Japonia dołącza do wyścigu zbrojeń

Maciej Legutko

GN 17/2016 |

publikacja 21.04.2016 00:00

W Japonii weszło w życie prawo, które znosi zakaz prowadzenia zagranicznych operacji wojskowych. Zarzucenie ściśle przestrzeganej przez Tokio od 1945 r. polityki pacyfizmu może przynieść ogromne zmiany na Dalekim Wschodzie, a nawet na całym świecie.

Premier Shinzo Abe zrywa z japońskim pacyfizmem FRANCK ROBICHON /epa/pap Premier Shinzo Abe zrywa z japońskim pacyfizmem

W rozdziale drugim japońskiej konstytucji, zatytułowanym „Odrzucenie wojny”, znajduje się zdanie: „Naród japoński na zawsze odrzuca wojnę jako prawo narodu oraz groźbę lub użycie siły jako metodę rozwiązywania sporów międzynarodowych”. Zdanie to przez wiele dekad było głównym wyznacznikiem polityki cesarstwa. Niewiele kwestii wzbudziło więc w ostatnich latach takie emocje jak rewizja doktryny pacyfizmu. Japońskie społeczeństwo znane jest z posłuszeństwa wobec władzy, lecz tym razem przyjęcie ustawy poprzedziła wielka bójka w parlamencie oraz wielotysięczne demonstracje uliczne w Tokio.

Nowe prawo umożliwia mobilizację wojska i interwencję za granicą pod trzema warunkami: gdy Japonia lub jej bliski sojusznik zostanie zaatakowany i na skutek tego wystąpi zagrożenie istnienia kraju, gdy wyczerpią się wszelkie inne dostępne sposoby odparcia ataku oraz gdy użycie siły będzie ograniczone do absolutnego minimum. Premier Shinzo Abe argumentuje, że rewizja ustaw o bezpieczeństwie to odpowiedź na postępującą destabilizację sytuacji na Dalekim Wschodzie, czyli morską ekspansję Chin oraz rozwój atomowego programu Korei Północnej. Przeciwnicy szefa rządu uważają, że nie jest to wystarczający powód, by demontować najważniejszy od ponad 70 lat filar japońskiej polityki zagranicznej, a prężenie muskułów służy jedynie przykryciu nasilających się kłopotów gospodarczych kraju.

Podchody pod Chiny

W ostatnich latach położenie międzynarodowe cesarstwa uległo znaczącemu pogorszeniu. Świat bezskutecznie próbował zahamować atomowy program Korei Północnej i wszystko wskazuje na to, że dziś Japonia znajduje się już w polu rażenia północnokoreańskich rakiet średniego zasięgu, zdolnych przenosić głowice jądrowe. Na Morzu Wschodniochińskim nasila się z kolei konflikt z Chinami. Przedmiotem sporu jest archipelag Senkaku (zwany przez Chińczyków „Diaoyu”). To bezludne i bardzo małe wysepki, ale o niebagatelnym znaczeniu – leżą w mniej więcej podobnej odległości od krańców Chin, Japonii i Tajwanu, a w ich okolicach prawdopodobnie znajdują się znaczne złoża ropy. Cesarstwo przez lata lekceważyło chińskie roszczenia terytorialne. Lecz w ciągu zaledwie kilkunastu lat komuniści z Pekinu poczynili gigantyczne inwestycje i dziś ich marynarka wojenna jest drugą najpotężniejszą na świecie. Bez problemu wyparłaby Japończyków z Morza Wschodniochińskiego.

