publikacja 07.04.2016 00:00
Nie wiadomo, ilu dokładnie ukraińskich żołnierzy walczących w Donbasie popełniło samobójstwo. Wiadomo tylko, że to liczba bardzo wysoka. Sasza to ledwie jeden przykład.
ANASTASIA VLASOVA /epa/pap
Koledzy z oddziału mówili, że kiepsko strzela. Nic dziwnego. Nie pasjonowała go wojna ani nawet kwestie militarne. Tęsknił za przerwanymi studiami. Czytał książki i słuchał Johnny ego Casha. Ale ten jeden raz strzelił celnie. Do siebie.
– Nie będę dziś jadł, idę spać – oznajmił kolegom, którzy szykowali obiad. Zdziwili się, bo była siedemnasta. – Nie budźcie mnie – poprosił, wchodząc do namiotu.
Godzinę później ciszę polany przerwał strzał. Dopiero po chwili zorientowali się, że dobiegł z tyłu, gdzie stały namioty, a nie od strony wroga.
Sasza strzelił sobie w głowę, leżąc na łóżku. Nie można już było nic zrobić. Podobno trudno było domyć krew ze ścian namiotu.
Sprawę szybko wyciszono. Tamtego dnia wojskowy sztab Operacji Antyterrorystycznej – jak oficjalnie nazywano (i nazywa się nadal) konflikt zbrojny z Rosją i wspieranymi przez nią donbaskimi Rosjanami – optymistycznie poinformował, że w strefie ATO nie było poległych. W akcie zgonu napisano, że zginął przez nieszczęśliwy wypadek z bronią. Nie podoba się to kolegom: – Powinna być informacja, że zginął w boju. Przecież gdyby nie wojna, to wciąż by żył.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.