Koni polityka nie obchodzi

Maciej Kalbarczyk

GN 21/2016 |

publikacja 19.05.2016 00:00

Konflikt w Janowie przeszedł w uśpioną fazę, ale może na nowo rozgorzeć przy okazji sierpniowej aukcji.

W Janowie czujemy się jak w świecie z bajki.
Po trawnikach oprócz koni przechadzają się bociany. JAKUB SZYMCZUK /FOTO GOŚĆ W Janowie czujemy się jak w świecie z bajki. Po trawnikach oprócz koni przechadzają się bociany.

Pędzimy wąskimi dróżkami wśród podlaskich pól i lasów. Majowe słońce ostro świeci w oczy, a błękit nieba kontrastuje z zielenią otaczającej nas przyrody. Przejeżdżamy przez bramę Stadniny Koni Janów Podlaski. Nagle znajdujemy się w świecie jak z bajki: po trawnikach chodzą bociany, a piękno koni różnej maści i rasy jest oszałamiające. Trudno uwierzyć, że jeszcze niedawno Janów był w centrum politycznej burzy.

– Matka natura jest geniuszem. Musimy żyć zgodnie z nią, bo inaczej się nie da, przegramy – mówi Wiktor Gryglas, masztalerz stajni nr 5. To oryginalny człowiek: nosi długie, sarmackie wąsy, mówi szybko i z wielką pasją. Jego dziadek służył w Legionach Piłsudskiego. Chwali się, że przeczytał dwa tomy „Hodowli koni” Witolda Pruskiego. Te zwierzęta są dla niego całym światem. Pracuje w Janowie od 21 lat: dzień w dzień od 6.00 do 18.00, chętnie przychodzi także w weekendy. Oprowadził po stadninie już tysiące gości.

Gorsza od baby

Szef poprosił, żeby pokazał nam wszystko, co tylko chcemy. Mówi, że rozwieje wszelkie wątpliwości. Mediów mają już po dziurki w nosie, ale starają się rozmawiać ze wszystkimi. Pytam o pierwszą rzecz, która sama ciśnie się na usta: jak załodze żyje się z nowym prezesem? – Przychodzi, przywita się, na razie jest wszystko pozytywnie. Stara się wejść w temat, to dla niego nowość. Musi dużo patrzeć na konie – tłumaczy. O polityce pan Wiktor nie chce rozmawiać. Jego zdaniem jest gorsza od baby, bo nie można się jej pozbyć. Po prostu robota musi być zrobiona, koniom ma się żyć coraz lepiej, nieważne, kto tu rządzi. Nie wiadomo, co myśli o zmianach w zarządzie – na pytania odpowiada wymijająco. – Wszyscy po prostu pracujemy. Nie chcemy wyjeżdżać do Szwecji czy do Anglii. Mówię: panie prezesie, jeśli mamy coś robić, to po prostu róbmy to dobrze. Liczą się konie.

Obserwujemy, jak biegną. Pierwsze źrebięta, z tyłu asekurowane przez matki. Jeden mały nie nadąża za stadem, ale stara się nadrabiać jak może. Są w bardzo dobrym stanie: czyste, lśniące, mają zadbane kopyta. Wszystkie trzymane w pojedynczych boksach, doglądane przez weterynarzy (mijamy ich, idąc główną aleją). Pan Wiktor mówi, że nie można wyjść ze stajni i nie posprzątać. Musi być idealnie czysto. Zastanawiam się, jak to się mogło stać, że od października w takich warunkach zdechły trzy wartościowe klacze: Pianissima, Preria i Amra. Dwie ostatnie padły za kadencji nowego zarządu. – To zrządzenie losu, natura tak zadecydowała. Konie rzadko chorują, ale jak już się zdarzy, to konkretnie – tłumaczy pan Wiktor.