Ambitny japoński premier Shinzo Abe postanowił podjąć rękawicę i włączyć się do wyścigu zbrojeń. Korzystając z faktu, że jego Partia Liberalno-Demokratyczna wraz z koalicyjnym ugrupowaniem Komeito ma ponad dwie trzecie głosów w parlamencie, krok po kroku rozmontowuje pacyfistyczne prawodawstwo, na którym opierała się powojenna Japonia. Zmiana w japońskiej polityce zagranicznej postępuje już nie tylko w sferze deklaratywnej. Pod koniec marca wojska Kraju Kwitnącej Wiśni otworzyły nową stację radarową i bazę wojskową na Yonaguni – to ostatnia wysepka leżąca przed spornym archipelagiem Senkaku. Na razie stacjonuje tam 160 żołnierzy, ale władze w Tokio zapowiedziały, że docelowo personel będzie liczyć aż 10 tysięcy. Chińskie ministerstwo spraw zagranicznych określiło japońskie działania mianem „poważnego zagrożenia dla pokoju w rejonie Azji i Pacyfiku, który i tak jest już niestabilny”.

Działaniom wojskowym towarzyszy ogromna aktywność dyplomatyczna Japonii, która próbuje zrealizować trudny cel politycznego okrążenia Pekinu. Premier Abe patetycznie nazywa ten projekt „łukiem wolności i dobrobytu”. Japoński minister spraw zagranicznych Fumio Kishida odwiedził ostatnio Singapur, Brunei, Australię, a jego zastępca – Birmę. Cesarz Akihito gościł z kolei na Filipinach. Miejscowa marynarka wojenna od roku prowadzi regularne ćwiczenia z japońskimi okrętami. W zeszłym roku premier Abe przyjechał z kolei do Indii. Kusił je przyłączeniem się do antychińskiego sojuszu, oferując w zamian miliardowe kontrakty w dziedzinie energetyki. Szef rządu w charakterystycznym, pompatycznym stylu powiedział w Delhi, że „indyjsko-japońska więź ma największy na świecie potencjał spośród wszystkich bilateralnych relacji”.

Japończycy rzucają Chinom wyzwanie nawet w Afryce, gdzie przez ostatnie kilkanaście lat Pekin stał się głównym rozgrywającym. Delegacje z Tokio niemal ścigają się z chińskimi w odwiedzinach kolejnych krajów Czarnego Lądu i podpisywaniu tam gospodarczych kontraktów. Kontrowersje wzbudza natomiast fakt, że największym afrykańskim przyjacielem cesarstwa jest Robert Mugabe – brutalny dyktator objęty sankcjami przez USA i UE, który doprowadził Zimbabwe do ekonomicznej ruiny. 29 marca satrapa był przyjmowany w Kraju Kwitnącej Wiśni z największymi honorami.

Jastrząb Abe

Nie byłoby militarystycznego zwrotu w japońskiej polityce, gdyby nie Shinzo Abe. Niewielu japońskich premierów po 1945 r. osiągnęło równie silną pozycję na krajowej scenie politycznej, choć jeszcze kilka lat temu wydawało się, że jego kariera okaże się wielkim falstartem. W 2006 r. był nową nadzieją na ożywienie bardzo skostniałej sceny politycznej. Dość powiedzieć, że w wieku 52 lat został najmłodszym premierem Japonii w powojennych czasach. Popularności przysparzała mu też lubiana żona, była didżejka radiowa, oraz bardzo otwarty, jak na zhierarchizowane społeczeństwo, styl bycia. Jednakże gabinet premiera Abe pogrążyły afery korupcyjne, w które uwikłanych było kilku ministrów. Już w 2007 r. podał się do dymisji, a jego Partia Liberalno-Demokratyczna poniosła największą wyborczą klęskę w historii. Ale 5 lat później Shinzo Abe znowu poprowadził swoją formację do zwycięstwa. W kolejnej elekcji w 2014 r. jeszcze powiększył stan posiadania.

Obecny szef rządu od dawna znany jest jako polityczny „jastrząb”, domagający się bardziej aktywnej polityki zagranicznej i obronnej.

