publikacja 20.11.2014 00:15
Przez 10 lat kilka krajów Europy Wschodniej stało w rozkroku: między Unią Europejską, do której aspirują, ale do której nigdy nie wstąpią, a Rosją, od której chcą uciec, ale która nigdy na to nie pozwoli.
Roman Koszowski /foto gość
Prozachodnie aspiracje Ukraińców, ale też Mołdawian czy Gruzinów są skutecznie dławione przez Moskwę. Przy niejednoznacznej postawie samej Unii Europejskiej
Unia Europejska w 2004 roku zaczęła prowadzić intensywną politykę wobec krajów należących niedawno do ZSRR, które po rozpadzie imperium obrały kurs prozachodni...
Wróć – po pierwsze, nie żadną intensywną, a po drugie, nie każdy z tych krajów pałał równą wzajemnością wobec i tak wątpliwych uczuć ze strony Zachodu. W tak niepewnym uczuciowo związku w roli skutecznego rozgrywającego doskonale odnajdywała się Moskwa. Na tyle skutecznego, że o wszelkim „partnerstwie wschodnim” UE należy raczej na długie lata zapomnieć.
Po czwarte wreszcie, Unia nie mogła przedstawić tym krajom jednoznacznej oferty – członkostwo albo partnerstwo (jakie) – bez jednoznacznej odpowiedzi na pytanie kluczowe: czy i do jakiego momentu chce narażać się Rosji. „Postawienie jasno tej kwestii oznaczałoby konfrontację z Rosją, na co UE nie była gotowa” – pisze autorka raportu „Integracja czy imitacja”. „Równocześnie przymykanie oka na działania Moskwy stawiało pod znakiem zapytania wiarygodność Wspólnoty i jej polityki. Starając się jednocześnie zachować twarz i uniknąć zbyt kosztownego zwarcia z Rosją, UE z jednej strony, w sytuacjach krytycznych, wysyłała powściągliwe sygnały niezadowolenia (w czasie pomarańczowej rewolucji czy po wojnie rosyjsko-gruzińskiej), z drugiej, minimalizowała aktywność w obszarach potencjalnie konfliktowych (np. w kwestii separatyzmów)”, dodaje.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
już od 14,90 zł