Zaskakująco co do przyczyn śmierci klaczy wszyscy są zgodni: zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy nowego zarządu. Nikt nie wierzy w ich otrucie. – Nie zrobiono tego złośliwie. Przecież kolka zdarza się u koni. Tak po prostu wyszło – przekonują mieszkańcy Janowa. Pan Wiktor bagatelizuje obecność antybiotyków w paszy. Mówi, że koń to bardzo delikatne zwierzę: wyczuje brud w jedzeniu i wodzie. Jeśli coś jest nie tak, to nie ruszy strawy. Poza „zrządzeniem losu” nie znajduje innych przyczyn ich śmierci.

Wchodzimy do małego pomieszczenia w stajni nr 5. Pan Wiktor nazywa je swoją „jaskinią”. W oczy rzuca się namalowany na ścianie koń, poniżej podpis: „Pianissima”. Stajenny wykonał już wiele podobnych obrazków, ale ten jest największy. Dlaczego? Bo to był koń – bajka. – Pełna urody, poezja! Na pokazach uzyskiwała ponad 96 punktów – opowiada z rozrzewnieniem. Ciało klaczy spoczęło na końskim cmentarzu. Jeszcze nie ma tabliczki, ale pan Wiktor pokazuje nam kamień, pod którym leży.

Medialna nagonka

Malowniczymi alejkami, przez mostek, oglądając drzewa nadgryzione przez bobry, jedziemy w kierunku położonej na uboczu stajni nr 11 „Pożary”. To tam w jednym pomieszczeniu mieszka 50 ogierów, które w przeciwieństwie do klaczy nie mają osobnych boksów. Fakt stał się przedmiotem krytyki w mediach. Czy słusznie? – Do chwili kiedy ogiery nie kryją klaczy, wszystkie przebywają ze sobą razem. Jak dzieci w przedszkolu. Tak jest od zarania dziejów – wyjaśnia masztalerz.

Przy dwóch stajniach, w tym przy „Pożarowej”, powstają wiaty dla ogierów. Na zniszczenie poprzednich wielokrotnie zwracano uwagę w prasie. Dyrekcja wzięła się do roboty i po kawałku naprawia zaniedbane przez byłego prezesa Marka Trelę sprawy. – Podstawowe rzeczy, których brakuje, to monitoring i internet. Pracujemy nad tym – mówi Mateusz Leniewicz-Jaworski, p.o. członka zarządu. Prezesa nie ma w biurze, wyjechał załatwić kilka spraw w Białej Podlaskiej. Zagaduję więc jego zastępcę o zamieszanie medialne wokół stadniny. Mateusz Leniewicz-Jaworski przeszedł naprawdę wiele. Co ciekawe, obrywa mu się znacznie bardziej niż samemu prezesowi. W internecie rozpętano przeciw niemu kampanię nienawiści: zarzucano mu brak doświadczenia, kłamstwa i przede wszystkim zbyt młody wiek. W sieci pojawiają się m.in. takie wpisy: „Ty ścierwo, będziemy ci patrzeć na ręce do końca”. Jak twierdzi, ciągle śledzi go wóz TVN-u: dziennikarze zajeżdżają mu drogę i wychodzą z kamerą, prowokują go. – Czy mamy tu jakąś aferę przestępczą?! Czemu nie napiszą czegoś dobrego o nas? Są dwie nowe osoby i niby zrujnowały całą stadninę? – denerwuje się wiceprezes. Presję wywierają na nim także ludzie związani z poprzednim dyrektorem. W dzień, w którym jesteśmy w Janowie, krążą po placówce i próbują przeszkodzić w sesji zdjęciowej do sierpniowej aukcji. Nowej dyrekcji grożą także zorganizowaniem demonstracji, w której będą domagać się powrotu starego prezesa.

Mateusz Leniewicz-Jaworski nie chce zabierać głosu w sprawie śmierci koni. Podkreśla, że trwa śledztwo. Zadaniem prokuratorów jest wyjaśnienie sprawy. – W gospodarstwie pracuje ok. 90 osób. Mają dosyć afer, chcą normalnie pracować, skupić się na koniach – podsumowuje. Zapewnia nas, że aukcja nie jest zagrożona. Inaczej myślą jednak mieszkańcy Janowa, którzy spodziewają się wielkiej klapy.

