widzi ją ona nawet w kontekście pomocy rozwojowej dla krajów Afryki, rynku pracy, służby zdrowia czy nawet zmian klimatycznych. Kiedy ostatnio odbyła się debata nad problemem aborcji selektywnej z uwagi na płeć (dotknęło to ok. 200 mln dziewczynek na świecie), euro-lewica znowu upomniała się o powszechność aborcji, zapominając, że ta powszechność aborcji jest głównym powodem koszmarnego zjawiska aborcji selektywnej płciowo. 


Aż taka jest przewaga lewicy w Parlamencie Europejskim?


Problem jest szerszy. Politycy i sam Parlament Europejski są tylko instrumentem dla wdrażania koncepcji socjologicznych i prawnych stwarzanych przez różne organizacje pozarządowe. Jest to obieg zamknięty, ponieważ znaczna część budżetów tych organizacji, jak ILGA-Europe, pochodzi z dotacji unijnych. Można odnieść wrażenie, że wszędzie tam, gdzie Komisja Europejska natrafia na ograniczenia traktatowe i brak podstaw do działania, jak w sprawach rodziny, kompensuje to szczodrymi dotacjami dla tego typu organizacji. ILGA-Europe, Marie Stopes International czy Planned Parenthood są dziś na stałe zaangażowane w konsultowanie polityki UE w tych obszarach społecznych. Nikt nie ma ochoty na serio kontrolować Komisji Europejskiej pod tym kątem. Dlatego ten język równościowy i antydyskryminacyjny, niemający nic wspólnego z leksykalnym znaczeniem tych pojęć, wszedł już do słownika urzędów unijnych. 


Twierdzi Pan, że „jedno, co można dziś zrobić dla rodziny w kontekście UE, to trzymać Brukselę jak najdalej od spraw rodziny”. Brzmi to trochę jak sytuacja bez wyjścia? 


Przede wszystkim wierzę, że to państwa pozostają naszym podstawowym wyrazem politycznego istnienia zbiorowego i żadna instytucja ponadnarodowa nie powinna tej wspólnoty politycznej zastępować. Myślę też, że w dzisiejszej rzeczywistości UE trzeba robić dwie rzeczy jednocześnie. Z jednej strony trzeba hamować tę kolonizację projektu integracji europejskiej przez środowiska lewicowe. Dla dobra samej integracji. Do tego trzeba być aktywnym uczestnikiem debaty europejskiej. To nie jest tylko kwestia pragmatyki. To także sprawa zasad – jesteśmy winni braterską solidarność chrześcijanom na Zachodzie. 


Jak bronić rodziny i być aktywnym uczestnikiem debaty w tych sprawach w Europie?


Głównym orężem dzisiaj jest twarda obrona prawa krajowego i suwerenności państw członkowskich w obszarze wychowania, kultury, kształcenia, edukacji, w końcu natury i roli rodziny. Państwo polskie poprzez swoje instytucje, począwszy od MEN, powinno dokładnie przyglądać się, w jaki sposób realizowane są społeczne programy unijne. Selekcjonować je pod kątem oczekiwań rodziców i państwa. Niestety, w dużym stopniu spada to na barki świadomych rodziców. Rząd albo pasywnie przygląda się temu, co wlewa się do polskiego systemu edukacyjnego, albo, co gorsza, aktywnie z tym współdziała. Przykładem może być eliminacja tradycyjnych społecznie podręczników. Polska powinna też zwracać uwagę na przekraczanie litery traktatów przez UE, kiedy ta wkracza w obszar praw rodziny. Nade wszystko powinniśmy nabrać zaufania do własnych wyborów w sferze kultury. Jeśli damy sobie wmówić te genderowe bzdury, to znaczy, że damy sobie wmówić wszystko. 


W naszej konstytucji zapisane są prawa rodziców. W tym prawo rodziców do wychowywania dzieci zgodnie z własnym światopoglądem, z własnymi wyborami, również religijnymi.


Cóż z tego, skoro MEN uznaje, że ustawowa zasada autonomii zawodowej nauczyciela pozwala na realizację programów genderowych w przedszkolu bez wiedzy i zgody rodziców?! Dobre zapisy mogą okazać się puste i nic nie znaczące. Stanie się tak, jeśli nie zwrócimy uwagi, że gdzieś, nie na najwyższym poziomie politycznym, nie w otwartej efektownej konfrontacji, ale w praktyce życia społecznego okaże się, że dzieci i młodzież będą poddawane „praniu mózgu”. Przy obowiązywaniu tych konstytucyjnych zasad w Polsce realizuje się na przykład programy typu „Równościowe przedszkole”, w ramach którego genderowej reedukacji poddaje się dzieci poniżej 6. roku życia. Nie ukrywając, że rodzice nie powinni o tym wszystkim wiedzieć, bo sami często są więźniami stereotypów. Takie przeciwstawienie instytucji wychowawczych rodzinie to powtórka z najlepszych komunistycznych wzorców. 


Buforem między Polską a UE, który będzie zwracał uwagę na to, co proponuje nam Europa w sprawach społecznych, kulturowych, mógłby być pełnomocnik rządu ds. równego traktowania.


No właśnie, mógłby… Ale akurat działalność pełnomocnika, pani Agnieszki Kozłowskiej-Rajewicz, jest jaskrawym przykładem na to, jak dajemy sobie wmawiać wiele rzeczy skrajnie ideologicznych, jeżeli tylko będą miały ładne, poprawne, unijne 
opakowanie.