Dzieciaki nie płaczą

Jacek Dziedzina

publikacja 17.11.2016 00:00

Wysokie zarobki, jeden z najwyższych na świecie poziomów życia, kwitnąca demokracja, baśniowe krajobrazy raj na ziemi. A w tym raju – piekło dzieci i rodziców, które zgotowało im nadopiekuńcze państwo.

Imigranci żyjący w Norwegii protestują przeciwko praktykom urzędu ochrony dzieci (Oslo, kwiecień 2016). OLE BERG-RUSTEN /epa/pap Imigranci żyjący w Norwegii protestują przeciwko praktykom urzędu ochrony dzieci (Oslo, kwiecień 2016).

Kilka cytatów z internetowych forów: „Jak nie lubię sąsiadki, to dzwonię, że uderzyła dziecko, wpada »gestapo«, odbiera jej dziecko, nie pytając nawet, co i jak”. „Tutaj ojciec nawet nie może pocałować ani przytulić dziecka, bo pedofil... Chory kraj”. „Nas ściągnięto z pracy, a dzieci już nie zobaczyliśmy. Walczymy w sądzie”. „Często zabierają dzieci tam, gdzie wystarczy rozmowa z rodzicami. Ale nie: najpierw zabrać, wywieźć 1800 kilometrów na północ, a potem przez trzy do pięciu tygodni wyjaśniać sprawę”.

Norweskie Hitlerjugend?

Tak mniej więcej wygląda wymiana doświadczeń Polaków mieszkających w Norwegii, przerażonych systemem „opieki”, jaki stworzyło tamtejsze państwo. To, o czym huczy od lat na forach internetowych, zbadał dokładnie Maciej Czarnecki, autor porażającej realizmem książki „Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym”. Obraz, jaki wyłania się z historii, które poznał nie tylko od strony poszkodowanych, ale również z wnikliwego studium dokumentów urzędów norweskich i procesów sądowych, pokazuje, do czego prowadzi ideologia państwowej kontroli nad rodziną. Nic dziwnego, że już w 2011 r. ówczesna polska konsul Adriana Warchoł porównała Barnevernet – norweski urząd ochrony dzieci – do niesławnego Hitlerjugend. Zaczynając lekturę „Dzieci Norwegii”, miałem w głowie listy, jakie do redakcji GN przyszły po moim wywiadzie z prof. Zbigniewem Stawrowskim („Klaps to nie bicie”, GN 41/2016). Część czytelników chwaliła zdroworozsądkowe (choć ciągle niepoprawne politycznie) podejście mojego rozmówcy do symbolicznego klapsa jako ostatecznej formy upominania dziecka. A przede wszystkim do prawa rodziców do decydowania o sposobie wychowywania potomstwa. – Dzieci oczekują na jednoznaczne sygnały od rodziców, które porządkują przestrzeń wzajemnych relacji. Dzieci tego po prostu potrzebują – mówił filozof. Część czytelników była oburzona, uznając – zupełnie wbrew temu, co Stawrowski mówił – że rozmówca zachęca do przemocy. Czytając książkę Czarneckiego, przypomniałem sobie zwłaszcza te słowa profesora: – Mamy obecnie do czynienia z próbą zawłaszczenia przestrzeni rodziny przez państwo, a raczej przez ludzi, którzy są przekonani, że za pomocą państwa rozwiążą międzyludzkie problemy. To jednak jest złudzenie, ideologia. Przemoc państwowa też jest przemocą. Co jest większą przemocą na dziecku: gdy wymierzy mu się klapsa, czy gdy przyjdzie policjant i zabierze dziecko z rodziny? Przepaść między jedną i drugą formą przemocy jest kolosalna. To jest dopiero agresja wobec dzieci. Potwierdzeniem tej zdroworozsądkowej intuicji jest to, co dzieje się m.in. za sprawą norweskiego Barnevernetu.