Zmiany pacyfistycznego prawodawstwa przez większą część społeczeństwa oceniane są negatywne. Według sondażu japońskiej pracowni Yomiuri Shimbun z 29 marca 2016 r. 47 proc. jest przeciwko, a tylko 38 proc. popiera wysyłanie wojsk za granicę.

Militarne przebudzenie cesarstwa wzbudza wielkie obawy w krajach, które cierpiały japońską okupację, zaś premier Abe wcale nie przyczynia się do zmniejszenia lęku. Regularnie odwiedza tokijską świątynię Yasukuni, gdzie upamiętnieni są japońscy żołnierze polegli w II wojnie światowej, także ci uznani za zbrodniarzy wojennych. Na Dalekim Wschodzie tego typu wizyty zawsze wywołują skandal dyplomatyczny. W Europie częstokroć zapomina się, że japońskie wojska mają na sumieniu równie szokujące zbrodnie jak nazistowskie Niemcy. Organizowały obozy koncentracyjne, prowadziły eksperymenty medyczne na jeńcach oraz popełniały masowe mordy (w chińskim mieście Nankin na przełomie roku 1937 i 1938 żołnierze cesarza zamordowali od 50 do nawet 400 tys. cywilów). W powojennej Azji nie doszło do tak głębokiego pojednania jak w zachodniej Europie. Defaszyzacja Japonii, którą po 1945 r. USA wciągnęły do zimnowojennej rywalizacji, okazała się bardzo powierzchowna.

Fiasko „Abenomiki”

Polityczni przeciwnicy premiera Shinzo Abe zwracają uwagę na zbieżność militarystycznego zwrotu Japonii z napływem coraz gorszych wiadomości o stanie gospodarki. Rzeczywiście, wiele wskazuje na to, że szef rządu swoją wojowniczą retoryką próbuje przykryć dane statystyczne świadczące o bezpowrotnym przemijaniu gospodarczej hegemonii Japończyków w Azji. Jeszcze na początku lat 90. Kraj Kwitnącej Wiśni wytwarzał aż 15 proc. światowego PKB (dla porównania Chiny tylko 2 proc.). W 2008 r. Chińczycy odebrali cesarstwu miano drugiej największej gospodarki świata. Różnica będzie się nieustannie pogłębiać. Prognozy ekonomiczne wskazują, że w 2030 r. udział Japonii w światowym rynku zmaleje do zaledwie 6 proc., a Chin wzrośnie do 25 procent.

Mimo szumnych zapowiedzi szef rządu nie jest w stanie powstrzymać niepokojących trendów. W 2012 r. Shinzo Abe ogłosił wielki plan ożywienia gospodarki opierający się na zwiększeniu druku pieniądza oraz inwestycjach w przemysł. Media ochrzciły pomysły mianem „Abenomiki”. Rezultaty są mizerne. W 2015 r. PKB Japonii wzrósł o zaledwie 0,4 proc., przy czym ostatni kwartał gospodarka zakończyła na dużym minusie. Premier już wkrótce będzie zmuszony podwyższyć podatki, aby utrzymać w ryzach gigantyczny deficyt. Dla zachowania władzy najprawdopodobniej drugi raz z rzędu ucieknie się do sprytnej zagrywki – ogłosi przedterminowe wybory i dopiero po nich wprowadzi niepopularne społecznie decyzje.

Militarne przebudzenie Japonii samo w sobie nie jest jeszcze wielkim powodem do niepokoju, de facto kraj ten od lat posiada nowoczesną i silną armię, tylko ograniczał jej użycie do celów wyłącznie defensywnych. Bardziej niepokojące jest skumulowanie się kilku czynników towarzyszących rewizji pacyfistycznego ustawodawstwa: podrażniona ambicja premiera, chęć zahamowania słabnącej roli kraju oraz determinacja w podtrzymywaniu sporu z Chinami o archipelag Senkaku. Ewentualne chińsko-japońskie starcie, nawet ograniczone do małych wysepek, z pewnością odbiłoby się na gospodarce całego świata.