Modlitwy za Trelę

Jest wczesne popołudnie, czas poobiedniej sjesty. Miasteczko drzemie. Przez gąszcz kolorowych pasków, krzyk mody lat 90., przedzieram się do sklepu mięsnego. – Znam ludzi, którzy pracowali w stadninie. Mówią, że było dobrze i nie wiedzą, dlaczego Trela odszedł – opowiada, krojąc schab na kawałki uśmiechnięta sklepikarka. Mówi, że żona Treli przychodziła tutaj na zakupy, zawsze była bardzo miła. Pytam, czy jej zdaniem aukcja nadal będzie cieszyć się tak dużym zainteresowaniem. – Ciągle słyszę, że ludzie odwołują rezerwacje w hotelach, już nie chcą tutaj przyjeżdżać. Janów z tego słynął, to niedobrze dla zwykłych ludzi – odpowiada.

Kobiety w butiku nie chcą rozmawiać. Przymierzają sukienki i twierdzą, że wiedzą tyle, co wszyscy – oczywiście z telewizji. Nieopodal sklepu stoi grupka kilku mężczyzn. Piją piwo i cieszą się słonecznym dniem. Narzekają, że to wszystko wina polityków: kradli jedni, teraz będą kraść drudzy. O obecnym wiceprezesie mówią, że nie skończył nawet Technikum Hodowli Koni. – On nie jest godzien wytrzeć Treli butów – podsumowuje wysoki, energiczny mężczyzna w koszuli w kratę. Wyczuwając nastroje, pytam, czy w ogóle ktoś w Janowie popiera nowy zarząd stadniny. – Musiałby chyba być pijany jak bela albo upaść na głowę – odpowiada mężczyzna w dżinsach i szarej koszulce. Wtórują mu inni. Boją się, że skarb Janowa zostanie zmarnowany. Uważają, że Trela był człowiekiem na właściwym miejscu. – On był fachowcem, znał go cały świat. Teraz nikt tutaj nie przyjedzie – mówi pan Krzysztof. – Nie jestem za Trelą, może to bandyta, ale najpierw trzeba to udowodnić, a nie specjalnie szukać na niego haka! – denerwuje się inny uczestnik rozmowy. Wszyscy przyznają jednak, że poprzedni dyrektor nie był do końca „czysty”. Najlepiej było za Krzyształowicza. – O, jakby on tylko żył, to wszystko by uratował – zapewnia mnie jeden z rozmówców.

Młodzi siedzą na ławkach na skwerku naprzeciwko kościoła Świętej Trójcy. Nie chcą rozmawiać, nic ich to nie obchodzi. Inaczej jest ze starszymi mieszkańcami, którzy nadal emocjonują się całą sprawą. Zaczepiam dwóch około sześćdziesięcioletnich panów, odpoczywających na ławce w parku. O dziwo, w przeciwieństwie do towarzystwa spod sklepu uważają, że Treli się należało. – Nabił sobie do głowy, że nikt go nie ruszy. Co z tego, że go zwolnili? To jego stadnina? Papiery są, nie odwołali go bezpodstawnie – twierdzi mężczyzna. Drugi ze śmiechem opowiada, jak to Trela dał na Mszę w swojej intencji. – Chciał, żeby go do pracy przywrócili, o, tutaj, w tym kościele – pokazuje.

Wielu hodowców ma zamiar zbojkotować aukcję. Czy istnieje szansa na uspokojenie sytuacji? – Wycofać się z tego, przywrócić Trelę i będzie jak dawniej – odpowiada jeden z mieszkańców. To raczej nierealny scenariusz, chociaż na prezesa stadniny został już rozpisany konkurs. Dlatego na tabliczkach w biurze przed sprawowaną funkcją widnieje „p.o.”. – Moim marzeniem jest, żeby na 200-lecie stadniny [przypadnie w 2017 r. – przyp. red.] zgromadzono tu wszystkich, którzy ją tworzyli. Powinniśmy podziękować tym, którzy byli tu wcześniej, i dalej działać dla dobra koni. To nasze dobro narodowe – podsumowuje pan Wiktor. Dzisiaj zgoda wydaje się niemożliwa, ale cuda się zdarzają.