Manipulacje urzędników

Kasia i Sebastian. Maciej Czarnecki ich historię przywołuje jako pierwszą. Do Norwegii przyjechali w 2006 roku. Barnevernet zabrał im 8-letnią Natalię i półtorarocznego Karola. Pewnego dnia do Kasi zadzwonił telefon: ma się stawić w ratuszu. Jej córkę zabrali ze szkoły. W ratuszu urzędnicy i policja informują matkę, że zabierają dziecko, bo dziewczynka powiedziała, że została uderzona. Sprawę zgłosiła szkoła. Kasia zaprzeczyła. Urzędnicy napisali, że matka odmówiła współpracy. Po powrocie do domu zapłakana babcia, która opiekowała się Karolem, oznajmiła, że zabrali i jego. Nie wiedziała, co się dzieje, ale tłumacz policjantów powiedział jej, że rodzice „o wszystkim wiedzą”.

Autor dotarł do dokumentów sprawy. Urzędnicy Barnevernetu napisali, że nauczyciel zauważył u Natalki rankę przy skroni. Dziewczynka miała powiedzieć, że mama ją zbiła. Urzędnik-śledczy pytał dziewczynkę, czy była dotykana w intymnych miejscach. Ta nic nie powiedziała. Dla urzędnika to był powód, by napisać: „Barnevernet podejrzewa, że dziewczynka może być ofiarą molestowania seksualnego”. Nikt jednak córki nie zbadał, co powinno być normalną procedurą (przyznał to zresztą później badający sprawę odpowiednik naszego urzędu wojewódzkiego). Okazało się też, że Natalka rzeczywiście została uderzona w domu, ale przez małego brata, który rzucił w nią zabawką. Dopiero po paru miesiącach, gdy cudem udało się odzyskać dzieci, Natalia powiedziała matce, że zeznała, że to ona ją zbiła, bo powiedzieli jej, że jeśli tak będzie mówić, to wróci do rodziców. „Przyznaję, czasem krzyczałam. Ale nigdy nie uderzyłam dziecka z siłą. Czasem było szarpnięcie, przytrzymanie. Jak biegała na ulicy z hulajnogą. Niedawno przytknęłam jej dłoń do buzi, bo przeklinała. Ale jak w szkole powiedzieli jej, że to bicie, to zaczęła powtarzać: »Mama mnie bije«”, tłumaczy się Kasia. Tłumaczy się, bo tak ją nauczył chory system, który rości sobie prawo do wchodzenia z butami tam, gdzie nie dzieje się tragedia, tylko toczy się normalne życie, pełne napięć i reakcji, których najczęściej sami rodzice woleliby uniknąć. Chory system, który na takie sytuacje ma swoje lekarstwo, a raczej truciznę: odebranie dzieci rodzicom.

Trauma zostaje

Sprawa Kasi i Sebastiana ciągnęła się jakiś czas. Dostali prawo widzenia dzieci raz w tygodniu przez dwie godziny. W obecności policjanta. „Jak jestem podejrzany, to mnie aresztujcie, ale wypuśćcie moje dzieci! Na razie to one są w więzieniu” – denerwował się ojciec Karola i Natalki. Dzieci trafiły do rodziny zastępczej, Norwegów. Gdy Karol pierwszy raz zobaczył swoją matkę, „stanął jak wryty”, a urzędniczka Barnevernetu zeznała później w sądzie na tej podstawie, że syn odrzuca matkę... Córka później zdradziła mamie i tacie, że rodzice zastępczy denerwują się na nią, bo nie chce mówić po norwesku i odrabiać zadań. Dzieci dopiero miesiąc po odebraniu rodzicom przeszły badania medyczne. Te nie wykazały żadnych śladów przemocy ani molestowania. Mimo to sąd odrzucił odwołanie Kasi i Sebastiana. Sędziowie uznali, że istnieje ryzyko przemocy. Dopiero po paru miesiącach Fylkesnemnda, odpowiednik naszego urzędu wojewódzkiego, wydała decyzję: dzieci mają wrócić do rodziców. I sprawę trzeba rozpatrzyć od nowa. Raport komisji był miażdżący dla Barnevernetu: „Natalii nigdy nie spytano, czy to możliwe, by została zraniona w sposób, który opisała. Przeciwnie, została pochwalona za opowiedzenie o tym (...). Wizja, że rodzice bili ją i brata, stała się dla niej prawdą. Powtarzała to przed rzecznikami, a żaden nie postawił krytycznych pytań”. Parę dni później dzieci wróciły do domu. Rodzice wyprowadzili się z powrotem do Polski. Natalka poszła do szkoły w Polsce. Na początku wszystkiego się bała. Chodzi do terapeuty. Nie chce spać sama. Karol długo nie mówił, choć miał już dwa lata. Dzieci i rodzice powoli wracają do siebie.

