publikacja 14.01.2016 00:15
Bliski Wschód nie przeżyłby otwartej wojny między Arabią Saudyjską a Iranem. Konflikt obu regionalnych potęg to nie tylko starcie na tle politycznym. To również walka o rząd dusz w świecie islamu.
ABEDIN TAHERKENAREH /epa/pap
Demonstracja pod ambasadą Arabii Saudyjskiej w Teheranie po egzekucji szyickiego duchownego w Rijadzie
Ta wojna właściwie trwa już od dawna. Tyle że obie strony prowadzą ją za pomocą „pośredników” – to znaczy na terytoriach innych państw, w których ścierają się ich własne interesy. Teraz zaś napięcie jest tak wysokie, że po raz pierwszy zawisła w powietrzu groźba bezpośredniego starcia. Scenariusz prawie niemożliwy, bo obie strony dobrze wiedzą, z jakimi konsekwencjami to by się wiązało. Można powiedzieć, że większość napięć na Bliskim Wschodzie dotyczy albo nierozwiązywalnego konfliktu palestyńsko-izraelskiego, albo toczy się właśnie w cieniu wielkiego sporu gospodarczo-polityczno-cywilizacyjnego między Arabią Saudyjską a Iranem. Dlaczego w takim razie i jedni, i drudzy pozwolili wypadkom „wymknąć się spod kontroli”?
Wojna „zastępcza”
Niedawno wprawdzie doszło do epokowej zmiany nastawienia ze strony Zachodu i podpisania porozumienia w sprawie programu nuklearnego Iranu, ale w regionie sojusznicy są albo w rozsypce (Syria, Irak), albo nie ma ich wcale. Jest oczywiście wsparcie ze strony Rosji, bez której niemożliwe jest już rozwiązanie konfliktu w Syrii, odkąd w bombardowania włączyła się Moskwa. Dlatego też zaognienie „odwiecznego” konfliktu obu mocarstw regionalnych jest nie na rękę mocarstwom światowym. Choć jednocześnie trudno nie doszukiwać się tutaj inspiracji obcych wywiadów, być może w celu ostatecznego rozstrzygnięcia, kto ma rozdawać karty w regionie. Sami Saudowie obawiają się, że dogadanie się Zachodu z Iranem będzie oznaczać stopniową marginalizację Arabii.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
już od 14,90 zł