Podobnych historii w książce Czarneckiego jest więcej. Są również bardziej drastyczne, gdy dzieci nie wróciły już do rodziców biologicznych. Są też mniej czarno-białe sprawy, takie, gdzie wina rodziców jest ewidentna. Również takie, które pokazują winę po stronie Norwegów – mężczyzn, gdy żony Polki nie mają szans na wygraną batalię o dziecko, bo sądy z reguły przyznają rację ojcom Norwegom (małżeństwa Polaków z Norweżkami należą do rzadkości, więc odwrotnych przypadków nie znamy).

Zróbmy dzieciom raj

Co wiemy ze statystyk? Do polskiej ambasady zgłasza się tylko część poszkodowanych rodziców. W 2014 r. Barnevernet odebrał Polakom przynajmniej 34 dzieci, rok później – kolejne 25. To tylko przypadki zarejestrowane przez polskie służby dyplomatyczne. Nie jest oczywiście tak, że Barnevernet uwziął się na Polaków. – Norwegom zabiera się mniej więcej podobną liczbę dzieci rocznie, czasami nawet więcej. Choć biorąc pod uwagę dysproporcje w populacji (Norwegowie są jednak u siebie), to liczba ta jest bardzo wysoka. Prawo w Norwegii jest pod względem walki z przemocą w rodzinie bardzo niejednoznaczne. Wystarczy zgłoszenie, nawet anonimowe (!) przez kogokolwiek, a urzędnik w ciągu maksymalnie tygodnia (a najczęściej paru godzin, i to nawet pod nieobecność rodziców) może zdecydować o odebraniu dziecka. I dopiero rozpoczyna się sprawdzanie. U podstaw tej praktyki leży chora filozofia myślenia o roli państwa w stosunku do rodziny. Maciej Czarnecki przytacza raport norweskich ekspertów, którzy stwierdzają, że „w najlepszym interesie dziecka jest żyć w warunkach sprzyjających jego rozwojowi, niekoniecznie z rodzicami biologicznymi”. Niby racja – przecież w przypadku rzeczywistej przemocy obowiązkiem jest zabrać dzieci z rąk katów – ale praktyka norweska pokazuje, że państwo rości sobie prawo do zapewniania tych „sprzyjających warunków” w sposób, który powoduje prawdziwą traumę u dzieci. Nawet we Francji, która również poszła daleko w swoich socjalistycznych zapędach, filozofia jest inna: rodzina zastępcza jest naprawdę ostatecznością. Jak zauważa Maciej Czarnecki, w norweskiej ustawie jest zapis mówiący, że jeśli dziecko tak przywiązało się do nowych opiekunów, iż jego zabranie może prowadzić do „poważnych problemów”, nie oddaje się go rodzicom biologicznym! Ważne jest też, jak często o umieszczeniu dzieci poza domem rodzinnym decyduje się wbrew woli rodziców. W Szwajcarii jest to 39 proc. decyzji, w Finlandii – 19 proc., w Niemczech – 10 proc., w Szwecji – 26 proc., a w Norwegii – aż 74 proc.! (dane Marit Skivenes). Po Breiviku, kiedy na zgłaszane problemy wychowawcze nikt nie reagował, Norwegowie jakby w panice zwrócili się radykalnie w drugą stronę: całkowitej kontroli nad rodziną. Tam dzieci nie mają prawa płakać w domu rodzinnym. Płaczą za to w centralnie planowanym raju państwowym.